Hearthstone (PC) – powrót do gry po latach za sprawą „Ustawki”

miniaturka Hearhtstone
Marek Wierczyński
Marek Wierczyński

Z Hearthstone’em mam swoisty love-hate relationship. Nie dlatego, że gra jest słaba jako karcianka, ale dlatego, że jest piekielnie uzależniająca. Wróciłem do niej po około pięciu latach za sprawą przyjaciela, który streamował na Discordzie swoją rozgrywkę w trybie Ustawka. Wiedziałem, że ten tryb pojawił się w grze już dawno, ale wcześniej nie miałem ani okazji, ani motywacji, by wrócić do HS-a. Jak się to skończyło? Wpadłem w klasyczną pętlę „jeszcze jednej partii”.

YouTube player

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Ustawka – dopaminowy strzał

Jeśli, podobnie jak ja, przespaliście ostatnie kilka lat pod kamieniem w temacie Hearthstone’a — śpieszę z wyjaśnieniem, czym jest Ustawka. To tryb stanowiący odpowiedź Blizzarda na „auto battlera” od Riot, czyli League of Legends: Teamfight Tactics. Zamiast bohaterów wystawiamy tutaj na stół karty, a sama walka przebiega automatycznie.

W jednym meczu bierze udział ośmiu graczy w trybie solo albo cztery dwuosobowe drużyny w trybie duo. W tym drugim spędziłem najmniej czasu — jest dla mnie zwyczajnie nudny i mało satysfakcjonujący. Często zdarzało się, że moja „ręka” nawet nie trafiała na stół, bo sojusznik sam czyścił obu przeciwników.

Wracając do mechaniki Ustawki: na początku wybieramy jednego z dwojga lub czworga dostępnych bohaterów — w zależności od tego, czy mamy wykupiony przepustkę bitewną. Następnie przechodzimy do fazy rekrutacji. Początkowo stać nas tylko na jednego stronnika albo zaklęcie, które wylosuje sprzymierzeńca. Potem następuje faza walki z jednym z pozostałych siedmiu graczy. Cykl rekrutacji i walki powtarza się, aż zostanie tylko jeden gracz z punktami zdrowia.

Syndrom „jeszcze jednej partii” w Hearthstone

Tytuł doskonale oddaje to, jak wyglądały moje ostatnie dwa tygodnie z Hearthstone’em. Po tym czasie licznik pokazał ponad 65 godzin czystej rozgrywki — czyli grubo ponad sto meczów. Dodatkowym motywatorem była rywalizacja ze znajomymi o rating, która tylko nakręcała syndrom „jeszcze jednej partii”. Znam siebie. Gdy gra przestaje mnie bawić i nie ma w niej tego „czegoś”, po prostu od niej odbijam. Tutaj jednak wszystko zaskoczyło — trybiki poszły w ruch, wciągając mnie w niekończącą się pętlę rozgrywek.

Wiem doskonale, że wiele zależy tu od RNG — losowych stronników i kart. Każdy mecz wygląda inaczej, a sukces często zależy od tego, czy uda się złożyć deck, który zadziała w praktyce. Standardowe tryby przestały mnie dawno kusić przez problemy z balansem, ale w Ustawce poczułem znowu chęć do eksperymentowania. Mogłem rozkładać rozgrywkę na czynniki pierwsze, tworzyć kombinacje oparte na synergii między kartami i bohaterami, bez potrzeby szukania gotowych decków w sieci.

Mimo że balans wciąż nie jest idealny — co trudno osiągnąć w karciance opartej na losowości — tryb zachowuje wysoką regrywalność. W przeciwieństwie do standardowych rankingówek, w których meta dominuje wszystko, tutaj jest zbyt wiele zmiennych, by przewidzieć przeciwnika na podstawie jednego archetypu. Nie ma już sytuacji, kiedy po zobaczeniu smoków od razu wiesz, że nadciągają zaklęcia. Jak to miało miejsce w standardowych rozgrywkach rankingowych, gdy rządził piracki Mr. Boom czy paladyn-choinka z murlokami. A przecież właśnie ta przewidywalność sprawiła kiedyś, że odpuściłem Hearthstone’a na dobre kilka lat.

Plansza Battlegrounds w Hearthstone z minionami po obu stronach (w tym świecące zielone), herosem po lewej, monetami 17 i poziomem 7. Zielone podświetlenie na aktywnym minionie, drewniane tło z dekoracjami.

Czy warto wrócić do Hearthstone’a i spróbować Ustawki?

Cytując klasyka: „jeszcze jak…”. Sam Hearthstone od premiery pozostaje free-to-play, ale w standardowych trybach przewagę mają gracze kupujący boostery, by złożyć deck z aktualnej mety. W przypadku Ustawki ten problem znika. Nie ma poczucia, że trzeba podpinać kartę kredytową, by w ogóle mieć szansę.

Poza dwoma dodatkowymi bohaterami na start (lub czterema po zakupie karnetu) reszta zależy tylko od nas i od tego, jak ułożą się nam stronnicy podczas momentu rekrutacji. Pula kart jest wspólna dla wszystkich graczy. Jeśli więc szukacie karcianki „na chwilę”, która bardzo szybko przerodzi się w „coś znacznie dłuższego”, zdecydowanie warto sprawdzić ten tryb na własnej skórze.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie kodu do przepustki sezonowej dziękujemy firmie CENEGA.
Udostępnienie klucza w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.

Marek Wierczyński
Pasjonat gier komputerowych od najmłodszych lat, pamiętający czasy ZX-Spectrum i C64. Wieloletni fan gier spod stajni Blizzarda. Najbardziej lubi oglądać rozgrywki esportowe Starcrafta.
Scroll to top