Późne lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych miały swój niepowtarzalny styl, w którym dym papierosowy mieszał się z blaskiem neonów nocnego Tokio, a sprawiedliwość wymierzało się za pomocą rewolweru Colt Python .357 Magnum. Ryo Saeba, znany szerzej jako City Hunter, był ikoną tamtej ery – genialny strzelec, lojalny przyjaciel i niepoprawny kobieciarz, który doczekał się swojej adaptacji na konsolę PC Engine w 1990 roku. Po dekadach zamknięcia w japońskich kartridżach HuCard, gra w końcu trafiła w moje ręce na Switchu 2, dając mi szansę na spotkanie z legendarnym „Sweeperem” w nowoczesnej oprawie. Pozostaje jednak kluczowe pytanie: czy w świecie zdominowanym przez rozbudowane produkcje, krótka i archaiczna przygoda sprzed lat jest w stanie obronić się czymś więcej niż tylko czystą nostalgią?
Zlecenia w cieniu wieżowców Shinjuku
Fabuła gry stara się przełożyć estetykę mangi Tsukasy Hojo na język wczesnych gier wideo, choć zamiast obiecywanych neonów Shinjuku, rzuca nas w sterylne i powtarzalne labirynty korytarzy. Wcielamy się w postać Ryo Saeby, „specjalisty od brudnej roboty”, który przyjmuje zlecenia zbyt niebezpieczne dla policji, co w praktyce oznacza infiltrację kolejnych, zamkniętych kompleksów – od rezydencji, przez szpital, po kwaterę głównego złego.
Atmosfera kina akcji lat 90. jest tu mocno ograniczona przez technologię i zamyka się niemal wyłącznie w czterech ścianach biurowców oraz zamkniętych pokoi, a nad wszystkim czuwa Kaori Makimura. Niestety jego ikoniczna partnerka, została zepchnięta wyłącznie do roli postaci pojawiającej się w statycznych przerywnikach. Przez to, że jej udział ogranicza się do dialogów między etapami, nie ma mowy o zobaczeniu w akcji słynnego, stutonowego młota. Ta surowa adaptacja zachowuje swój klimat głównie dzięki tekstom wyświetlanym po ukończeniu poziomu, podczas gdy sama rozgrywka to po prostu eksploracja kolejnych pięter niemal identycznych budynków.
To, co jednak najbardziej wyróżnia City Huntera na tle innych platformówek z tamtych lat, to bezbłędne uchwycenie specyficznego, często balansującego na krawędzi humoru serii. Scenariusz sprawnie żongluje motywami kryminalnymi i komediowymi, a najbardziej jaskrawym dowodem na to jest unikalna mechanika regeneracji punktów życia. Zamiast szukać standardowych apteczek czy porzuconego jedzenia, Ryo odzyskuje wigor po wejściu do pomieszczeń, w których spotyka skąpo odziane kobiety. Choć dla fanów marki to ikoniczny element serii, w 2026 roku taki zabieg wywołuje raczej uniesienie brwi niż uśmiech. Stanowi to jednak fascynujący, choć kontrowersyjny dowód na to, jak dosłownie przekładano kiedyś cechy charakteru bohatera na twardą mechanikę rozgrywki, nie dbając o dzisiejsze standardy wrażliwości.
Rewolwer, uniki i nowoczesne ułatwienia
Pod kątem samej rozgrywki mamy do czynienia z klasycznym side-scrollerem, w którym eksploracja miejskich labiryntów płynnie przeplata się z dynamiczną wymianą ognia. Deweloperzy odpowiedzialni za port na Switcha 2 wykonali kawał rzetelnej pracy, decydując się na głęboką ingerencję w kod gry, aby przemodelować poziom trudności. W przeciwieństwie do oryginału z PC Engine, który często frustrował „tanimi” zagrywkami, nowa wersja sprawia, że zachowanie przeciwników jest znacznie bardziej uczciwe i przewidywalne. Dodatkowym, zbawiennym ukłonem w stronę współczesnego gracza jest funkcja przewijania czasu, która pozwala natychmiastowo skorygować błąd po niefortunnym skoku czy chybionym strzale. Dzięki tym poprawkom archaiczny model walki staje się o wiele bardziej przystępny, pozwalając czerpać frajdę z bycia legendarnym strzelcem bez konieczności powtarzania całych sekcji przez jeden drobny błąd.
