Avatar: Frontiers of Pandora – Z popiołów – recenzja (PS5). Feniks Pandory

Gra dostępna na:
PC
PS5
XSX
Z popiołów - grafika główna
Konrad Noga
Konrad Noga

Nowy Avatar trafił na ekrany kin, na „socjalkach” rozpoczął kolejny sezon przekonywania innych, że to zaledwie ładna bajeczka bez żadnego wpływu na kulturę, a w międzyczasie do sklepów po cichutku trafił również trzeci, pierwotnie nieplanowany dodatek do Avatar: Frontiers of Pandora – Z popiołów. Pomyśleć by można, że to po prostu standardowa próba dodatkowej kapitalizacji filmowej premiery, ale, ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, rozszerzenie to wcale nie jest bezmyślnym materiałem promocyjnym, lecz naprawdę świetnym, stojącym na własnych nogach doświadczeniem, które w moim odczuciu mogłoby spokojnie zostać wydane jako samodzielna produkcja.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

W rozsypce

Oczywiście nawiązań do Avatar: Ogień i popiół jest mnóstwo, ba, cała fabuła oparta została o filmowe wydarzenia, acz – według internetowych doniesień, bo filmu nie widziałem – z akcją osadzoną jakiś czas po jego finale (i około pół roku po zakończeniu Tajemnic Gór Iglicowych, poprzedniego dodatku), kiedy to drzewo domowe klanu Aranahe i cały Las Kinglor zostają zaatakowane przez połączone siły ZPZ i wojowniczego klanu Mangkwan. Co ciekawe, wcielamy się tutaj nie w protagonistę (lub protagonistkę) Frontiers of Pandora, lecz w pełniącego dotychczas rolę drugoplanową So’leka. Dotychczasowy bohater wraz z resztą odrodzonego klanu Sarentu zostają bowiem pojmani bądź tracimy z nimi kontakt. W naszej gestii jest, jak należy się domyślać, odszukanie ich i ponowne połączenie sił w walce z najeźdźcą.

Z popiołów - Mangkwan
Klan Mangkwan nie jest może zbyt głębokim przeciwnikiem, ale dobrej stylówy nie można im odmówić.

W żadnym razie nie jest to opowieść zasługująca na miano wybitnej, ale jak najbardziej ma swoje momenty, ba, jest ich całkiem sporo. Intrygująco wypada choćby motyw wewnętrznej walki między czerpaniem ze zdobyczy ludzkiej technologii a pozostawaniem wiernym tradycji i kulturze Na’vi. So’lek, jako dziecko dwóch światów, stoi w rozkroku między jednym a drugim, co niejednokrotnie prowadzi do konfliktów z jego braćmi. Nie brak też momentów chwytających za serce. Nie zamierzam ich zdradzać. Dość powiedzieć, że fanom gry może polecieć łezka. Zwłaszcza że gra aktorska i reżyseria wypada bardzo dobrze – zarówno w kontekście klanów Aranahe i Sarentu, jak i nowego, zdecydowanie bardziej psychopatycznego Mangkwan.

Ogniem zwalczać ogień

Niemniej tym, co trzymało mnie przy konsoli, była nie fabuła Z popiołów, ale rozgrywka, którą drastycznie przebudowano. Najbardziej jawną zmianą jest przejście na widok trzecioosobowy. Ten rodzaj kamery został wprawdzie wprowadzony do Frontiers of Pandora dwa tygodnie przed premierą dodatku i można w locie przełączać się między jednym a drugim, ale – jak twierdzą twórcy – Z popiołów zostało zaprojektowane z myślą o perspektywie TPP. Będąc jednak zupełnie szczerym, nie ma to najmniejszego znaczenia. Wpływ na doświadczenie jest minimalny, więc wybierzcie po prostu to, co odpowiada Wam najbardziej.

Z popiołów - walka z mechami
Otwarta walka sprawiat eraz masę frajdy.

Dużo większe zmiany zostały wprowadzone w kontekście samych mechanik rozgrywki. Przede wszystkim Z popiołów pozbywa się wszystkich survivalowych bzdetów, stawiając na zdecydowanie szybsze i nastawione na walkę doświadczenie. Oczywiście wciąż można się skradać, ale rzucenie się w wir walki sprawia tak dużo frajdy, że osobiście dość szybko tego zaniechałem. Zestaw umiejętności So’leka wyraźnie premiuje ofensywną rozgrywkę, pozwalając na odpalenie (po naładowaniu odpowiedniego paska) zwiększającego zadawane obrażenia zmysłu łowcy czy też dokonywanie brutalnych wykończeń niczego niespodziewających się bądź osłabionych przeciwników.

