Zabierając się za nowy projekt studia Stoic, nie wiedziałem nawet jakiego typu to gra. Co prawda tytuł gdzieś mi tam w głowie siedział, ale nie byłem w stanie przypisać go do żadnego gatunku. Podczas pobierania plików instalacyjnych postanowiłem sprawdzić zwiastun i od razu miło się zaskoczyłem. Okazało się, że Towerborne to klasyczna nawalanka, w której idziemy z lewej do prawej i pierzemy hordy różnego rodzaju stworów. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Po spędzeniu z produkcją około dwudziestu godzin mogę spokojnie stwierdzić, że jest to jednak coś zdecydowanie bardziej rozbudowanego. Bliżej temu do serii Diablo czy Path of Exile niż do znanych z automatów beat ’em upów. W związku z tym, że grę już ukończyłem, pozostaje mi tylko odpowiedzieć na pytanie, czy takie niecodzienne połączenie warte jest Waszego czasu?

Dalsza część tekstu pod materiałem video
Powrót z zaświatów
Zabawę w Towerborne rozpoczynamy od stworzenia postaci, po czym od razu wskakujemy w centrum akcji. Chronione od dawna przez specjalną barierę Miasto Liczb, atakuje armia paskudnych Gobosów. Z całych sił staramy się odeprzeć natarcie, ale w wyniku pewnych wydarzeń polegamy na placu boju. To jednak nie koniec naszej historii, ponieważ zostajemy wyciągnięci z zaświatów. Od tego momentu stajemy się Asem. Niestraszna nam śmierć, ponieważ za każdym razem, gdy umieramy, zostajemy przywróceni do życia. W związku z nowo nabytymi mocami tylko my możemy odbić miasto, jednocześnie ratując krainę przed zniszczeniem.
Wiele ścieżek, jedna konkluzja
Jak zapewne się domyślacie, fabuła w Towerborne nie powala świeżością. Motyw bohatera lub bohaterki ratujących świat od zagłady jest oklepany do granic możliwości. Nie oznacza to jednak, że opowieść jest kiepska. Podczas swojej wędrówki po mapie regionu spotykamy trójkę ciekawych postaci. Każda z konfrontacji owocuje poboczną historią, które na końcu łączą się w wielki finał. W jednej tropimy zbuntowanych strażników miasta. W innej staramy się odszukać zaginioną uzdrowicielkę. Przyznam szczerze, że bardziej interesowało mnie, jak potoczą się te historie, niż wątek główny.
Być może jest to wina tego, w jaki sposób przedstawiona jest cała intryga. Nie licząc krótkiego filmu na początku i na końcu przygody, nie doświadczymy tu żadnej cutscenki. Wszystkie rozmowy odbywają się na ekranach z głowami. Na dodatek wszystko trzeba czytać, ponieważ nie uświadczymy żadnych kwestii mówionych. Trochę szkoda, bo jest tu kilka zwrotów akcji, ale przez sposób podania, nie wywarły na mnie zbyt dużego wrażenia. Na szczęście sama rozgrywka jest tak przyjemna, że dla mnie fabuły mogłoby nie być.
Porządny trzon Towerborne
Tak jak wspomniałem na wstępie Towerborne to u podstaw klasyczny beat ’em up, ale połączony z mechanikami sprzętu znanymi z gatunku action RPG. Na głównej mapie rozsiane są pojedyncze misje zarówno te główne, jak i poboczne. Większość z nich kończy się porządną bitką z jakimś bossem. Muszę powiedzieć, że twórcy naprawdę postarali się o zróżnicowanie nie tylko tych ostatnich, ale także zwykłych przeciwników. Praktycznie co kilka poziomów spotykałem jakiś nowy rodzaj adwersarzy. Jedni latają, drudzy chowają się za tarczą, a trzeci atakują z dystansu. Jest tego oczywiście dużo więcej, ale nie chcę psuć wszystkich niespodzianek. Powiem tylko, że bardzo miło zaskoczyłem się tą różnorodnością.
Z części pokonanych oponentów wypadają przedmioty, które potem możemy na siebie założyć, ale to skrzynie na końcu etapów zawierają najwięcej dobroci. Każdy sprzęt posiada punktową ocenę jakości i do niektórych zadań powinniśmy podejść, dopiero gdy ten czynnik jest odpowiednio wysoki. Oprócz ekwipunku w nasze ręce wpadają również aspekty, które montujemy w broni i niektórych elementach zbroi. W pewnym momencie odblokowujemy także kilka dodatkowych opcji pozwalających zmieniać statystyki rynsztunku. Oczywiście wymiana wyposażenia jest odwzorowana w wyglądzie bohatera. Nie będę ukrywał, że twórcy nie próbowali w kwestiach oprzyrządowania wymyślać koła na nowo, ale to, co przygotowali, spełnia swoje zadanie doskonale.
Raj combosów
Przejdźmy teraz do najważniejszej kwestii związanej z Towerborne, a mianowicie pytania, czy pranie przeciwników na kwaśne jabłko sprawia w tej produkcji przyjemność? Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jak najbardziej. Do naszej dyspozycji zostały oddane cztery klasy. Strażnik walczy mieczem oraz tarczą i potrafi blokować ciosy przeciwników, Piroklas otrzymał długi kij zakończony pojemnikiem z wybuchającą substancją. Głazokruch został wyposażony w ogromne pięści. Cieniocios natomiast to mistrz sztyletów i trucizn.