Mimo tych wszystkich ułatwień i nowoczesnego szlifu, gameplay dość szybko ujawnia swoje największe strukturalne bolączki, których nie dało się przeskoczyć bez napisania gry od nowa. Największym problemem jest ogromna powtarzalność oraz niezwykle krótki, wręcz szczątkowy cykl rozgrywki. Przeciwnicy, z którymi mierzy się Ryo, są do siebie bliźniaczo podobni, co sprawia, że po kilkunastu minutach eliminowanie kolejnych „klonów” staje się czynnością czysto mechaniczną. Schematyczne przechodzenie z punktu A do B, przerywane jedynie prostymi dialogami i odnajdywaniem kilku kluczy, sprawia, że całą przygodę zamknąłem w zaledwie 45 minut. To sprawia, że tytuł ten traktuje się raczej jako szybki, intensywny „strzał” nostalgii na jedno posiedzenie niż pełnoprawną, wielogodzinną przygodę.
Pikselowa perfekcja na nowym ekranie
Oprawa wizualna w tej wersji to prawdziwa uczta dla fanów estetyki retro, która wyciąga z 8-bitowego serca konsoli PC Engine wszystko, co najlepsze, i prezentuje to w niespotykanej dotąd jakości. Nowy ekran Switcha 2 pozwala na nowo docenić kunszt dawnych grafików, oferując kilka zróżnicowanych trybów wyświetlania dostosowanych do indywidualnych preferencji. Puryści z pewnością docenią opcję pixel perfect, która zachowuje idealne proporcje każdego punktu na ekranie, podczas gdy klasyczny format 4:3 najlepiej oddaje ducha epoki telewizorów kineskopowych. Choć dostępny jest również tryb widescreen, to właśnie w oryginalnych proporcjach duże, szczegółowe sprite’y postaci oraz klimatyczne tła Shinjuku robią największe wrażenie.
Równie istotnym filarem budującym klimat „miejskiego łowcy” jest oprawa dźwiękowa, za którą odpowiadają legendarni kompozytorzy Sunsoftu – mistrzowie wyciskania niemożliwych brzmień z ograniczonych układów audio. Ścieżka dźwiękowa to energetyczna mieszanka jazz-rocka i miejskiego popu, która idealnie stapia się z nocną panoramą Tokio, nadając rozgrywce tempa i specyficznego, filmowego sznytu lat 90. Niestety, w tej muzycznej beczce miodu kryje się łyżka dziegciu wynikająca bezpośrednio z archaicznej struktury gry. Kompozycje, choć same w sobie genialne, opierają się na bardzo krótkich pętlach, co sprawia, że ten sam motyw muzyczny atakuje nasze uszy niemal bez przerwy. Po intensywnej, dwudziestominutowej sesji te charakterystyczne, wysokie tony syntezatorów potrafią stać się nużące, a nawet lekko męczące, co przypomina o technologicznych ograniczeniach, z jakimi mierzyli się twórcy ponad trzy dekady temu.
Cyfrowe muzeum City Huntera
To, co faktycznie wyróżnia to wydanie, to bogata zawartość dodatkowa, która pełni rolę interaktywnego archiwum. Twórcy udostępnili wysokiej jakości skany oryginalnej instrukcji, model kartridża HuCard, odtwarzacz muzyki z gry oraz mnóstwo grafik koncepcyjnych, co pozwala docenić proces tworzenia gry u progu lat 90. Dodatkowym atutem jest pełna angielska wersja językowa, która w końcu pozwala w pełni zrozumieć dialogi i kontekst historyczny bez konieczności szukania fanowskich patchy. Wszystko to sprawia, że port ten wydaje się kompletnym listem miłosnym do fanów uniwersum, podanym w niezwykle eleganckiej formie na nową generację sprzętu.
Droga randka z przeszłością
City Hunter na Switcha 2 to fascynująca, ale bardzo krótka wycieczka w przeszłość, która zachwyca klimatem, humorem i jakością wykonania portu, ale kuleje w sferze czystej mechaniki. Do największych plusów należy zaliczyć poprawioną „uczciwość” rozgrywki, świetną oprawę wizualną oraz bogate dodatki archiwalne, które ucieszą każdego kolekcjonera. Niestety największą wadą tego tytuł jest jego wysoka cena, oscylująca wokół 110 złotych, co za nawet godzinę powtarzalnej zabawy wydaje się kwotą wręcz zaporową. Jest to pozycja obowiązkowa dla ortodoksyjnych fanów Ryo Saeby, lecz dla przeciętnego gracza pozostanie jedynie drogą ciekawostką. Czy jednak warto zapłacić tyle za możliwość poczucia magii retro w tak dopracowanej formie? To już pytanie, na które każdy właściciel Switcha 2 musi odpowiedzieć sobie sam, zaglądając głęboko do swojego portfela.

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.




