Halo: Combat Evolved – recenzja (XSX). Klasyka, która wciąż zachwyca

Kamil Podryban
Kamil Podryban

Skoro powiedziało się „A”, wypadałoby powiedzieć „B”. Po ukończeniu Halo: Reach postanowiłem, że będę kontynuował poznawanie kolejnych części tego uniwersum, więc sięgnąłem po Combat Evolved. To była prawdziwa podróż w czasie. Nie miałem wielkich oczekiwań, biorąc pod uwagę, że Reach nie zachwyciło mnie przesadnie. A jednak pierwsza część kultowej już serii zdobyła moje serce i, szczerze powiedziawszy, trochę żałuję, że nie sięgnąłem po nią na samym początku. Dałoby mi to zupełnie inne spojrzenie na prequel.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Poznajcie legendę

 Master Chief siedzi w kokpicie statku kosmicznego, otoczony futurystycznymi panelami sterowania i ekranami. Przez szerokie okna widać przestrzeń kosmiczną z fioletowym odcieniem, co sugeruje, że scena rozgrywa się na pokładzie jednego ze statków UNSC, prawdopodobnie podczas jednej z początkowych scen fabularnych gry. Charakterystyczna zielona zbroja i złoty wizjer hełmu Master Chiefa są dobrze widoczne.
W pierwszej części serii wcielamy się w postać Master Chiefa, podobno ostatniego Spartana, czyli elitarnego, ulepszonego i wyposażonego w ultrapotężny pancerz wojownika – jedyną nadzieję ludzkości w beznadziejnym konflikcie między ludźmi a Przymierzem. Na początku historii budzimy się z hibernacji, gdy nasz statek, Pillar of Autumn, zostaje zaatakowany przez kosmitów. Kapitan przekazuje nam Cortanę, sztuczną inteligencję, aby nie wpadła w ręce wroga. To istotne, ponieważ mając ją, przeciwnicy mogliby poznać położenie Ziemi, a dzięki temu przeprowadzić na nią inwazję, kończąc długi i wyniszczający konflikt raz na zawsze. Rozbijamy się na tajemniczej instalacji zwanej Halo i tutaj dopiero historia się zagęszcza.

Bez wchodzenia w więcej szczegółów, fabuła gry zapowiada się na intrygujące, choć niekoniecznie imponujące, sci-fi o walce ludzi z kosmitami. Biegamy więc w tę i z powrotem, walcząc z hordami przeciwników, starając się zapobiec katastrofie. O ile Reach było poważną i ponurą historią wojenną, tutaj, mimo potencjalnie wyższej stawki, gra ma nieco lżejszy charakter. Przynajmniej do połowy, kiedy ze zwykłej strzelanki staje się niemalże survival horrorem po godnym uznania zwrocie akcji. Trzeba przyznać, że historia ta wciąga i gra jest napisana bardzo przyzwoicie – zwłaszcza jak na standardy wczesnych lat 2000.

Plazmą i nabojem

 Na pierwszym screenie widzimy widok z perspektywy pierwszej osoby, charakterystyczny dla serii Halo. Gracz trzyma karabin szturmowy MA5B, a na ekranie wyświetlają się informacje HUD, takie jak liczba amunicji (180 naboi, 4 granaty) oraz wskaźnik tarczy energetycznej. W tle widać mglisty, deszczowy krajobraz z bujną roślinnością i wodą. Na dole ekranu pojawia się komunikat radiowy od ECHO 419: „The last transmission from the Captain's dropship was from this area. That was over 12 hours ago...” – sugerujący początek misji ratunkowej na nieznanym terenie.
Nawet najlepsza opowieść nie udźwignie kiepskiej rozgrywki w przypadku FPS-a. Na szczęście Halo jest niemal arcydziełem na tym polu i z perspektywy czasu widzę, jak wielki wpływ ten tytuł miał na cały gatunek i branżę. Ograniczenie noszonego przez nas oręża do dwóch sztuk, tarcze z odnawiającą się po chwili energią czy oddanie graczom możliwości korzystania z pojazdów może nie zostały wymyślone przez Bungie, ale na pewno przyczyniły się do popularności tych rozwiązań. A to nie wszystko, co można zaliczyć grze na plus, bo pomimo niemal ćwierć wieku na karku, rozgrywka jest szalenie przyjemna i satysfakcjonująca!

Do wyboru mamy około dziesięciu rodzajów broni plus dwa rodzaje granatów, co urozmaica pokonywanie kolejnych tuzinów wrogów. Ci także występują w kilku odmianach i dodatkowo zachowują się dość inteligentnie. Silniejsze jednostki Elit trzymają się z tyłu, wysyłając na nas liczniejsze, ale słabsze Jackale i Grunty. Wrogowie potrafią skutecznie unikać naszych granatów i ukryć się, gdy przytłaczamy ich ostrzałem. Ze zdumieniem odkryłem też, że pokonanie tych ważniejszych przeciwników powoduje, że szeregowi żołnierze Przymierza zaczynają panikować i uciekać przed nami! W połączeniu z różnorodnymi obszarami, w których przyjdzie nam walczyć, a także wspomnianym wcześniej wykorzystaniem pojazdów, nie ma szans, aby gdzieś wkradła się nuda.

