Splinter Cell – recenzja (PC). Cudowna niczym Sam Fisher

Gra dostępna na:
GBA
GC
MAC
PC
PS2
PS3
XBOX
Sam Fisher w czarnym stroju, mierzący z pistoletu, z zielonymi okularami noktowizyjnymi na głowie. Napis Tom Clancy's Splinter Cell.
Kamil Podryban
Kamil Podryban

Splinter Cell to gra, która na lata ukształtowała mój growy gust. To dzięki niej poznałem twórczość Toma Clancy’ego, rozbudziłem zainteresowanie militariami, a przede wszystkim nauczyłem się czerpać radość z cierpliwości i działania w cieniu. Ubisoft każe mi wciąż czekać na nową odsłonę serii – od wydanego w 2013 roku Blacklist minęło już niemal trzynaście pechowych lat – postanowiłem sprawdzić, czy upływ czasu zadziałał łaskawie na pierwszą misję Sama Fishera.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Splinter Cell – od początku

Sam Fisher w czarnym kombinezonie stealth skrada się w ciemnym zaułku nocnego kompleksu apartamentowego z latarniami i zielonymi ścianami porośniętymi roślinami
W Splinter Cell Sam Fisher, główna postać, w którą będziemy wcielać się na przestrzeni jedenastu scenariuszy, jest już w dość zaawansowanym wieku jak na agenta działającego w terenie. Wyciągnięto go z wcześniejszej emerytury, ponieważ Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA tworzy nową jednostkę, Trzeci Eszelon, który ma dbać o bezpieczeństwo kraju w sposób ściśle utajniony, a dodatkowo nie zawsze legalny. Do tego potrzebni są najlepsi z najlepszych – jednoosobowy oddział szpiegowski, który bez wsparcia poradzi sobie z najtrudniejszymi zadaniami. W przeciwnym razie rząd USA będzie udawał, że nie zna człowieka.

Jednym z zagrożeń bezpieczeństwa w 2004 roku – wtedy dzieje się akcja gry – było zaginięcie dwójki tajnych agentów, będących szpiegami w Gruzji. Bez wchodzenia w szczegóły, również po to, by nie zdradzać skądinąd wciągającej historii, intryga zatacza coraz szersze koła, pojawiają się podwójni agenci, kret, a nawet i zagrożenie wojną nuklearną. Choć tytuł jest sygnowany nazwiskiem Toma Clancy’ego, mistrza militarnych i politycznych thrillerów, sam autor nie miał wkładu w fabułę gry. Pomimo tego opowieść stoi na całkiem wysokim poziomie i jest ważnym elementem, który czyni Splinter Cell produkcją nad wyraz wyjątkową.

Sam w cieniu

Widok z perspektywy trzeciej osoby na wąski zaułek z latarnią gazową i ozdobnymi drzwiami do budynku; Sam Fisher celuje z pistoletu w oddalonego strażnika w garniturze
To jednak nie fabuła sprawia, że to wciąż jedna z moich ulubionych gier. Pierwsze skrzypce gra tutaj rozgrywka: unikanie przeciwników, skrywanie się w cieniu, w skrócie – pozostawanie niezauważonym. Choć Sam Fisher to weteran Navy Seals (i pewnie kilku innych formacji), walka to absolutna ostateczność. Przeciwnicy nieustannie mają przewagę liczebną, a często także posiadają większą siłę ognia. Na szczęście mamy kilka atutów, które pozwalają wyrównać szanse. Gracz może działać na różne sposoby — eliminować cele, odwracać uwagę strażników, niszczyć światła… ale możemy też usiłować pozostać całkowicie niezauważonym.

Gra zresztą bardzo zniechęca do otwartych konfliktów, gdyż Sam pada już po kilku pociskach. W zamian tytuł ułatwia skradanie się, oferując nam garść gadżetów. Nie wszystkie są w naszym arsenale od samego początku, dlatego podczas pierwszych wypadów musimy radzić sobie np. pustymi butelkami czy puszkami, które mogą odwrócić uwagę przeciwnika. Później jednak dostajemy ogłuszacze, wabiki, samoprzylepne kamery, a także imponująco futurystyczny – jak na 2004 rok – karabin SC2000. Oczywiście bardzo przydatne są także kultowe i ikoniczne gogle Sama, dające mu możliwość widzenia w ciemnościach czy w podczerwieni. Dostęp do zwiększonego arsenału dostajemy wraz z rosnącą powagą sytuacji.

