Kiedy instalowałem nowy projekt studia Hypergryph na swojej konsoli, nie wiedziałem o nim w zasadzie nic. Zdawałem sobie sprawę, że to darmowa gra z systemem gacha, ale oprócz tego nie dotarły do mnie żadne inne informacje. Jest to w sumie trochę dziwne, ponieważ tytuły takiego typu lubię i staram się w miarę możliwości śledzić ich rynek. Spisując swoje pierwsze wrzenia z Arknights: Endfield myślałem, że pogram jeszcze dosłownie kilka do kilkunastu godzin i moja przygoda z tą produkcją się zakończy. Nic takiego się jednak nie stało. Obecnie spędziłem na powierzchni Talosa-II prawie sto pięćdziesiąt godzin i coś czuję, że to jeszcze nie koniec. Czy w związku z tym poleciłbym tę pozycję innym? Tak jak wiele rzeczy na tym świecie, odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana.

Dalsza część tekstu pod materiałem video
Przebudzenie
W Arknights: Endfield wcielamy się, w zależności od wybranej płci głównej postaci, w Endministratora lub Endministratorkę. Po dziesięcioletniej hibernacji budzimy się na pokładzie statku OMV Dijiang, gdzie wita nas sympatyczna dziewczyna Perlica. Szybko odkrywamy, że jesteśmy szefem organizacji Endfield Industries. Niestety zbyt wiele z czasów przed śpiączką nie pamiętamy. Nie przeszkadza nam to jednak natychmiast ruszyć na pobliski księżyc Talos-II, gdzie dzieją się niepokojące rzeczy, mogące doprowadzić do zagłady jego mieszkańców.
Tak mniej więcej rysuje się fabuła tytułu. Nie będę ukrywał, że nie ma w niej nic zaskakującego. Dodatkowo wyjątkowo wolno się rozkręca. Przez pierwsze dwadzieścia godzin jesteśmy dosłownie zasypywani nowymi systemami i związanymi z nimi samouczkami. Nie oznacza to jednak, że jest nudna. Po prostu niecierpliwi szybko poczują znużenie przez znane z takiego typu produkcji przydługie dialogi pełne ekspozycji. Mnie to akurat nie przeszkadzało. Szczególnie że walki z bossami, odrywanie różnego rodzaju mechanik oraz poznawanie kolejnych postaci, skutecznie urozmaicało ciągnącą się w nieskończoność historię.
Poza tym byłem ciekawy, co takiego czeka na mnie pod koniec głównego wątku. Z zadowoleniem mogę stwierdzić, że się nie zawiodłem. Od pewnego momentu akcja nabrała tempa, a bitwa z ostatnim przeciwnikiem była zacięta. Oczywiście nie zamknęła ona całej opowieści, bo przecież Arknights: Endfield to jednak gra usługa, natomiast wydarzenia jej towarzyszące zdecydowanie wzbudziły moją ciekawość i z chęcią poznam dalszy rozwój wydarzeń.
Jak na prawdzie chińskie RPG przystało, produkcja studia Hypergryph wypełniona jest dodatkowymi misjami. Wiele z nich to standardowe przynieś, podaj, pozamiataj. Oprócz nich trafimy także na zlecenia związane z postaciami, które za pomocą systemu gacha, możemy dołączyć do drużyny. Zadania te nie są może bardzo odkrywcze, ale podoba mi się, że dzięki nim bliżej poznajemy członków naszej ekipy.
W kupie raźniej
Skoro już poruszyłem temat drużyny, to warto by go trochę rozwinąć, ponieważ recenzowana pozycji znacznie różni się w tej kwestii od innych przedstawicieli gatunku. W grach typu gacha zazwyczaj poruszamy się i walczymy jednym bohater lub bohaterką na raz. Oczywiście w dowolnym momencie możemy przełączyć się na kogoś innego, ale z reguły na ekranie widzimy tylko jedną postać. Tutaj sytuacja wygląda podobnie, ale pozostała trójka zespołu cały czas dzielnie podąża za nami. Nie jest to jednak zabieg, tylko i wyłącznie natury kosmetycznej. Brygada pomaga w zbieraniu przedmiotów, komentuje wydarzenia, czy ostrzega przed niebezpieczeństwem. Potrafi również wskazać przegapioną przez nas znajdźkę. Przyznam szczerze, że jest to bardzo miła odmiana, dzięki której czuję się dużo bardziej zżyty ze swoją ekipą.
