Front Mission 3 Remake – recenzja (NS). Poczuj ducha ery PlayStation na Switchu!

Gra dostępna na:
NS
Ekran tytułowy gry. Przedstawia on widok z góry na pole bitwy, na którym leżą wraki Wanzerów tworzące charakterystyczny wzór. W centrum znajduje się logo gry „front mission 3” na tle zniszczonego, postapokaliptycznego terenu – gruzów i szczątków maszyn bojowych. Całość utrzymana jest w ciepłej, sepiowej tonacji, budującej atmosferę wojennej melancholii.
Kamil Podryban
Kamil Podryban

Nie potrafię się oprzeć grom z mechami. Gdy tylko dowiaduję się, że w jakimś tytule pojawiają się duże roboty z pilotami w środku, wszelka logika wylatuje przez okno, a mój portfel staje się coraz szczuplejszy. Na szczęście równie często trafiam na prawdziwe perełki, takie jak seria Front Mission. Jedynka zachwyciła mnie pod wieloma względami, dwójkę niestety pominąłem. Teraz jednak miałem okazję bliżej zapoznać się z trzecią częścią, która wreszcie doczekała się odświeżenia. Szczegóły znajdziecie poniżej, ale zdradzę już teraz: jeśli mielibyście sięgnąć po którąkolwiek odsłonę, wybierzcie trójkę.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Są mechy, ale to historia wciąga

Na ekranie widzimy trzy potężne mechy (wanzery) ustawione na skrzyżowaniu pustej, miejskiej ulicy. Po lewej stronie znajduje się jasnożółty wanzer o masywnej konstrukcji i dużych ramionach, po środku szaro-niebieski wanzer, a po prawej – ciemnoszary model z ciężkim uzbrojeniem. Na dole ekranu pojawia się okno dialogowe z postacią o imieniu Emma, wyświetlającą tekst, który sugeruje, że drużyna rozważa opuszczenie miasta przed kolejną walką.
Front Mission 3: Remake przenosi nas do roku 2112, gdzie wcielamy się w Kamila Podrybana. No dobrze, kanonicznie główny bohater nazywa się Kazuki Takemura, ale gra pozwala zmienić mu imię. Protagonista wraz z przyjacielem zostają wplątani w intrygę o międzynarodowym zasięgu, po tym jak z bazy wojskowej skradziono broń o nazwie MIDAS. Co ciekawe, po kilku pierwszych misjach możemy wybrać ścieżkę, którą chcemy podążać. W zależności od tego, czy sprzymierzymy się z Emmą, tajemniczą agentką obcego rządu, czy z Alisą, siostrą naszej postaci, poznamy zupełnie inną stronę historii. To świetny powód, by ukończyć tytuł przynajmniej dwukrotnie — a uwierzcie, będzie Was kusić, by to zrobić.

Historia gra tutaj pierwsze skrzypce. O ile rozgrywka jest świetna, to właśnie fabuła pchała mnie do przodu. To opowieść pełna zarówno wątków globalnych, jak i prywatnych, o lojalności, manipulacjach oraz konsekwencjach wyścigu zbrojeń. Do tego niektóre fragmenty, choć napisano je ćwierć wieku temu, zdają się wcale nie tracić na aktualności w świetle współczesnych wydarzeń. Choć nie wszystkie postacie prezentują równie wysoki poziom, a niektóre dialogi bywają nieco naiwne, twórcom udało się stworzyć coś naprawdę wciągającego. Warto zauważyć, że podobnie jak w poprzednich odsłonach, większość historii poznajemy z dialogów w formie pisemnej, choć pojawiły się też całkiem ładne cutscenki, których nie pamiętam z pierwszej części.
Fragment rozgrywki z dialogiem, gdzie jeden z bohaterów – Kuroi – rozkazuje: „If you can't capture them, kill them.” Na pierwszym planie widać Wanzer Kuroia stojącego na autostradzie, za nim drugi mech. Dialog pojawia się w ramce na dole ekranu.
Niesamowitym dodatkiem jest obecność Sieci, w której możemy znaleźć wiele informacji. Czasem okazują się one kluczowe dla dalszej gry, a niekiedy to ciekawostki rozbudowujące świat i pozwalające głębiej zanurzyć się w klimat produkcji. Choć korzystanie z niej nie jest konieczne przez większość czasu, poza kilkoma istotnymi momentami fabularnymi, zdecydowanie uprzyjemnia rozgrywkę i pozwala lepiej poznać historię. Trzeba się jednak szykować, że przejście gry tak, by poznać obie strony opowieści, zajmie spokojnie kilkadziesiąt godzin.