Spokojnie jak na wojnie

 Na drugim screenie widzimy pojazd Warthog prowadzony przez Master Chiefa na tle monumentalnych, futurystycznych struktur. W oddali eksploduje jeden z pojazdów latających (prawdopodobnie Banshee), a kolejne dwa zbliżają się w stronę gracza. Na dole ekranu pojawia się komunikat od Cortany: „Cortana to Echo-419: Two Covenant Banshees are approaching on your six. Evade! Say again: Eva—”, co wskazuje na dynamiczną sekwencję akcji i walki z przeciwnikami.
Nie można także odmówić Halo: Combat Evolved ogromnie uzależniającego klimatu. Mamy tutaj starcia, w których przeciwko oddziałom wroga ruszamy do boju wraz ze wsparciem Marines z UNSC. Widok dwóch grup żołnierzy obrzucających się granatami i ostrzeliwującymi się sprawił, że faktycznie czułem się częścią wojny. Są etapy, w których po odbiciu sojuszników z więzienia kosmitów musimy wywalczyć sobie drogę do wolności. Gdy w trakcie ratunku po raz pierwszy zostajemy zaatakowani przez zakamuflowanych niczym Predator przeciwników, autentycznie czułem się, jakbym wpadł w zasadzkę! Pomimo ograniczonej liczebności żołnierzy po obu stronach – to w końcu gra z generacji pierwszego Xboxa – Bungie udało się stworzyć chwile, które zapadają w pamięć. Bardzo też przypadła mi do gustu estetyka tego uniwersum, za którą projektanci zasługują na wszystkie nagrody świata.

To jednak wciąż nic wobec zwrotu akcji, gdy mniej więcej w połowie rozgrywki gra przestaje być typową sci-fi strzelanką, a staje się niemal pełnoprawnym survival horrorem. Czułem się jak podczas seansu dobrego horroru klasy B – nigdy nie byłem pewny tego, czy uda się przetrwać kolejną scenę! Od tego momentu jeszcze bardziej trzeba się mieć na baczności, a dotychczas wyrobione nawyki trzeba zwalczać, dostosowując się do nowego przeciwnika. To kolejny plus Halo – gra nagradza elastyczność w doborze taktyki. Wymagało to ode mnie nieco wysiłku, żeby przezwyciężyć swoje przyzwyczajenia i upodobania. Przykładowo, tarcze o wiele szybciej padają, gdy używamy broni energetycznej, więc warto przeciwko Elitom używać ich własnej broni. Natomiast miękkie ciało wrogów skuteczniej powali solidna dawka ołowiu. Warto więc żonglować dostępnym orężem i dostosowywać go do potrzeb chwili.

Czwarty screen ukazuje wnętrze statku UNSC. Dwóch członków załogi w mundurach z napisem „UNSC” stoi przy konsolach sterujących, obserwując kapsułę hibernacyjną (cryopod), w której znajduje się Master Chief. Na monitorach widoczne są schematy postaci i dane techniczne, co sugeruje początkową sekwencję gry, gdy bohater jest wybudzany z hibernacji.
Szczególnie też zaimponowało mi, że w starciach z pewnym typem wroga warto było celować w kończyny – zwłaszcza te dzierżące broń. Po odpowiednim ostrzale ręce mogły im odpaść. Okazuje się, że ciężko używać karabinu, jeśli nie ma się go czym trzymać. Nauczyłem się też uważać, w kogo rzucam przylepnymi granatami. Niektórzy potrafili panikować i wbiec w grupę sojuszników, ale inni z kolei postanawiali szarżować prosto na mnie. To bardzo frustrująca przyczyna powrotu do poprzedniego zapisu.

Klasyczne, choć odświeżone, piękno

Halo: Combat Evolved dostępne w ramach Master Chief Collection to świetny przykład, jak dobrze odświeżyć klasyczny tytuł. Wprawdzie w 2001 roku gra wyglądała naprawdę dobrze, tak po 24 latach grafika pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście tytuł otrzymał sporo graficznych usprawnień – wyższej jakości tekstury, nowe modele postaci i broni, efekty cieni i wybuchów, wyższą rozdzielczość i nawet do 120 klatek na sekundę na konsolach. Choć z nowymi produkcjami nie ma co się równać, gra po prostu wygląda ładnie. Czuć klimat oryginału, nawet jeśli nowsza wersja jest nieco bardziej kolorowa i żywa. Łatwo to zresztą sprawdzić, bo za pomocą jednego przycisku można się przełączać pomiędzy klasycznym a ulepszonym trybem graficznym. Pozwala to na bardzo przystępne poznawanie klasyka.
 Na trzecim screenie widzimy postać Master Chiefa, głównego bohatera gry, ubranego w charakterystyczną zbroję Mjolnir. Kamera ustawiona jest lekko z góry, a Master Chief zwraca się do Cortany słowami: „Slow down. You're losing me.” Scena rozgrywa się wewnątrz obiektu o futurystycznym, forerunnerowym designie, z podświetlanymi panelami i geometrycznymi wzorami na podłodze.