GOG - Zagraj w nowości i Klasyki

Rozgrywkę też urozmaicają zmieniające się parametry misji. Czasami pojedynczy alarm oznacza porażkę, innym razem nie wolno nam zabić ani jednego strażnika, a jeszcze w innych musimy trzymać się z daleka od ulic, poruszając się tylko po dachach. Dwadzieścia lat temu liniowość poziomów nie raziła. Dziś jednak liczne ograniczenia mogą jednak powodować pewne źródło irytacji. Rzadko można pokonać jakiś etap na liczne sposoby, a nasza swoboda ogranicza się do sposobu, w jaki chcemy ominąć strażnika. Ten tytuł wymaga również ogromu cierpliwości, tutaj absolutnie nie ma miejsca na pośpiech. Przeciwników trzeba obserwować, uczyć się ich schematów i ścieżek, a następnie powoli, systematycznie i konsekwentnie wykorzystywać okazje. To spory szok, biorąc pod uwagę ostatnie kilka części z serii.

Płynnie i bezbłędnie bez względu na wiek

Sam Fisher kuca w ceglanej piwnicy z kratami, czerwonym monitorem i skrzyniami; aktywny cel "Find Gorodnize's dead drop"
Pomimo dwudziestu lat, pierwszy Splinter Cell wygląda dość przyzwoicie. Wersja z GOG-a działała u mnie bez żadnych problemów, nawet w rozdzielczości 2K, zarówno na Windowsie jak i Linuksie. Oczywiście, jakość grafiki nikogo nie zachwyci, a modele postaci na zbliżeniach nie wyglądają atrakcyjnie. Mimo to podczas zabawy wszystko prezentuje się zaskakująco dobrze, a i dziś gra cieni potrafi zachwycić. Pamiętam, że w 2004 to, jak przedmioty rzucały cienie na ściany czy postacie, robiło gigantyczne wrażenie. Grając w 2026 roku, nadal zdarzało mi się zatrzymać i podziwiać światło oraz cienie w ruchu. Początkowo animacje wydawały mi się sztywne, ale szybko zrozumiałem, że to kwestia przyzwyczajenia do dzisiejszej dynamiki. Powolniejsze i bardziej jakby przemyślane animacje wyglądają dziś nieco nietypowo.

Pod względem dźwiękowym trudno mieć zastrzeżenia. Owszem, muzyka nie jest najbardziej wyróżniającym się elementem gry, choć jest bardzo charakterystyczna i umiejętnie buduje napięcie. Splinter Cell świetnie za to pozwala zauważyć, po jakiej powierzchni porusza się Sam – a to ma duże znaczenie, gdy usiłujemy się zakraść do niczego niespodziewającego się przeciwnika. Przede wszystkim jednak niesamowitym atutem gry jest Michael Ironside podkładający głos głównej postaci. Aktor tej klasy znakomicie odnalazł się w roli Fishera, a jego szorstki głos idealnie pasuje do doświadczonego i trochę już zmęczonego życiem agenta. Do dziś zresztą niektóre jego kwestie mieszkają w mojej głowie bez opłacania czynszu, tak mocno zapadły mi w pamięć. Choć nie popierałem dramy towarzyszącej zmianie aktora przy ostatniej części, mimo wszystko ją rozumiem, patrząc na kultową kreację Ironside’a.

Podsumowanie


Podejście do Splinter Cella w 2026 roku może być trudnym doświadczeniem. Nie z powodu jakości, bo ta wcale źle się nie zestarzała. Po prostu współczesne gry nie są już tak spokojne, wymagające skupienia i przede wszystkim masy cierpliwości. Nie mówiąc już o tym, że skradanki to dziś gatunek na wymarciu, to większość z nich ma coraz więcej elementów akcji. Tutaj, jeżeli musimy wyciągnąć broń do walki, to oznacza porażkę po naszej stronie. Mimo to uważam, że zdecydowanie jest to tytuł, który warto poznać. Splinter Cell to klasyka gatunku, a Sam Fisher ze swoim wisielczym poczuciem humoru miał ogromny wpływ na moje życie, jakkolwiek banalnie to nie brzmi. To także – moim zdaniem – konieczny krok, jeśli chciałoby się poznać pozostałe tytuły z serii. Biorąc pod uwagę niską cenę i fakt, że gra działa bez problemów na współczesnym sprzęcie, naprawdę nie widzę powodu, by jej nie spróbować.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


GOG - Wydawca


Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top