Tiny Tina’s Wonderlands (PC) — recenzja spin-offu DLC do Borderlands 2

Tiny Tina’s Wonderlands recenzja PC

Myślę, że serii Borderlands nikomu nie trzeba przedstawiać. Ponieważ zapoczątkowała ona popularny obecnie gatunek, jakim są tak zwane looter shootery. Ponadto jej oprawa graficzna przypominająca Cell-shading również okazała się strzałem w dziesiątkę, przyciągając tym samym do siebie rzeszę fanów. Czy wcześniej wymienione czynniki były kluczem do sukcesu marki? Moim zdaniem nie do końca.

Tym kluczem okazały się wykreowane przez studio Gearbox Software postacie i jednej z nich chciałbym poświęcić chwilę. Jest nią Tiny Tina, która skradła serca fanów swoim pozytywnym szaleństwem. Jak zapewne zauważyliście po tytule Tiny Tina’s Wonderlands, najnowsze dzieło Gearboxu jest spin-offem nie tyle samej serii Borderlands, co jednego z DLC. Tym dodatkiem do gry, było Tiny Tina’s Assault on the Dragon Keep. Które to pierwotnie było dostępne jedynie w Borderlands 2. Jednak kilka miesięcy temu stało się tytułem stand alone. Było ono rozdawane za darmo w Epic Games store oraz w ramach abonamentu Playstation+. Moim zdaniem było to bardzo dobrym chwytem marketingowym i próbą zainteresowania potencjalnych graczy nadchodzącym tytułem.

Wątek fabularny w Tiny Tina’s Wonderlands

Na wstępie warto zaznaczyć, że seria Borderlands nigdy nie się stała fabułą. Owszem bywała ona przyjemna, czasami nawet ciekawa ale nigdy nie był to tytuł, którego główną zaletą była właśnie historia. Tak też jest w przypadku najnowszej gry od studia Gearbox Software. Gdzie wątek fabularny jest osadzony w wymyślonym przez Tiny Tinę uniwersum przedstawionym podczas „papierowej sesji RPG”. Którą tytułowa mistrzyni bunkra prowadzi swoim towarzyszom Captain Valentine (Andy Samberg) oraz Frette (Wanda Sykes) oczekując na ratunek. Jeśli ktoś z Was miał okazję grać w kultowe już DLC Tiny Tina’s Assault on the Dragon Keep, to doskonale będzie sobie zdawać sprawę, jak prezentować się będzie fabuła w Wonderlands.

Pod tym kątem twórcy nie wprowadzili zbyt wielu zmian co moim zdaniem jest bardzo dobrą decyzją, wszak nie poprawia się ideału. Jednak jakieś zmiany się pojawiły, otóż pierwszy raz w serii tworzymy własnego bohatera tak zwanego Fatemakera od podstaw. Mam wrażenie, jakoś bardziej mogłem utożsamić się z moim animkiem. Który wyrusza w podróż po zwariowanej krainie, aby pokonać złego Dragon Lorda — któremu głosu użycza Will Armett. Podczas przygody spotkamy oczywiście starych znajomych jak Bricka, Claptrapa czy Torgue. W szczególności zaskoczyła mnie postać, w którą wcielił się Brick, ale tego Wam spoilerować nie będę.

