Czasem każdemu zdarza się dzień, w którym headshoty nie wchodzą, przeskakiwanie przepaści kończy się długim upadkiem, a boss pokonuje nas, mając ostatni skrawek punktów życia. Co wtedy może zrobić gracz, który jednak nadal ma ochotę odpalić coś i oddać się w całości swojemu ulubionemu hobby? Nie wiem jak Wy, ale ja w takiej sytuacji sięgam po różnego rodzaju produkcje logiczne takie jak Railbound czy Pup Champs. Jednak momentami nawet wysilanie mózgownicy nie idzie mi najlepiej. Dlatego bardzo cieszę się, że na rynku dostępne są również projekty polegające na szukaniu różnych rzeczy. Nie dość, że człowiek może spokojnie przy takiego typu rozgrywce odpocząć, to jeszcze po kilku sesjach jest szansa na niezbyt trudną Platynkę. Doskonałym przedstawicielem gatunku hidden object jest między innymi seria Hidden Cats, która ostatnio przyszła mi z pomocą.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Koty, koty, wszędzie koty
Seria Hidden Cats składa się z kilku tytułów. Każdy z nich polega na odnalezieniu określonej liczby przemiłych zwierzaków w kilku lokacjach. Oprócz jednej ogromnej planszy, przedstawiającej znane miasta bądź wariacje na ich temat, twórcy przygotowali trochę etapów pobocznych. Główne panoramy są czarno białe, ale w miarę odkrywania sympatycznych ssaków nabierają kolorów. Dzięki temu łatwiej przeglądać naprawdę spore obrazki. Szkoda tylko, że poziomy dodatkowe nie używają tej samej mechaniki. Te zapełniają się barwami dopiero po znalezieniu wszystkich kotów. Na szczęście zespół pomyślał i o tym. Kiedy najedziemy na kawałek ilustracji, na której znajduje się wąsaty koleżka słychać wyraźne miauknięcie.
Nie ukrywam, że rozgrywka jest bardzo prosta. Nie miałem też zbyt dużego problemu z odznaczaniem całych zastępów mruczków. Biorąc jednak pod uwagę, że zabieram się za takie gry we wspomnianym we wstępie scenariuszu, dla mnie było to niezwykle przyjemne doświadczenie. Ukończenie pojedynczej pozycji zajmuje od jednej do dwóch godzin i według mnie nie powinno stanowić problemu nawet osobom, które nie mają sokolego wzroku. Dla graczy mających trudność z odróżnianiem kolorów brygada z Nukearts Studio przygotowało specjalne filtry, które powinny ułatwić zabawę w chowanego.
Wyjdźmy na miasto
Muszę przyznać, że graficy postarali się, aby chociaż w niewielkim stopniu odzwierciedlić znane metropolie. W Paryżu widzimy wieżę Eiffla, Nowy Jork jest pełen wieżowców, a po londyńskiej ulicy jeżdżą dwupiętrowe autobusy. Pomimo mojego zachwytu uważam, że plansze powinny być jednak w trochę większych rozdzielczościach. Przy maksymalnym przybliżeniu widać rozmyte krawędzie, a niektóre koty są bardzo niewyraźnie. Na opisaną bolączkę najbardziej cierpią plansze bonusowe. Nie przeszkadza to jednak za bardzo podczas polowania, ale skutecznie psuje pierwsze pozytywne wrażenia.
Seria Hidden Cats potrafi poprawić humor
Po sesji rozglądania się po czarno białych lokacjach zawsze robi mi się trochę lżej na sercu. Mózg odpoczywa, a zastrzyki dopaminy skutecznie uspokajają skołatane nerwy. Dodatkowo człowiek cieszy się, z co chwila wpadających trofeów. Ja wiem, że takie gry to nie jest rozrywka wysokich lotów, ale mnie zdecydowanie pomagają odzyskać spokój ducha po ciężkim dniu w pracy.
Jeśli w młodości lubiliście przeglądać książeczki z cyklu „Gdzie jest Wally?”, to seria Hidden Cats powinna Wam się spodobać. Poszczególne tytuły bardzo często pojawiają się w promocji i potrafią kosztować niecałe dziesięć złotych. Uważam, że taka cena za kilkanaście minut odpoczynku od wybuchów, strzelania i uników to praktycznie nic.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!



