Krzyk buntu i ryk silników: japońskie subkultury motoryzacyjne

Parking Daikoku
Aleksander Mazanek
Aleksander Mazanek

Nieważne czy mowa o drifcie, legendarnym rynku wewnętrznym, czy uroczych autach Kei, nie ma wątpliwości, że motoryzacja jest jednym z filarów Japonii. Dziś przyjrzymy się jej licznym fenomenom.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Kulturowy szybkowar

Wszystko bierze się z tego, że Japonia to kraj kontrastów społeczno-kulturowych. Konserwatyzm kieruje tu praktycznie każdym aspektem życia. Wystarczy spojrzeć na ekstremalną kulturę pracy w wielkich japońskich korporacjach, znanych jako daikigyō (jap. 大企業). Mało tego, społeczeństwo propaguje ją jako cel, do którego dążenie powinno być szczytem ambicji. Mówimy tu o społeczeństwie, które penalizuje indywidualność już na poziomie szkoły, choćby poprzez przymus noszenia identycznych mundurków. Wszystko to owocuje buntem w postaci licznych subkultur, nie tylko wśród młodzieży, ale i klasy średniej. Choć przybiera to różne formy, przeważa w nich krzykliwa ekspresja. To dla społeczeństwa nie tylko okrzyk wolności, ale też świadomość przynależności do grupy połączonej wspólnymi pasjami. Mowa tu zarówno o modzie, jak Harajuku czy Gyaru, specyficznej scenie muzycznej, Vtubingu, jak i właśnie motoryzacji. Samochody i motocykle wpisują się tu naturalnie jako symbol wolności, czy to przez aspekt otwartej drogi, dreszczyku ścigania się, niebezpiecznej jazdy, czy tuningu i moddingu pojazdów. Co ciekawe, jest to bunt, na który istnieje społeczne przyzwolenie, traktujące większość subkultur jako niegroźny wentyl bezpieczeństwa w szybkowarze presji kulturowej.

Brutalne plemiona

motocykliści Bosozok, autor Masayuki Yoshinaga
Fot. Masayuki Yoshinaga

Najbardziej chyba niezrozumianym na zachodzie terminem, a przy okazji jedną z najstarszych subkultur związanych z japońską motoryzacją, jest Bōsōzoku (jap. 暴走族). Słowo, oznaczające agresywne plemię, nadużywane jest bardzo mocno przez mainstreamowe media do ogólnikowego opisywania grupy specyficznych subkultur związanych z moddingiem motocykli i aut do poziomu absurdalnego. Jest to jednak błąd merytoryczny, a to, co funkcjonuje na zachodzie pod tą nazwą czerpie tylko inspiracje z oryginalnego ruchu.

Realnie Bōsōzoku jest niczym innym, jak kulturą gangów motocyklowych na japońskiej ziemi. Co ciekawe, jego początki są właściwie identyczne jak klubów motocyklowych w Stanach. W obu tych przypadkach, były to przede wszystkim grupy weteranów wojennych (w Japonii głównie niedoszłych pilotów kamikaze), którzy mieli problem odnaleźć się w nowej, spokojnej rzeczywistości, tworzyli więc grupy podobnych sobie i ruszali w drogę w poszukiwaniu celu i adrenaliny. W obu też przypadkach organizacje te szybko rozrosły się o młodzież, klasę pracującą i innych przedstawicieli marginesu poszukujących swojej tożsamości.

Zresztą nie tylko to łączy Bōsōzoku z Ameryką. Ich styl ubiorów bowiem czerpie mocno z subkultury greaserów. A jeśli nazwa ta nic wam nie mówi, to obejrzyjcie poniższy klip z pewnego musicalu z Johnem Travoltą i Olivią Newton-John. Obecnie ta forma Bōsōzoku jest już praktycznie wymarła, przede wszystkim przez nowelizację prawa drogowego z 2004 roku. Jeśli chcecie poznać głębiej tę niesławną subkulturę, bardzo mocno polecam też sięgnięcie po książkę Kamikaze Biker, autorstwa Ikuyi Sato.

YouTube player

Spoilery z kartonu i kieszonkowe ciężarówki

Skąd więc niepoprawne używanie tej nazwy? Ano stąd, że Bōsōzoku modyfikowali swoje pojazdy w ekstremalny sposób, głównie zakładając bardzo głośne i kuriozalnie wielkie wydechy, co z czasem przeniosło się też na modding samochodów i zaowocowało szeregiem nowych subkultur, obecnie wspólnie określanych tym mianem. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów są Kaido Racers (jap. 街道レーサー co tłumaczy się jako uliczny ścigacz), auta z komicznie wręcz wielkimi spoilerami czy wydechami, które wyglądają jak (i bardzo często są) zbudowane z kartonu w garażu wujka Tarō po zbyt wielu puszkach Asahi.

