Tragiczna historia Kos Imperatora – recenzja powieści Slaughter at Giant’s Coffin

Okładka książki Slaughter at Giant's Coffin, przedstawiająca grupę kosmicznych marines walczących na szczycie wzgórza
Kamil Podryban
Kamil Podryban

Choć uniwersum Warhammera 40,000 fascynuje mnie od dekad, dopiero od niedawna zagłębiam się bardziej w fabularną jej stronę, nie skupiając się tylko na grach czy figurkach. Powieści zatem dość często dobieram raczej losowo – zależnie od tego, co jest dostępne w księgarniach albo na promocji. W przypadku Slaughter at Giant’s Coffin kierowałem się jednak czymś bardziej konkretnym – wzorem kolorystycznym pancerza kosmicznych marines. Zwiastun serialu Astartes pokazał tajemniczych wojowników w czarno-żółtych pancerzach, których wygląd niesamowicie mnie urzekł. Szybkie poszukiwania w Sieci wyjaśniły, że to Scythes of the Emperor – i to właśnie o nich jest ta powieść. Czy warto było po nią sięgać?

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Fabuła powieści – najczarniejsza godzina zakonu

Historia zaczyna się w momencie, kiedy cały zakon Kos Imperatora znajduje się na samym dnie. Właśnie utracili swoją planetę Sotha, gdzie ulegli przeważającym siłom Tyranidów z floty Kraken. Ewakuując resztki swoich sił i nieliczny sprzęt ciężki, lądują na planecie Miral Prime, gdzie kapitan Thracian, jeden z ostatnich ocalałych oficerów zakonu, zamierza przegrupować siły przed dalszą podróżą. Sytuacja komplikuje się wraz z niespodziewanym powrotem uważanego za poległego Mistrza Zakonnego, który przynosi ze sobą wieści o nadciągającej flocie Tyranidów. Tu zderzają się dwie wizje – kapitan pragnie przetrwania i udania się w bezpieczniejsze strony galaktyki, a jego przełożony postanawia osiedlić się na planecie i tutaj ostatecznie stawić czoła wrogowi, niezależnie czy zawiedzie ich to ku zwycięstwu i chwalebnej śmierci.

Taki początek historii to doskonała pożywka dla różnych reakcji na beznadziejną sytuację. Jedni pragną przeżyć i pracować nad odrodzeniem zakonu. Innym marzy się krwawa zemsta za niewybaczalne straty, a jeszcze inni pragną po raz ostatni stanąć do walki, kładąc swoje życie na szali. To prowadzi do konfliktów, kłótni i napięć. W międzyczasie Miral Prime wcale nie jest planetą mlekiem i miodem płynącą, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację i utrudnia rekrutację lokalnej społeczności do walki. Zdawałoby się, że to świetne podłoże pod złożoną i wciągającą opowieść pełną silnych charakterów.

Postacie, czyli niewykorzystany potencjał

Niestety, choć sama historia mnie zainteresowała i z przyjemnością ją śledziłem, tak niestety postacie tutaj są dość słabo zarysowane. Większość opowieści poznajemy z perspektywy trzech-czterech osób, co jest sporą liczbą przy tak krótkiej historii. W ten sposób wszyscy wydają się za słabo opisani i płascy, a w dodatku brakuje czasu, żeby zagłębić się w ich charaktery. Na domiar złego najbardziej intrygująca postać znika w połowie, żeby wrócić dopiero w finale. Niestety, pozostałym bohaterom brakuje charyzmy, przez co miejscami brnie się przez Slaughter at Giant’s Coffin nieco z rozpędu, bez zaciekawienia.

L. J. Goulding, autor powieści, w dużej mierze skupia się na opisach licznych starć kosmicznych marines z Tyranidami. Nawet w porównaniu do innych książek z tego kochającego wojnę uniwersum bitew jest mnóstwo. Na szczęście są one urozmaicone i miłośnicy takich klimatów nie powinni narzekać. Znajdziemy tutaj pojedynki, opisy zasadzek, przygotowań warowni do obrony, wielkich bitew, ostrzałów artyleryjskich czy podniebnych wyczynów myśliwców. Jeśli jednak czytelnik nie przywiązuje tak wielkiej uwagi do scen walki i bitew, nadmiar wojny może go znużyć. Jest tego naprawdę dużo, na czym nieco cierpi fabuła i bohaterowie. Z drugiej strony to niezła okazja, żeby poznać sposoby walki i działania Adeptus Astartes, wliczając w to współpracę z oddziałami Astra Militarum. To jednak wciąż dość specyficzny kawałek chleba.

Niedomknięte wątki to poważny grzech

Zdecydowanie największą wadą tej powieści jest pewien niedokończony wątek poboczny. Im bliżej końca książki, tym większe wydaje się on mieć znaczenie. Czekałem na wyjaśnienie aż do samego finału, ale nawet epilog niczego nie tłumaczy, a wręcz dokłada pytań. Okazało się to dla mnie źródłem ogromnej irytacji. Dopiero późniejsze szperanie w Internecie doinformowało mnie, że o tym, o co chodzi, dowiemy się z zupełnie innej powieści… i to wcale nie takiej, która poświęcona jest Kosom Imperatora. Dla zainteresowanych doczytałem, że wątek ten domknięty zostaje w Belisarius Cawl: The Great Work innego autora. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś zdecydował się rozwiązać to w taki pokraczny sposób.

Podsumowując – czy warto sięgać po Slaughter at Giant’s Coffin?

Pomimo mojej sympatii do Kos Imperatora i całego uniwersum Warhammera 40,000 muszę napisać, że nie jest to powieść obowiązkowa dla każdego fana. Informacji o świecie nie ma tutaj zbyt wiele, więc znajomość lore czytelnika się nie wzbogaci. Z kolei dla bardziej zasiedziałych miłośników “Młotka” ten zakon Astartes jest dosyć nijaki w porównaniu z bardziej charakterystycznymi Kosmicznymi Wilkami czy Kruczą Gwardią. Kosy jednak wywodzą się od Ultramarines, a pomimo bycia najpopularniejszym zakonem marines jest on też najbardziej zrównoważony, choć wielu uznałoby, że po prostu nudny. To nie jest jednak tak, że Slaughter at Giant’s Coffin to zła czy nudna powieść. Mimo powyższego w trakcie lektury bawiłem się dobrze, a raz otworzywszy czytnik e-booków, ciężko mi było go odłożyć.

Warto jednak mieć na uwadze, że ta powieść nie doczekała się przekładu na język polski – i raczej się go nie doczeka. Nie jestem też pewny, czy książkę można kupić w fizycznym wydaniu w Polsce. Sam czytałem e-booka zakupionego na stronie Black Library, można go też znaleźć w Amazonie. 6,5 euro, czyli niespełna 30 złotych. To moim zdaniem całkiem uczciwa cena za taką powieść. Nie znajdzie się ona w mojej prywatnej TOP 5 książek z W40K, ale na pewno nie jest to złe dzieło, dlatego, jeśli lubicie kosmicznych marines, a także Tyranidów, możecie sięgnąć po Slaughter at Giant’s Coffin.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.



Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top