Mechanika oraz Gameplay w Tiny Tina’s Wonderlands

Tworzenie postaci

Jak wspominałem wcześniej, w najnowszej odsłonie serii otrzymaliśmy możliwość tworzenia własnej postaci, którą przyjdzie nam pokonać Dragon Lorda. Do dyspozycji twórcy oddali nam aż 6 klas postaci: Brr-zerker, Clawbringer, Graveborn, Spellshot, Spore Warden, Stabbomancer. Pełnią tak naprawde znane wszystkim archetypy bohaterów z Dungeons & Dragons, na których bez wątpienia bazuje Tiny Tina przy tworzeniu kampanii do swojej sesji RPG. Każda z klas posiada unikatowe drzewko umiejętności oraz odmienny priorytet, jeśli chodzi o statystyki. Brr-zerker będzie bazował głównie na statystyce strength, zaś u takiego Graveborna będzie to wisdom. Sam etap tworzenia postaci potrafi zabrać nam nieco wolnego czasu na starcie, ponieważ wbrew pozorom twórcy dowieźli nam masę możliwości. Na pierwszy rzut oka, mogłoby się wydawać, że zostało to dodane „na doczepkę”. Dodatkowo jest możliwość stworzenia hybrydy 2 specjalizacji, co pozytywnie może wpłynąć na ilość buildów w niedalekiej przyszłości.

Magiczny Gunplay – czyli jak Gearbox przeniosło sci-fi apo do świata fantasy.

Pod względem mięsistości i miodności strzelania twórcy ponownie stanęli na wysokości zadania. Nie podnieśli jeszcze wyżej i tak wysoko już postawionej poprzeczki po Borderlands 3. Jednak co najważniejsze Gearbox Software udało się w genialny sposób przenieść strzelanie do świata fantasy, jakim bez wątpienia jest Tiny Tina’s Wonderlands. Dodano jeszcze coś nowego, a mianowicie pełnoprawną broń biała. Coś, co w poprzednich odsłonach było traktowane, ładnie mówiąc po macoszemu, na zasadzie naciśnij „V”, aby uderzyć z noża/bagnetu zamontowanego na broni.

Tutaj mamy po prostu miecze, morgenstern, topory czy też inne młoty. A czasem nawet zdarzają się zepsute ryby, moja ulubiona broń legendarna, która zdobyłem gdzieś w połowie gry. I mimo iż znajdowałem lepszy oręż, to nie chciałem pozbywać się owej legendy, bo halo… kto by nie chciał upokorzyć wrogów, zabijając ich śmierdzącą rybą. Oczywiście ponownie jak w przypadku poprzednich odsłon serii, mamy zachowaną segregację przedmiotów: białe, zielone, niebieskie, fioletowe, złote. Pierwsza grupa to przedmioty pospolite, a ostatnia to legendarne posiadające największą ilość bonusów.

Grana…zaklęcia w dłoń

Jedną, ze zmian jakich doczekała się seria, za sprawą najnowszego spin offu, są zaklęcia. W założeniu pełnią funkcję granatów z poprzednich odsłon Borderlands. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Wcześniej granaty z racji na ich ograniczoną ilość używane były przede wszystkim tuż przed śmiercią by otrzymać tak zwany last man standing, czyli powrót do życia po zabiciu jakiegoś przeciwnika. Tutaj ograniczeń w postaci limitów nie ma, jest jedynie cooldown, który możemy zredukować za sprawą statystyk. Dodatkowym atutem tej jakże dobrej zmiany, jest fakt, że owe zaklęcia znacząco wpływają na nasz build. Dla przykładu. Jeśli gramy Gravebornem, który to bazuje na mrocznej magii. To wówczas zaklęcia wykorzystujące ten „żywioł” są z automatu wzmocnione. Jak również tego, jaki sigil mamy w posiadaniu. Dlatego też moim zdaniem rozwiązanie zawarte w Wonderlands jest zdecydowanie na plus.

Mechanika świata, czyli słów kilka o mapie taktycznej

Wszyscy, którzy grali w papierowe RPG, na pewno choć raz zetknęli się z mapą taktyczną świata, na której to mistrz gry pokazywał, chociażby pole walki. Podobne zresztą zastosowania znamy, chociażby z serii Wastelands czy też Fallout. Przemierzaliśmy tam bezkresne krainy. Tak też jest w przypadku Tiny Tina’s Wonderlands, gdzie poza elementami z pierwszej osoby biegając z pistoletami w dłoni podróżujemy naszym „awatarem” po makiecie stworzonej z kapsli, chrupków i innych przedmiotów. Dzięki temu twórcy dodali kolejną cegiełkę do klimatu sesji RPG, pogłębiając w ten sposób naszą immersję jako Fatemaker.