To jednak nie wszystko, bo i efekty, i ścieżka dźwiękowa doczekały się nowszych wersji. Bronie brzmią lepiej, a muzyka jest po prostu cudowna. To jednak wciąż ogromna zasługa oryginału, a konkretniej Marty’ego O’Donnella i Michaela Salvatoriego. Choć nie każdy utwór to arcydzieło, wiele z nich brzmi naprawdę wspaniale, a sam – kultowy już przecież – motyw główny to jeden z najlepszych fragmentów muzyki z gier wideo. Z wyłączeniem może dwóch utworów słuchało się tego bardzo przyjemnie, dodawało ogromu emocji do tego, co działo się na ekranie, a i w wolnych chwilach z chęcią wracam do tej muzyki. Jednocześnie poznanie ścieżki dźwiękowej Halo: Combat Evolved sprawiło, że doceniłem też bardziej ścieżkę dźwiękową z Halo: Reach, widząc (czy raczej słysząc), skąd niektóre motywy się wywodziły.

Ideałów nie ma, ale Master Chief…

Chwalenie tej produkcji jest bardzo proste, nawet mimo tego, że specjalnie odczekałem dwa tygodnie, by do tekstu podejść na świeżo, bez buzujących po finale emocji. Jakkolwiek by jednak na Halo: Combat Evolved nie patrzeć, nie jest to gra pozbawiona wad. Przede wszystkim jest tutaj zaskakująco dużo backtrackingu, czyli wracania przez etapy, które wcześniej już odwiedziliśmy. Dodatkowo projekt niektórych, zwłaszcza późniejszych, map sprawia, że łatwo się zgubić. Być może zanadto przywykłem do współczesnych gier, które nawet gdy nie prowadzą gracza za rękę, sporo ułatwiają. Często nie wiedziałem, dokąd mam iść, nawet gdy słyszałem wskazówki Cortany.

Można by też nieco zarzucić samej historii opowiedzianej w tytule, bo ta, choć przystępna i angażująca, nie jest najmocniejszym punktem Halo. W paru miejscach jest ona nieco chaotyczna, kilka scen z kolei to bezwstydne zasypywanie gracza detalami w mało naturalny sposób. To dobra fabuła, lecz nawet dwadzieścia cztery lata temu gry potrafiły mieć historie o wiele lepiej opowiedziane.

 Drugi screen przedstawia holograficzną postać Cortany, sztucznej inteligencji towarzyszącej graczowi. Cortana znajduje się w futurystycznym pomieszczeniu z zaawansowaną technologią i holograficznymi globusami w tle. Na dole ekranu widnieje jej wypowiedź: „The Covenant found something. Buried in this ring. Something horrible. And now... they're afraid.” – co podkreśla narastające napięcie fabularne i tajemnicę związaną z Halo.

Sam ostatni etap jest też tym, który niesamowicie napsuł mi krwi. Wspomniałem wcześniej o dostępnych w grze pojazdach, te jednak prowadzi się w nietypowy sposób, wymagający pewnej wprawy. Otóż każdy porusza się do przodu dokładnie tam, gdzie wskazuje kamera, a nie da się skręcać, wychylając lewy analog na boki. To sprawia, że czasami trudno jest trafić w węższe korytarze. Wyobraźcie sobie więc cały etap, pełne pięć minut walki z czasem, gdzie musimy prowadzić średnio intuicyjny pojazd przez wąskie alejki pełne przeszkód, wrogów i różnych wybojów. Prowadzony przeze mnie Warthog regularnie lądował na dachu, a ja albo traciłem cenne sekundy, by do niego wrócić, albo ginąłem, przygnieciony dosłowną falą wrogów. A że w grze nie ma opcji zapisu w dowolnym momencie, tylko system punktów kontrolnych, finał okazał się ogromnie frustrujący.

Podsumowanie

Halo: Combat Evolved to zasłużenie klasyka gatunku strzelanek pierwszoosobowych. Uważam za swoją osobistą porażkę, że potrzebowałem niemal ćwierć wieku, by po nią sięgnąć, i jeśli również nigdy wcześniej w nią nie graliście, natychmiast powinniście nadrobić to haniebne zaniedbanie. Owszem, nie każdemu ten tytuł przypadnie do gustu. Jednak patrząc na to, jak Halo zdefiniowało ten gatunek, wypadałoby je poznać samodzielnie. Ta produkcja szturmem zdobyła wysoką pozycję na liście moich ulubionych gier wszech czasów i zaowocowała małą obsesją, która na ten moment skończyła się przejściem niemal cięgiem trzech produkcji pod rząd, słuchaniem książek z uniwersum i odtwarzaniem ścieżki dźwiękowej na zapętleniu niemal każdego dnia.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!



Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top