I Hate This Place – recenzja (PS5). Nienawiść to za mocne słowo

Gra dostępna na:
NS
PC
PS5
XSX
okładka gry I Hate This Place
Kamil Podryban
Kamil Podryban

I Hate This Place to izometryczny survival horror z elementami craftingu, motywami craftingu, inspirowany klimatem lat 80. Produkcja od razu przywodzi na myśl klasyki takie jak Resident Evil czy Alone in the Dark, wymieszane z odrobiną Don’t Starve. Cytat Charlesa Caleba Coltona, że “naśladownictwo to najszczersza forma pochlebstwa”, często powracał w moich myślach w trakcie rozgrywki. Niestety, im dalej w las, tym bardziej odpowiedni okazywał się tutaj rozbudowany przez Oscara Wilde’a cytat, dodający “…jaką mierność może oddać wielkości”.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Nienawidzę tego miejsca

 I Hate This Place: bohaterka stoi naprzeciwko mężczyzny i rozmawia przez dialogowe dymki „Hi, uncle!”. W tle widać ciemny, leśny teren z oświetleniem. Na ekranie widoczne są liczniki HP/ST/FD w górnym lewym rogu oraz pasek ekwipunku z kanapkami i granatem na dole po lewej.
Gra zaczyna się, gdy główna bohaterka – Elena – powraca do miejsca, w którym przed laty zaginęła jej matka. Choć okoliczności jej zniknięcia są niejasne, wielu podejrzewa tajemniczego The Horned Man, czyli Rogatego Człowieka, nadludzką istotę, która zdaje się nawiedzać te okolice. Wraz z przyjaciółką postanawiają przeprowadzić okultystyczny rytuał mający go przyzwać, ale jego skutkiem jest jedynie zaginięcie owej przyjaciółki. Bohaterka rusza zatem na poszukiwania, uzbrojona zaledwie w kij baseballowy, latarkę i niesamowity upór. Czeka ją niejedna tajemnica do rozwikłania.

Choć nieco sztampowa, fabuła zapowiada się całkiem ciekawie. Pierwsze kilkadziesiąt minut gry wprowadza bardzo wiele elementów, jednocześnie niewiele tłumacząc. Przedzierając się przez bunkry, lasy, bagna czy rancza spotykamy wiele postaci… i jeszcze więcej dziwów. Większość z nich jest nastawiona zdecydowanie wrogo i tylko czyha, aby pozbawić Elenę życia. Kij i kilka pustych puszek po konserwach to kiepski oręż, dlatego większość czasu musimy przekradać się, zważając głównie na hałasy, gdyż większość wrogów jest niewidoma. Dodaje to elementów skradankowych do rozgrywki, pomaga także budować napięcie i zagęszcza nieco klimat.

Nawet lubię to miejsce

Schematyczny plan prototypu Departamentu Dróg i Mostów: mapa korytarzy z czerwonymi strzałkami wskazującymi ścieżkę, ostrzeżeniami „BE QUIET! IT LISTENS”, „REPORT ALL ANOMALIES IMMEDIATELY!!”. Cele misji: sprawdzić listę, przejść przez bezpieczne drzwi, sprawdzić zasilanie.
W trakcie rozgrywki znajdziemy przedmioty przydatne do tworzenia apteczek, prostych bomb z gwoździ czy amunicji. Z czasem Elena rozbudowuje arsenał; walki pozostają jednak ostatecznością. Zwłaszcza że musimy dbać o kondycję naszej postaci, a surowców – przynajmniej z początku – nie ma wiele. Zaatakowana traci punkty zdrowia, ale atakując czy biegając, wyczerpuje swoją wytrzymałość. Ta z kolei drastycznie spada, kiedy Elena głoduje, więc to trzecia rzecz, na którą musimy zwracać uwagę.

Jeżeli przymknąć oko na pewną budżetowość produkcji, I Hate This Place może się podobać. Stylizowana na komiksową szata graficzna ma swój urok, zwłaszcza typowe onomatopeje, wskazujące na nasze hałasy, zmieniające się zależnie od tego, po czym się poruszamy, a muzyka naprawdę potrafi podkreślić atmosferę scen czy obszarów. Sam gameplay także bywa przyjemny w pierwszych etapach, a intryga ma zadatki na coś lepszego, więc powodów, by brnąć dalej, jest całkiem sporo. Po pokonaniu pewnych trudności, o których napiszę poniżej, naprawdę czułem potrzebę dalszego odkrywania mapy, wykonywania kolejnych zadań i wyjaśniania zawiłości historii. Do czasu.

Wkurza mnie to miejsce

Bohaterka gry I Hate This Place, Elena, stojąca przy drewnianym moście w trakcie naprawy.
Niestety, choć chciałbym móc bardziej pochwalić ten tytuł, jego jakość mi na to nie pozwala. Zacznijmy od tego, że sam design niektórych mechanik dużo psuje. Wspomniane powyżej trudności związane są z systemem zapisu gry. Wzorem klasyków, save pointy są tutaj statyczne, nie ma szybkiego zapisu ani autosave’ów. Oznacza to, że musimy dotrzeć do konkretnego punktu i tylko tam zapiszemy rozgrywkę. Pierwszy z nich umiejscowiono w takim miejscu, że dotarcie do niego zajęło mi prawie godzinę. Nie dlatego, że jest daleko. Ogarniając już rozgrywkę, dotrzemy tam w 10 minut, może kwadrans. Jednak dopiero ucząc się mechanik, sterowania i ogółem I Hate This Place, ginąłem dość często. Raz, dlatego że sprawdzałem zasięg słuchu wroga. Innym razem postanowiłem sprawdzić, jak spisuje się broń w grze. Jeszcze kolejnym gdzieś się zgubiłem, brakło mi bandaży i wpadłem w jakąś pułapkę. Za każdym razem trzeba było zaczynać od nowa – wliczając w to fabularyzowaną scenkę na początku gry. Dawno nie czułem, żeby jakaś gra tak mocno marnowała mój czas.