Czas na pojedynek
Wspomniana powyżej zmiana ma przede wszystkim znaczący wpływ na walkę, ale o tym za chwilę. Najpierw skupię się na zestawie ruchów, który każdy heros posiada. Oprócz zwykłej kombinacji ciosów, do dyspozycji mamy jedną umiejętność, uderzenie ostateczne oraz specjalny atak combo. To właśnie ten ostatni w połączeniu ze wspomnianą w poprzednim akapicie różnicą sprawiają, że potyczki w Arknights: Endfield są według mnie wyjątkowe. Określone akcje aktywują ataki combo i jeżeli odpowiednio przygotujemy rotację swojej drużyny, jesteśmy w stanie odpalić jeden taki cios po drugim. W związku z tym, że w bitwie biorą udział wszystkie cztery postacie, nie musimy przerywać natarcia głównym napastnikiem. Dzięki temu rozgrywka jest dynamiczna, a na ekranie cały czas coś się dzieje. Sporo zdolności nakłada także różnego rodzaju statusy, które wchodzą ze sobą w interakcję, co dodatkowo zwiększa głębię całego systemu. Podsumowując, uważam, że sama walka to jedna z największych zalet tego projektu.
Fabryki w Arknights: Endfield
Kolejnym dużym plusem, przynajmniej dla mnie, jest wprowadzenie do rozgrywki rozwiązań bazujących na tworzeniu linii produkcyjnych rodem z Factorio czy Astronner. Zabawę z tymi mechanikami zaczynamy bardzo szybko od ustawienia maszyn wiertniczych na rozsianych po mapie zasobach. Te trafiają do głównej bazy, skąd transportujemy je do maszyn przerabiających minerały na półprodukty, które następnie możemy łączyć w gotowe do użytku i sprzedaży towary. Artykuły te możemy przenieść do swojego ekwipunku i używać do podnoszenia statystyk lub handlować nimi z wybudowanymi wcześniej placówkami. Za zdobytą w ten sposób walutę nabędziemy materiały potrzebne do ulepszania zarówno postaci, jak i broni.
Z początku myślałem, że to wszytko zostało wciśnięte do gry trochę na siłę. Szybko przekonałem się jednak, że mechanizmy te sprawiają mi sporo frajdy. Budowanie kolejnych ciągów montażowych, zapewnianie im odpowiedniego zasilania oraz optymalne rozmieszczenie ich części, to doskonała zabawa na wiele godzin. Na dodatek im lepiej sobie wszytko zaplanujemy, tym więcej zarobimy i będziemy mieli górę szmalu, która naprawdę się przydaje. Moim zdaniem włączenie takiego typu rozgrywki było strzałem w dziesiątkę, ponieważ zachęca do dłuższego obcowania z Arknights: Endfield. Jedyny minus tego rozwiązania to fakt, że jest ono naprawdę mocno zintegrowane z całością i osoby nieprzepadające za czymś takim po prostu się od tej produkcji odbiją.
Nie taka gacha straszna, jak ją malują
Czas najwyższy porozmawiać o najbardziej niewygodnej kwestii całego doświadczenia, czyli o mechanice gacha. Ja wiem, że wielu graczy po prostu za nią nie przepada i całkowicie ich rozumiem. Nikt nie chce wydawać kasy na cyfrowe postacie, które kosztują więcej niż nie jeden tytuł AAA. Tylko że nikt tak naprawdę nikogo nie zmusza do otwierania portfela. Gra sama w sobie jest darmowa i co chwila obsypuje nas mnóstwem materiałów, które w zupełności wystarczą na złapanie większości dostępnych w grze bohaterów i bohaterek oraz zbudowanie jednej odpowiednio dopakowanej drużyny. Zresztą niewielkim nakładem pracy możemy spokojnie przygotować sobie drugi zespół tylko zajmie to po prostu więcej czasu.
Nie zmienia to jednak faktu, ze w obecnym momencie mam czteroosobową drużynę, która bez problemu radzi sobie z większością wyzwań. Co prawda poświeciłem około 50 złotych na zakup przepustki sezonowej, ale zrobiłem to dopiero w momencie, w którym odblokowałem jej ostatni poziom. Poza tym spędziłem w grze już tyle godzin, podczas których świetnie się bawiłem, że z przyjemnością dołożyłem Cegiełkę na dalszy rozwój projektu.
Ekonomia losowania
Zresztą sama gacha w Arknights: Endfield również jest wyjątkowa. Przede wszystkim podczas losowania dostajemy tylko i wyłącznie postacie. Dzięki temu szybciej otrzymujemy powtórki, które wykorzystujemy do wzmacniania statystyk. Broń ma swoją osobną zakładkę i zdobywamy ją, wydając walutę otrzymywaną za wyciąganie herosów. Według mnie jest to bardzo dobre i przyjazne dla gracza rozwiązanie, ale nie każdy członek społeczności by się ze mną zgodził.