Wanzery do boju

Rozgrywka w Front Mission 3: Remake to połączenie taktyczno-turowej walki z elementami RPG. Większość czasu spędzamy na niewielkich polach bitwy, wydając rozkazy pilotom sterującym mechami — tutaj zwanymi Wanzerami. Trzeba wykazać się sprytem i umiejętnie korzystać z różnorodnej broni, by wrócić ze starć z tarczą, a nie na tarczy. W porównaniu do pierwszej części walka wydaje się uproszczona, a skala bitew nieco mniejsza. Moim zdaniem to zdecydowany plus — rozgrywka zyskuje na tempie i jest bardziej dynamiczna, a jednocześnie łatwiej się odnaleźć w zgiełku bitewnym.
Screen przedstawia dynamiczną scenę walki turowej między dwoma wanzerami. Po lewej stronie ekranu znajduje się żółty wanzer Ryogo, ustawiony za przeszkodą, z widocznymi paskami zdrowia oraz stanem poszczególnych części mecha (ręka, ciało, nogi, pilot). Po prawej stronie ekran podzielony jest pionową linią, gdzie stoi przeciwnik – ciemnozielony wanzer, którego stan uzbrojenia i pancerza jest pokazany za pomocą czerwonych i żółtych pasków. Na środku wyświetla się opis aktywnej umiejętności w trakcie starcia.
Nie oznacza to jednak, że gra jest łatwa i sprowadza się do bezmyślnego klikania. Bez odrobiny sprytu trudno będzie wygrać. Wanzery można wyposażyć w różnorodną broń, a podczas walki można m.in. ogłuszyć wrogów, zmusić ich do ucieczki lub opuszczenia mechów. Sami także możemy wyskoczyć z Wanzera i przejąć pustą, wrogą jednostkę, jeśli uznamy, że to pomoże w zwycięstwie. Dodatkowo nasi piloci zdobywają z czasem różne umiejętności, które mogą dać nam znaczącą przewagę. Może to być dodatkowy atak, większa szansa na trafienie, albo choćby celowanie w pilota, nie maszynę. To ostatnie zwłaszcza przyda się, jeśli planujemy przejmować wrogie Wanzery, bądź wykorzystać je później jako dawców części. Umiejętności jest całkiem sporo i odpowiedni ich dobór może pozwolić jeszcze bardziej dopasować nasz styl walki do własnych preferencji.

Poza polami bitwy nie ma miejsca na nudę. Pomiędzy misjami możemy usprawniać maszyny, robić zakupy, przeglądać zasoby Sieci, a także udawać się na areny, gdzie można testować nasze możliwości i dodatkowo zarobić. Podobnie jak w poprzednich grach z serii, możliwości rozwoju i dostosowywania Wanzerów potrafią zachwycić. Jest mnóstwo części, wzorów kamuflażu i wyposażenia, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Miłym akcentem są też krótkie rozmowy z postaciami niezależnymi, które można odbyć w większości miejsc. Dodatkowo gra oferuje też tryb Quick Combat, czyli przyspieszenie animacji ruchu i walki, dzięki czemu potyczki stają się jeszcze bardziej dynamiczne. Pozwoli oszczędzić to sporo czasu, choć dla mnie kradło to odrobinę magii i wolałem z tego nie korzystać.

Klasycznie, ale współcześnie

Ekran przedstawia realistycznie wykonaną sylwetkę ogromnego lotniskowca płynącego po wzburzonym morzu, z widocznymi detalami na jego dziobie i pokładzie. W tle znajduje się drugi okręt wojenny, co nadaje scenie militarnego, epickiego charakteru. Dominują barwy szaro-brązowe, podkreślając powagę i atmosferę przemieszczania się na nowy teatr działań.
Już przy pierwszej części zachwyciło mnie, jak doskonale udało się uchwycić klimat gry z połowy lat dziewięćdziesiątych, nadając grafice współczesny charakter. Tutaj jest podobnie —tytuł wygląda nowocześnie, ale czuć ducha sprzed kilku dekad. Nie grałem w oryginał, więc nie mam bezpośredniego porównania, ale ogólnie bardzo podoba mi się wygląd Front Mission 3 Remake. Spotkałem się z zarzutami, że produkcja jest zbyt kolorowa, ale trudno mi się z tym zgodzić. Owszem, nie jest szaroburo, ale nie uważam tego za wadę.

Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to fakt, że przy niektórych zbliżeniach tekstury wyglądają nieco rozmazane, a czasem brakuje porządnego antyaliasingu. To zapewne efekt gry w trybie przenośnym na Switchu, czyli w rozdzielczości 720p. Przyznam też, że miniaturki postaci widoczne podczas dialogów wyglądały momentami dziwnie, jakby nie były do końca dopracowane — możliwe, że to po prostu kalka z oryginału z 1999 roku.
Ścieżka dźwiękowa stoi na wysokim poziomie i nie pozostawia wiele do życzenia. Podobnie jak w poprzedniczce, tytuł pozwala wybrać między oryginalną a odświeżoną ścieżką dźwiękową. Zdecydowanie polecam tę drugą! Muzyka bardzo mi przypadła do gustu i chętnie zakupiłbym ją osobno, by móc posłuchać choćby w aucie podczas drogi do pracy. Szkoda tylko, że pozostałe dźwięki w grze nie zostały podobnie potraktowane – słychać, że to odgłosy z ery pierwszego PlayStation. Choć nie ukrywam, ma to swój urok.

Podsumowanie


Zarówno pierwsza, jak i trzecia odsłona serii Front Mission wciągnęły mnie na długie godziny. Osobiście wolę jednak część trzecią. Fakt, jest tu trochę uproszczeń, a losowość trafień w trakcie potyczek może czasami irytować, ale fabuła wynagradza te drobne niedogodności. Technicznie nie zauważyłem problemów, choć warto mieć na uwadze, że niektórzy gracze narzekali na działanie gry na Switchu. Sam takich problemów nie doświadczyłem. Jeśli lubicie turówki, mechy lub wciągające historie, warto dać Front Mission 3 Remake szansę. Nie jest to tytuł idealny, nie każdemu przypadnie do gustu, ale za to jest bardziej przystępny od jedynki. Dlatego uważam, że nie znając serii, a chcąc się z nią zapoznać, można spróbować właśnie od tej części. Jest duża szansa, że dacie się wciągnąć!


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Forever Entertainment.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top