Best Month Ever! – recenzja (PS4). Jak w 30 dni straumatyzować swoje dziecko?

Best Month Ever!

Warszawska Szkoła Filmowa na nasze nieszczęście zadecydowała o rozszerzeniu swojej działalności o tworzenie gier wideo. Efektem tej decyzji jest Best Month Ever! – narracyjna przygodówka z dużymi ambicjami. To dość sensowny wybór gatunku w przypadku gry tworzonej przez absolwentów i pracowników szkoły filmowej. W końcu to właśnie jemu – nie licząc interaktywnych filmów – najbliżej jest do kinematografii, w której przecież WSF się specjalizuje. Okazało się jednak, że nawet w tym kontekście przeskok z filmów na gry nie jest wcale tak łatwy, jak mogłoby się wydawać, a Best Month Ever! to – pozwólcie, że będę okrutnie szczery – jedna z najgorszych gier, w jakie grałem w ciągu ostatnich kilku lat.

Więcej tematów, gracz wytrzyma!

Szkoda, bo tytuł ten miał potencjał stać się czymś naprawdę ciekawym, choćby ze względu na poruszaną tematykę. Scenariusz przenosi nas do roku 1969 w Ameryce, kiedy to samotna matka imieniem Louise, dowiedziawszy się o swojej śmiertelnej chorobie, postanawia wyruszyć w podróż po Stanach, by znaleźć nowy dom dla swojego ośmioletniego synka Mitcha, a przy okazji lepiej go poznać i zapewnić mu najlepsze wakacje w jego życiu. Historii dodatkowego smaczku dodaje fakt, że chłopiec – w przeciwieństwie do matki – jest czarnoskóry, co znacząco utrudnia im życie na amerykańskiej wsi.

Best Month Ever!
Poważna, uniwersalna tematyka to jeden z nielicznych atutów gry.

I można byłoby właściwie na tym poprzestać, czyniąc z Best Month Ever! całkiem uniwersalną opowieść o rasizmie i trudach samotnego wychowywania dziecka z motywem przemijania w tle. Twórcy postanowili jednak pójść za ciosem, więc w tej trwającej trzy godziny przygodzie znalazło się jeszcze miejsce dla molestowania seksualnego w miejscu pracy, przemocy domowej, pedofilii w kościele i zrzucania winy na ofiarę, niewolnic seksualnych, a pomiędzy to wszystko scenarzystom udało się jeszcze wcisnąć klęski żywiołowe i podróże do indiańskich zaświatów. W efekcie scenariusz Best Month Ever! to jeden wielki pierdolnik, w którym absolutnie nic nie trzyma się kupy.

Jak Tommy Lee Jones w “Ściganym”

Co gorsza, bohaterowie napisani są absolutnie fatalnie i brak im jakiejkolwiek głębi, a stojące za ich czynami motywacje są tak kiepsko zarysowane, że zdecydowanie zbyt często miałem wrażenie, że scenariusz pisał „dojrzały” nastolatek. Główna bohaterka wraz z synem ponadto zamieniają się momentami w bohaterów kina akcji, prując ze strzelby do wszystkiego, co się rusza, nie dyskryminując ani starych bab, ani funkcjonariuszy policji. Każdy dostanie taką samą ilość śrutu, jeżeli choćby krzywo spojrzy kierunku tej dwójki zabijaków. W efekcie jakakolwiek wiarygodność momentalnie wyparowuje, pozostawiając na scenie wyłącznie czyste szaleństwo.

Best Month Ever!
Gra miewa swoje momenty.

Żeby to jeszcze było dobrze wyreżyserowane… Wówczas można byłoby na wszystkie te fabularne głupoty przymknąć oko i rozpatrywać Best Month Ever! w podobnych kategoriach, co najnowsze odsłony Szybkich i Wściekłych ­– jako oderwanego od rzeczywistości akcyjniaka, który bawiłby jednak widowiskowymi strzelaninami i pościgami. Twór Warszawskiej Szkoły Filmowej wykłada się niestety również w tym aspekcie, bo choć i jedno, i drugie pojawia się tu zaskakująco często, to realizacyjnie jest po prostu fatalnie. Nawet animowanym przerywnikom filmowym brak jakiejkolwiek dynamiki – bohaterowie poruszają się z werwą poddanego narkozie anemika, a dialogi odczytywane są przez większość czasu w sposób wskazujący na znaczące przedawkowanie melisy.

Czy to coś z przodu twojej głowy to twarz, czy Best Month Ever!?