Niestety w tym wszystkim jest kilka kruczków. Po pierwsze same losowania są droższe niż w podobnych produkcjach. Po drugie tytuł jest bardzo oszczędny w oferowaniu biletów pozwalających na losowanie ze standardowej puli postaci. Z drugiej strony bez wkładu własnego udało mi się złapać praktycznie wszystkich obecnie dostępnych herosów. Mimo to uważam, że deweloper powinien znaleźć jakiś sposób, aby tych darmowych szans dostarczyć trochę więcej.
Budowanie postaci
Tak jak wcześniej wspominałem, twórcy naprawdę postarali się dostarczyć wystarczającą ilość zasobów na pełne rozwinięcie całej drużyny. Wierzcie mi, że jeden dobrze dobrany kwartet potrafi rozprawić się z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami obecnej zawartości. Co jednak począć, gdy chcemy zacząć rozwijać kolejnych herosów? Tutaj nie ma niespodzianek. Jak w przypadku innych produkcji z tego gatunku na zdobywanie dodatkowych materiałów wydajemy samoodnawiające się punkty, które tutaj zwą się Sanity. Oczywiście surowców jest zatrzęsienie, ale ogarnięcie, co jest akurat potrzebne, nie stanowi zbyt dużego problemu. Podobnie jest zresztą z bronią.
Na pochwałę natomiast zasługuje podejście do reszty ekwipunku. Zapomnijcie o losowych wartościach na sprzętach. Każdy element wyposażenia ma z góry ustalone statystyki, a na dodatek można je produkować w fabrykach. Oznacza to, że nie musimy w kółko wykonywać jednej aktywności, ponieważ najlepsze przedmioty są na wyciągnięcie ręki. Co prawda mamy do dyspozycji opcję wkładania losowych esencji w broń oraz podnoszenia statystyk fantów, ale nawet bez tego gra się bardzo przyjemnie. Sam fakt, że zacząłem się temu przyglądać dopiero po prawie stu pięćdziesięciu godzinach, chyba o czymś świadczy. Zresztą moje zainteresowanie wynikło bardziej z ciekawości niż z przymusu.
Technicznie nieźle, ale nie doskonale
W Arknights: Endfield gram na swoim zwykłym PlayStation 5 i przez większość czasu nie mam problemów. Gra prezentuje się naprawdę ładnie. Zarówno przemierzane tereny, jak i modele naszych postaci oraz przeciwników cieszą oko. Nie jest to może najładniejsza gra gacha, w jaką grałem, ale mogę spokojnie umiejscowić ją w pierwszej trójce. Dlatego trochę żałuję, że gdy sporo się dzieje na ekranie, liczba klatek na sekundę potrafi nieznacznie spaść. Z drugiej strony gram w trybie jakości, więc takie potknięcia mogą się zdarzać. Na szczęście nie jest to aż tak odczuwalne w ferworze walki. Denerwuje mnie natomiast to, że bardzo często po wyjściu z menu lub użyciu szybkiej podróży, gra przycina się tak, jakby coś się jeszcze doczytywało. Jest to coś, nadczym twórcy zdecydowanie powinni popracować.
Przyjemne dla ucha
Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, to nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jest tu jednakże kilka utworów, które utknęły mi w głowie na stałe. Chylę czoła natomiast przed specami pracującymi nad odgłosami interfejsu użytkownika. Nie zwracam na to uwagi zbyt często, ale tutaj każde kliknięcie, każde wytworzenie przedmiotu czy postawieni budynku ma naprawdę mięsisty odgłos. Takie leciutki zastrzyki dopaminy też należy docenić. Podoba mi się również japoński dubbing, ale jeżeli nie przepadacie za tym językiem, spokojnie możecie zmienić go na angielski, który nie jest już taki klimatyczny, ale daje radę.
Czy mogę polecić Arknights: Endfield?
Tak jak wspomniałem na początku, odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana. Jeżeli jesteście fanami gier typu gacha i w swoim ulubionym tytule zrobiliście już wszytko, to warto się tą pozycją zainteresować. Jest w niej sporo ciekawych rozwiązań i kilka nowych mechanik, które zdecydowanie powinniście sprawdzić. Jeśli nigdy wcześniej nie interesował Was ten gatunek, ale chcielibyście go w końcu przetestować, to lepszego kandydata obecnie nie znajdziecie. Takie produkcje dobrze poznawać od początku, a ta wyszła dosłownie miesiąc temu.
Natomiast osoby, które zwyczajnie stronią od takich projektów, spokojnie mogą sobie Arknights: Endfield darować. Chyba że lubicie tworzenie linii produkcyjnych, zarządzanie zasobami i zabawę w mini market. Wtedy powinniście szybko tytuł pobrać, bo być może przypadnie Wam do gustu tak bardzo, jak mnie.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.