Nastawienie na akcję widać ponadto w projekcie zadań. Pozbyto się SID-a, więc możecie zapomnieć o mozolnym śledzeniu kabelków i przełączaniu ich w odpowiedniej kolejności. Wyzwania logiczne, o ile można je tak nazwać, ograniczają się do przełączenia bądź zniszczenia konkretnego przełącznika (teraz także przy pomocy specjalnego noża). By jednak nie zanudzić gracza potyczkami z mięsem armatnim, wprowadzono także bossów. Wprawdzie większość z nich to kolejni, idiotycznie wręcz łatwi do pokonania członkowie klanu Mangkwan, ale trafiają również potyczki z naprawdę wielkimi przeciwnikami, skutkujące widowiskowymi scenami akcji. To miła zmiana, bo jednak w Frontiers of Pandora mocno tego brakowało.

Z popiołów - powietrzny finisher
Zabraknąć nie mogło również powietrznych finisherów.

Zapewnione przetrwanie

W Z popiołów totalnie przebudowano również na system progresji. Przyjąłem to z niemałą radością, ponieważ dotychczasowe zwiększanie poziomu postaci poprzez pozyskiwanie bądź wytwarzanie nowych elementów pancerza notorycznie stopowało przebieg fabuły. Tym razem rozwój naszego bohatera oparto na klasycznych punktach doświadczenia – co poziom (oraz po zabiciu członka klanu Mangkwan) dostajemy nieśmiertelnik, stanowiący tutaj swoisty punkt umiejętności, do wydania na jedną z kilkudziesięciu nowych zdolności (więcej zdrowia, dodatkowe ataki, takie tam). Uzbrojenie jak najbardziej wciąż można zmieniać, ale nowych elementów jest stosunkowo mało. Zresztą Z popiołów wyzbyło się miękkiego blokowania kolejnych misji dla konkretnych poziomów postaci, więc na dobrą sprawę możemy całkowicie pominąć ten aspekt. Minusem tego rozwiązania jest natomiast niższy poziom trudności rozszerzenia.

Otwarty świat zamiast piaskownicy

Należy przy tym wspomnieć, że Z popiołów w żadnym razie nie jest liniową produkcją. To wciąż tytuł z otwartym światem, nawet jeśli jego waga została tutaj odczuwalnie zredukowana (również dosłownie, bo ogranicza się on tylko do Lasu Kinglor, acz rozszerzony o kaniony). O ile we Frontiers of Pandora grał on pierwsze skrzypce, o tyle w Z popiołów zepchnięto go do budki suflera. Nie oznacza to, że nie ma w nim nic do roboty. Ubisoft nie wytrzymałby, gdyby Massive Entertainment nie wrzuciło do gry – nomen omen – masy posterunków do zniszczenia i kilku rodzajów „znajdziek” do zebrania. Klasyczne wypełniacze, na których antidotum są naprawdę dobrze napisane zadania poboczne, które nie tylko zgrabnie kontynuują rozpoczęte w trakcie głównej przygody wątki, ale też przyjemnie rozwijają świat, wydłużając zabawę w zasadzie dwukrotnie, to jest z około pięciu na jakieś dziesięć godzin.

Z popiołów - statek

Feniks Pandory

Avatar: Frontiers of Pandora – Z popiołów do najtańszych rozszerzeń nie należy, bo twórcy wołają sobie zań 114 złotych w wersji na PlayStation 5 i nie jest on dostępny dla posiadaczy przepustki sezonowej. To powiedziawszy, śmiem się pokusić o stwierdzenie, że jak najbardziej warto po niego sięgnąć, nawet jeśli podstawowa wersja gry nie do końca przypadła Wam do gustu. Z popiołów oferuje bowiem na tyle różne od pierwowzoru, a jednocześnie kompletne doświadczenie, że mógłby zostać wydany jako osobna, nieco mniejsza produkcja i, szczerze powiedziawszy, jestem zaskoczony, że Ubisoft nie poszedł tą drogą, zwłaszcza że niegdyś właśnie tak zrobiono z dodatkiem Freedom Cry do Assassin’s Creed IV: Black Flag. Avatar: Frontiers of Pandora – Z popiołów to najlepsza przygoda, którą w tej grze przeżyłem.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Ubisoft.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.
Kup Avatar Frontiers of Pandora From The Ashes (PS5)

Reklama produktu w Ceneo.pl



Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top