Do tego dochodzą całkiem liczne błędy techniczne produkcji. Przykładowo, jeśli staniemy blisko ściany, nasza latarka oświetla to, co znajduje się po drugiej stronie. Podobnie potwory mogą nas trafić, nawet jeśli zamkniemy im przed nosem drzwi. Innym razem postać utknęła po ataku, który ją odrzucił, pomiędzy jakimiś przedmiotami. Po świecie gry rozsiane są też takie statyczne stwory, które mackami nas przyciągają do siebie – niektóre potrafiły mnie przyciągnąć zza rogu z dość dużej odległości i za nic nie umiem stwierdzić, czy to celowe rozwiązanie, czy błąd. Wyglądało jednak bardziej na błąd. No i przez wzgląd na statyczną kamerę zdarzało się, że niektóre elementy dekoracyjne przysłaniały większą część ekranu. Uniemożliwiało to odnalezienie postaci, o omijaniu przeciwników już nie wspominając.

Nierówne jest to miejsce

Otwarty notatnik z mapą wyspy porośniętej lasem i bagnami, z zaznaczonymi pinezkami kluczowych lokacji. Panel boczny z zakładkami „merchants”, „quests”, „map”, „notes” – aktualnie wybrana mapa z ikoną kompasu i znacznikiem pozycji gracza.
Jakby wad było mało, to nie za wiele dobrego można napisać także o oprawie gry. To prawda, ogólny cel-shading wygląda przyjemnie dla oka i nadaje ciekawego klimatu światowi gry. Niestety uważam, że brakuje tu czegoś więcej w stylu tych komiksowych onomatopei. Przy tym stylu graficznym i dość prostej historii aż prosiłoby się, żeby zaprezentować choćby cutscenki w formie faktycznych stron komiksowych. Zamiast tego mamy niewielkie zbliżenie na postacie, które stoją niemal nieruchomo, co wygląda zwyczajnie niechlujnie. Uderza to w oczy od samiutkiego początku i nigdy nie robi lepszego wrażenia.

Przerywnikom wcale nie pomaga drewniana gra aktorska. Dialogi są sztywne i zagrane bez większego wysiłku. Ostatecznie sprawia to, że wraz ze średniej jakości fabułą I Hate This Place nie jest grą, w której historię śledzi się z przyjemnością. I choć początkowo odgłosy świata wybrzmiewające w tle mogą robić wrażenie i nawet trochę straszyć, szybko okazuje się, że to zwykły ambient, który powtarza się co kilkanaście minut i nie ma żadnego przełożenia na to, co dzieje się dookoła nas. Całe szczęście, chociaż muzyka stoi tu na przyzwoitym poziomie. To jej zawdzięczamy w dużej mierze klimat niepewności i odrobiny grozy. Ba, to właśnie ścieżka dźwiękowa sprawiła, że najbardziej odczułem tu ducha lat osiemdziesiątych.

Na tle całości najlepiej wypada sam gameplay. Skradanie się między przeciwnikami potrafi dostarczyć zastrzyku adrenaliny, a w razie wpadki serce potrafi podejść do gardła ze strachu. Tworzenie przedmiotów sprawia, że nie mamy poczucia całkowitej bezradności, a i przemierzanie świata może się podobać. Niestety także tutaj mam sporo zastrzeżeń. Broń, nieważne jak zaawansowana, jest zwyczajnie do bani. W kilku nielicznych sekwencjach, gdy walka jest koniecznością, napięcie zastępuje z tego powodu zwykła irytacja. W późniejszych etapach gry, gdy mamy już nieco rozbudowane nasze ranczo, crafting staje się wręcz banalny i mocno ułatwia zabawę. Za mocno, moim zdaniem. No i dość szybko odkryłem, że w przypadku większości przeciwników przy odrobinie wprawy nawet nie trzeba się specjalnie skradać. Zasięg ich reakcji nie jest duży, a i zaalarmowanych dość łatwo uniknąć.

Nie wiem, dla kogo jest to miejsce

Otwarty ekwipunek z blueprintem „Flare Gun” po lewej: opis „Flare Gun sets enemies on fire. Flare ammo: full mag”, obok lista craftingowa. Panel inwentarza po prawej z narzędziami, amunicją i przedmiotami.
Choć I Hate This Place to nie jest długa gra – wydaje mi się, że 10 godzin wystarczy na jej ukończenie z nawiązką – dość szybko zaczęła mnie nużyć. Twórcy mieli kilka fajnych pomysłów takich jak cykl dnia i nocy, czy fenomenalny wręcz dziennik pełen zapisków, rysunków i z mapą, dzięki czemu łatwo odnaleźć się w tym, co trzeba zrobić dalej. Niestety całości brakuje porządnego szlifu, a także większej równowagi pomiędzy różnymi częściami gameplayu. To nie jest tak, że nie podobał mi się ten tytuł. W wielu chwilach bawiłem się naprawdę dobrze i siadałem do niego z entuzjazmem. Niestety wiele elementów pozostawia wiele do życzenia. Może produkcja potrzebowała więcej testów bądź dłuższego czasu tworzenia, by być wartą 120 złotych. Na ten moment jednak nie pokusiłbym się o zakup w promocji mniejszej, niż -50%. Zwyczajnie gra jest zbyt przeciętna na większą kwotę.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Rock Square Thunder.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top