Mniej drastyczne wizualnie, czasem żartobliwie określane jako “Kaido, którego się nie trzeba wstydzić” są Shakotan (jap. シャコタン), czyli auta o bardzo obniżonym zawieszeniu. Dodatkową cechą rozpoznawczą są ogromne felgi pokryte cienką warstwą gumy, bo oponą tego nazwać nijak nie można. Jakby tego było mało, istnieje jeszcze ruch Dekotora (jap. デコトラ), co oznacza ozdobne ciężarówki inspirowany serią filmów Truck Yarō (jap. トラック野郎) co można luźno przetłumaczyć jako “tirowcy”. Ten styl moddingu można najprościej określić jako Kaido ciężkiego kalibru i naprawdę niełatwo to oddać słowami, trzeba zobaczyć samemu.


Po drugiej stronie spektrum są kei-jidōsha (jap. 軽自動車) małe auta, nazywane popularnie po prostu kei. Choć jest to produkt nie subkultury, lecz konieczności, nie sposób ich nie omówić, kiedy wspomina się o motoryzacji z Kraju Kwitnącej Wiśni, Jak sama nazwa wskazuje, są to miniaturowe auta, które gabaryty nadrabiają faktem, że są bardzo ekonomiczne w eksploatacji, śmiesznie tanie i objęte szeregiem przywilejów. Najciekawszym z nich jest chyba fakt, że jest to jedyny rodzaj samochodu niewymagający przy zakupie dowodu na to, że nabywca posiada odpowiednią przestrzeń parkingową. Kei występują w różnych wariantach, od sportowych, przez coupe, vany, aż po wyjątkowo urocze kei trucki.

Kawai, Hentai i wszystko pomiędzy

Choć moim punktem wejścia w świat japońskiej motoryzacji było Tōge (jap. 峠), o którym za moment, to drugą słabością jest estetycznie zrobiona itasha (jap. 痛車, wymowa itasia). Słowo to oznacza dosłownie żenujące auto i odnosi się do pojazdów ozdobionych podobiznami postaci z anime, mang czy gier, często przedstawiających „waifu” właściciela. Owszem, istnieją Itashe, które zakrawają designem o hentajce, i to te z niższej półki, jednak jest to zaledwie jeden kraniec ogromnego spektrum tego nurtu. To dobry moment na poruszenie tematu zachodniego gatekeepingu i zawłaszczania kulturowego. Moim marzeniem jest posiadanie, a jakże, AE86 Sprinter Trueno pomalowanej w odpowiedni odcień i zwieńczonej sylwetką Hoshimi Miyabi z Zenless Zone Zero, lub innego lisiego ducha, jak choćby Senko-san.


I tutaj pojawia się śmiechu warty dysonans, bowiem kiedy wspomniałem o tym na forach zachodnich, zostałem oskarżony niemalże o herezje i bezczeszczenie wizerunku kultowej maszyny do driftu. Z drugiej jednak strony omawiając to z japońskimi entuzjastami zarówno sportowych aspektów, jak i moddingu w odpowiedzi słyszałem “sugoi ne!” (ale fajne), czy inne “kakkoii!” (wow, super). To dość problematyczne, bo zachodnim “entuzjastom” wydaje się, że wiedzą lepiej co wypada niż osoby, które żyją w kolebce tej subkultury i pielęgnują jej tradycje. To trochę jak sytuacja, kiedy oglądałem wideo pod tytułem “Ekspert od driftu reaguje na Initial D”. W materiale tym kierowca Formuły D krytykuje animację, nie zdając sobie nawet sprawy, że maczał w niej palce Keiichi Tsuchiya, bez którego ten sport by nie istniał, a na którego życiu jest luźno bazowana.

Gas, gas, gas, I wanna step on the gas…

A skoro już padło słowo Tōge, oraz nazwisko Drift Kinga, to warto rozwinąć temat. Aby to zrobić prawidłowo, należy wspomnieć jeszcze Kunimitsu Takahashiego, nie bez powodu nazywanego Ojcem Driftu. To, co świętej pamięci Kuni-san zapoczątkował jako technikę pokonywania zakrętów za pomocą kontrolowanego poślizgu, Tsuchiya przekuł nie tylko w nową dyscyplinę motosportu, ale też sztukę drogowej ekspresji. Choć obecnie drift posiada wiele kategorii, tą pierwszą, najczystszą, jest właśnie Tōge, często zangielszczane jako touge.