Sporadycznie jest na czym zawiesić oko przy okazji co ładniejszych widoczków, w których ogólną brzydotę Best Month Ever! przykrywają odbicia na tafli wody oraz gra światłem. Kiedy jednak tego zabraknie, growy debiut WSF przypomina wczesny prototyp niskobudżetowej gry sprzed piętnastu lat. Lokacje cieniowane są nad wyraz wybiórczo, przez co wszystko wygląda okrutnie wręcz płasko. Modele bohaterów to jakiś nieśmieszny żart lub nieudana próba wywołania w graczach nostalgii za czasami pierwszego PlayStation. Twórcy postanowili też nie skorzystać z dobrodziejstw antyaliasingu, więc wszystko nieustannie mruga i migocze.

Best Month Ever!
Zdjęcie tego nie oddaje, ale w trakcie rozgrywki wszystkie te rośliny mrugają i migoczą na tyle mocno, że gra zdecydowanie powinna zawierać ostrzeżenie o epilepsji.

Moim absolutnym faworytem technologicznej niekompetencji Best Month Ever! jest mimo wszystko pop-up. Myślałem, że jest źle, kiedy drzewo, obok którego przechodzili bohaterowie, wyhodowało gałęzie po zbliżeniu się do niego na pięć kroków, by stracić je już kolejnych pięć kroków dalej. Był to jednak dopiero początek, bo swoją szczękę musiałem zbierać z podłogi, kiedy okazało się, że zasięg rysowania obiektów w Best Month Ever! jest tak niewielki, że delikatny obrót kamery w wyreżyserowanym przez twórców przerywniku sprawił, że wcześniej pusta przestrzeń na moich oczach wypełniła się zgliszczami budynków. Niestety, pomimo wszystkich tych magicznych sztuczek, gra wciąż lubi gubić klatki.

Ilość gry w grze

Mało piszę o samej rozgrywce, bo w zasadzie jej tutaj nie ma. Best Month Ever! to w końcu narracyjna gra przygodowa, więc raczej nie zaskoczę Was, kiedy powiem, że głównie łazimy tu po lokacjach i wchodzimy w interakcję z oznaczonymi obiektami, co odpala kolejne horrendalnie animowane scenki. Sporadycznie zdarzy nam się rozwiązać jakąś prostą zagadkę lub wziąć udział w prostej minigierce, przyjmującej zazwyczaj formę QTE. Ot, dostaniemy zadanie trafienia kamieniem w puszkę, złowienia kilku rybek, czy też po prostu odpowiedniego szybkiego wciskania wskazanego przycisku w celu wykonania jakiejś akcji. Nihil novi sub sole.

Best Month Ever!
Moja stara jest fanatyczką wędkarstwa…

Bezstresowe wychowanie jest dla mięczaków!

Spory potencjał zdecydowanie miał motyw wychowywania Mitcha przez Louise, który na papierze miał być zmyślnie wtopiony w rozgrywkę. Otóż każda nasza akcja, podjęty wybór i wypowiedziana kwestia dialogowa zostaje przez chłopaka zapamiętana, co w teorii wpływa na jego charakter, definiując tym samym, które z dziewięciu zakończeń ujrzymy w finale. Niestety, jest to potencjał zmarnowany. W czasie „zabawy” ani przez moment nie czułem, że to, co robię, faktycznie wpływa na mojego młodego kompana.

Same wybory moralne, które pojawiają się w trakcie przygody, zazwyczaj są mocno zero-jedynkowe lub nie posiadają łatwo przewidywalnych bezpośrednich konsekwencji. I nie zrozumcie mnie źle, nie wymagam, by wszystko było mi podane na srebrnej tacy, ale wybór między „zabroń” a „poucz” w momencie, gdy Mitch wyskakuje z samochodu z giwerą, sprawia wrażenie raczej iluzorycznego.

Przepraszam, czy ja mógłbym jednak zostać sierotą?

Naprawdę dawno już nie trafiłem na grę, o której nie byłbym w stanie powiedzieć czegokolwiek jednoznacznie pozytywnego. O tym, że Best Month Ever! będzie brzydkie jak noc listopadowa wiedziałem jeszcze przed zagraniem, ale liczyłem, że tytuł ten zaskoczy mnie ciekawą fabułą i może kilkoma niecodziennymi mechanikami. Tymczasem dostałem produkt tak fatalnie zaprojektowany, wykonany i napisany, że gdyby Mitch istniał naprawdę, to po przeżyciu tego „najlepszego miesiąca życia” najprawdopodobniej do końca życia zmagałby się z przepotężną traumą.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Klabater.

Gameplay

Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top