Każdą z nich gra się trochę inaczej, ale wszystkie są przygotowane z ogromną dbałością o szczegóły. Liczba różnego rodzaju ciosów, combosów, dodatkowych ataków i umiejętności specjalnych jest długa. Na dodatek animacje walki są tak widowiskowe, że aż miło się na nie patrzy. Z ogromną satysfakcją wpadałem w hordę wrogów, sprzedawałem im kilka lekkich uderzeń, podbijałem w powietrze, sprzedawałem kolejne razy z wyskoku, a potem wykańczałem ich atakiem cały czas lewitującego za mną zwierzaka. Opcji zadawania bólu chmarom oponentów jest tu po prostu zatrzęsienie. Dzięki drzewkom umiejętności, które rozbudowujemy wraz ze wzrostem poziomu naszej postaci, ciężko się znudzić. Jak dla mnie walka jest najlepszym elementem tej pozycji i tylko dzięki niej przymknąłem oko na problemy natury technicznej.
Walka z wiatrakami
Z początku chciałem pochwalić Towerborne za dość ładną grafikę opartą na technologii cel shading. Niestety nie mogę tego na obecną chwilę zrobić, ponieważ miałem ogromne problemy z graniem i tylko moja zaciętość pozwoliła mi ten tytuł ukończyć. Już spieszę z wyjaśnieniem. Kilka pierwszych sesji w grze zakończyło się po kilku minutach z powodu jakiegoś błędu silnika. Próbowałem szperać w opcjach, zaktualizowałem wszystkie sterowniki, ale błąd cały czas powracał. Odezwałem się nawet do osoby, od której otrzymałem kod recenzencki, ale podesłane rozwiązania też nie pomogły. Dopiero gdy wybrałem najniższe ustawienia graficzne, byłem w stanie kontynuować rozgrywkę bez problemu.
Powiem szczerze, że powyższy akapit pisałem z ciężkim sercem. Zdaję sobie sprawę, że mój laptop ma już swoje na karku (ASUS Rog Strix G17 – R7-5800H, 16GB, GeForce 3060), ale mam wrażenie, że powinien sobie z tą pozycją poradzić. Nie zmienia to jednak faktu, że gra nawet z najniższymi ustawieniami nie wyglądała bardzo źle. Zresztą możecie popatrzeć na poniższe zrzuty i sami się przekonać.
Jeżeli chodzi o oprawę dźwiękową, to jest naprawdę w porządku. Muzyka w tle dobrze pasuje do lokacji, a odgłosy cisów potęgują tylko przyjemność ze spuszczania łomotu wszystkiemu, co się nawinie. Dodam jeszcze, że produkcja posiada w pełni spolszczone napisy, ale część przetłumaczonych nazw własnych czytało się tragicznie, więc szybko powróciłem do wersji angielskiej.
Sterowanie na sto dwa
Wspomniałem wcześniej o doskonałej walce. Nie byłaby ona jednak taka przyjemna, gdyby nie doskonałe zaimplementowanie sterowania. Mam wrażenie, że brygada z Teksasu odrobiła niejedną pracę domową, żeby panowanie nad postacią było w punkt. Nasz bohater lub bohaterka jest responsywna i porusza się dokładnie tak, jak tego chcemy. W czasie potyczek bez problemu możemy zmienić stronę wyprowadzania ciosów bez konieczności przerywania combosów. Wiele ataków możemy przerwać w trakcie, aby tworzyć jeszcze bardziej szalone kombinacje. W parze z mistrzowskim sterowaniem idzie także fenomenalna detekcja trafień. Ani razu nie miałem wrażenia, że moja ofensywa nie siada tam, gdzie powinna.
O mikrotransakcjach słów kilka
Podczas obcowania z projektem studia Stoic, natknąłem się na sklep z przedmiotami kosmetycznymi. Z początku myślałem, że powiązane jest to z kupnem waluty premium za ciężko zarobione złotówki. Okazało się jednak, że taka sytuacja miała miejsce tylko podczas wczesnego dostępu. Według wpisu na oficjalnej stronie produkcji deweloper na prośbę społeczności zmienił plany i wywalił ten pomysł do kosza. Oczywiście same kosmetyki zostały, ale kupuje się je za bilony, które można normalnie zdobyć w grze. Uważam, że to bardzo dobre podejście i należy im się za taki manewr pochwała.
Czy warto sięgnąć po Towerborne?
Powiem krótko. Według mnie tak. Przebijanie się przez zastępy przeciwników, walki z bossami, okazjonalne puzzle oraz kilka misji w trybie wyzwań dały mi kilkanaście godzin naprawdę doskonałej zabawy. Nawet problemy techniczne nie powstrzymały mojej chęci do dalszego obcowania z tą pozycją. Tytuł spodobał mi się tak bardzo, że rozważam nawet złapanie wersji na PlayStation 5 w celu wbicia wszystkich trofeów.
Gameplay

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.