Podczas podróży, czekają na nas różne losowe sytuacje, jak np. zasadzka, która często pojawia się, gdy my akurat jesteśmy w trawie. Kojarzycie skądś ten moment? Bo jeśli nie, to takie same systemy zostały użyte, chociażby w Pokemonach. Ale oczywiście jest to też nieodzowna część sesji RPG, gdzie mistrz gry prosi graczy o rzut na „percepcje”. Starć tych oczywiście możemy uniknąć, chociażby za pomocą ucieczki do lochu lub ataku w zwarciu, zanim zasadzka się sfinalizuje.

O oprawie audiowizualnej i optymalizacji słów kilka

No i tutaj niestety nie ma róży bez kolców. O ile wersja na PS5 działa bardzo dobrze w 4k i 60fps w trybie rozdzielczość. Tak port PC w 1440p często miewał tak zwane dropy do 40 przy większej ilości przeciwników na ustawieniach wysokich. Jednak w przypadku tak dynamicznej strzelanki potrafi odebrać to trochę radości z gry. Tytuł ten był ogrywany na Ryzen 5 5600X, RTX 2070s, 32 GB @3600mhz. Zatem w teorii gra powinna być w stanie utrzymać stabilny klatkarz na poziomie 60 fps przy takim zestawie. Tu niestety mam złe wieści, jeśli chodzi o graczy PCtowych, choć z drugiej strony, jeśli sięgnąć pamięcią to seria od zawsze borykała się z optymalizacją portów PCtowych. Poniżej będziecie mogli ujrzeć rozgrywkę przedstawiającą ten sam fragment rozgrywki na konsoli Playstation 5 oraz PC.

Natomiast jeśli chodzi o oprawę audio, to tutaj osobiście mam pewną zagwozdkę. W samej grze była ona doskonałym dopełnieniem tego, co widzieliśmy na ekranie. Jednak nie jestem w stanie niczego zanucić czy też skojarzyć konkretny utwór z lokacją. Za muzykę w grze odpowiada Joshua Carro, który to ze studiem Gearbox Software współpracuje od przeszło roku. Jego dotychczasowa twórczość nie jest mi jakoś szerzej znana, poza właśnie Wonderlands, która to pod tym kątem mnie nie porwała, może też miałem zbyt wysokie oczekiwania za sprawą trailera zapowiadającego powstawanie gry. Niemniej jak zawsze zachęcam do zapoznania się z OST i wyrobienia sobie własnej opinii.

Słowem podsumowania – czy Tiny Tina’s Wonderlands to dobra kontynuacja Assault of the Dragon Keep?

Zasadniczo rzecz ujmując najnowszą odsłonę serii od studia Gearbox, poleciłbym przede wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli styczności z Borderlandsami. Ci, którzy mieli już do czynienia z serią, doskonale będą wiedzieli czego się spodziewać. Natomiast pozostali będą mieli okazję na rozpoczęcie przygody z serią poprzez luźne wprowadzenie w klimacie sesji RPG. Zwłaszcza jeśli planujecie grać na konsoli, bo tutaj nie dość, że gra działa bardzo dobrze na obecnej generacji to jeszcze możemy zagrać na kanapowym coopie za pomocą split screena. Nie jest to na pewno gra wybitna, ale spełnia wszystkie moje oczekiwania, jakie pojawiły się w momencie zapowiedzi. Sprawiła, że przez przeszło 20 godzin bawiłem się świetnie, a na pewno to nie będzie koniec mojej przygody w Wonderlands.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Cenega.

Pasjonat gier komputerowych od najmłodszych lat, pamiętający czasy ZX-Spectrum i C64. Wieloletni fan gier spod stajni Blizzarda. Najbardziej lubi oglądać rozgrywki esportowe Starcrafta.
Scroll to top