YouTube player

Słowo to, które tłumaczy się dosłownie jako górską przełęcz, na stałe zagościło w wokabularzu wyścigów ulicznych z dwóch powodów. Po pierwsze, tak zatytułowana jest kultowa już dylogia wideo z 1988 roku (znana też jako Pluspy lub +P). Po drugie zaś, to właśnie na takiej przełęczy, konkretnie Usui-tōge na granicy prefektur Nagano i Gunma, narodziła się ta dyscyplina. Choć istnieją różne wariacje, w zależności od przepisów drogowych czy zasad regionalnych organizacji, w swoim rdzeniu jest to driftowanie po krętych górskich drogach. W formie sportowej najczęściej jest to jazda duetów, tak zwana pogoń, gdzie celem jest albo prześcignięcie oponenta, albo jak najwierniejsze powtórzenie jego linii driftu. Jest to prawdziwy spektakl wizualny, podczas którego oglądania na usta ciśnie się porównanie samochodów do pary wykonującej szybkie, zapierające dech w piersi popisy taneczne. To także kanwa, na której kierowca maluje płynne linie stylowej jazdy.

Bunt eksportowy

Jest jeszcze jeden aspekt, który spina powyższe, a także kilka niewymienionych, subkultury motoryzacyjne, a w dodatku mający wpływ na cały świat. Każdy fan samochodów rozpozna te trzy litery – JDM. Pod tym akronimem kryje się Japanese Domestic Market, czyli określenie pojazdów przygotowywanych na rynek krajowy, a nazwa ta została zaadoptowana przez scenę moto na całym świecie jako wspólny mianownik dla wąskiej, choć niezwykle popularnej, grupy aut produkowanych w latach 1989-2004. Popularność swą auta te zawdzięczają kilku czynnikom. Po pierwsze, przelicznik kursu jena był w latach 80-0 bardzo atrakcyjny. Po drugie, przez bardzo srogie przepisy inspekcyjne, używane japońskie auta zazwyczaj są w momencie sprzedaży w doskonałym stanie, a do tego średnio nie starsze niż 9 lat.

Ikony JDM
Fot. Pinterest

Ostatni zaś powód łączy się bezpośrednio z tym, o czym wspominałem na początku, czyli społecznie akceptowalnym wentylem bezpieczeństwa. Jak? A no tak, że producenci samochodów zdawali doskonale sprawę z tego, jak bardzo ważna jest dla japończyków motoryzacja jako odskocznia od codzienności. Efektem tego był nieformalny pakt firm motoryzacyjnych i pojazdy z silnikami, które z jednej strony co do joty trzymały się litery prawa, a z drugiej wystarczyło dokonać kilku banalnie prostych modyfikacji, by wyciągnąć z nich na tyle dużo więcej mocy, że zahaczało to już o rząd dwu-trzykrotności. Do tych zmian oczywiście producenci w żaden sposób nie zachęcali, a to że powstał przy okazji ogromny rynek części zamiennych, które same w sobie nie były nielegalne, za to prowadziły do osiągów robiących sobie jawne kpiny z oficjalnych ograniczeń to przecież tylko przypadek…

Logiczna nieoczywistość

I to właśnie sprawia, że Japonia tak mnie fascynuje. Nie dlatego że jest dziwna, tylko dlatego co się pod tym kryje. Z wierzchu mamy płaszczyk neonów, krzykliwości i absurdu, pod spodem zaś społeczeństwo, które wytworzyło mechanizmy kompensacji presji na poziomie wręcz systemowym. Tu kulturę pracy i konformizm praktycznie na każdym etapie życia kontruje społeczne przyzwolenie na skrajnie wyrazistą ekspresję. A nad tym wszystkim wytworzył się nieoczywisty, ale jakże logiczny społeczny paradygmat. Można oczywiście cieszyć się Japonią tylko przez jej dziwactwa — znajomość ich źródeł sprawia jednak, że ten zachwyt zyskuje zupełnie inny ciężar.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.



Aleksander „Taktyczny Wafel” Mazanek.
Z zawodu dziennikarz i tłumacz, z pasji gracz, widz i historyk specjalizujący się w kulturze i lingwistyce Japonii. Wielbiciel wszelkich czterołapych stworów i koci tata.
Scroll to top