Dynasty Warriors: Origins – recenzja (NS2). Jeden kontra tysiące

Gra dostępna na:
NS2
PC
PS5
XSX
Główny bohater, NPC i logo Dynasty Warriors: Origins
Artur Janczak
Artur Janczak

Trudno byłoby mnie nazwać fanem musou. Na przestrzeni lat miałem styczność z tego typu produkcjami, w tym także z serią Dynasty Warriors, ale bez wielkiej miłości. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałem, co oferują te gry i jakoś mocno mnie ten podgatunek nie ciągnął do siebie. Czemu więc uznałem, że warto zainteresować się Dynasty Warriors: Origins i to w dodatku na Nintendo Switch 2? Sam tytuł intrygował mnie dzięki materiałom promocyjnym, miał coś w sobie, choć nie wiedziałem dokładnie, co. Potem Łukasz dostarczył świetną recenzję wersji na Xboxa, co tylko spotęgowało moją ciekawość. Na koniec, widząc testy dema pod sprzęt Nintendo, uznałem, że czas dać produkcji szansę. Czy było warto? Po ponad 50-godzinach zabawy mogę z czystym sumieniem napisać, że tak.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Początek Trzech Królestw

Dynasty Warriors: Origins wrzuca gracza w sam środek schyłku dynastii Han. Rozpad imperium jest przedstawiony oczami bezimiennego wędrowca, który nie pamięta własnej przeszłości. Głód, susze i wynaturzona pogoda rozrywają prowincje od środka, a zdesperowani chłopi chwytają się obietnic samozwańczych proroków – tak rodzi się rebelia Żółtych Turbanów, pierwszy wielki wybuch chaosu, który rzuca protagonistę na kurs kolizyjny z ikonami epoki. W jednej chwili jesteś tylko najemnikiem ratującym wieś przed bandytami, w następnej – trybikiem w antyrebelianckich armiach, gdzie krzyżują się drogi Cao Cao, Liu Beia i Sun Jiana, każdy z własną wizją „uratowania” Chin. Origins bardzo świadomie pracuje tym kontrastem: bezimienny, zagubiony wojownik i wielkie nazwiska historii, rozgrywające między sobą przyszły kształt Trzech Królestw.

Bracia i pierwsi wojownicy, u których boku będziemy walczyć.

Wszystko to jest podane w takiej stoickiej formie. Chodzi o to, że większość scen przedstawia te wydarzenia w taki spokojny sposób, w którym władcy i generałowie stronią od wyrażania emocji. Nie jest to oczywiście poziom Soulsów, gdzie NPC mają bardziej formę kukiełek niż żywych bytów. Serce do walki, cały wachlarz różnych zachowań, gniew, radość, rozpacz i inne emocje, to wszystko mamy, ale w czasie starć. Tam, głównie na zbliżeniach ataków specjalnych, czy poprzez dymki z dialogami otrzymujemy rekompensatę braków z tradycyjnych cutscenek. Rozumiem, że nie wszystkim taka forma przypadnie do gustu, podobnie jak tajemnicza niemowa w postaci głównego bohatera, ale w moich oczach takie połączenie dobrze się sprawdziło.

Wspaniałe wprowadzenie do musou

Sam termin może być dla Was nieco enigmatyczny, więc szybko wyjaśniam. Musou to podgatunek wywodzący się ze slasherów, z tą różnicą, że zawiera elementy RPG-ów, a walki mają o wiele większy rozmach. Mowa tutaj o jednej postaci, która walczy z dziesiątkami lub setkami wrogów. Jak się pewnie domyślacie, nie jest to format, który skradł serca wielu milionów graczy. To raczej nisza, nawet we wschodniej części świata. Czemu więc w ogóle zaprzątać sobie głowę tego typu grą? Bo jest w stanie dostarczyć ogromną dawkę zabawy. Pokazuje też inną perspektywę pola walki, nawet jeżeli mało realistyczną. Być w centrum ogromnej bitwy i siekać wszystko dookoła bywa szalenie satysfakcjonujące.

Bohater bez litości wycina siły wroga.

Tytuły musou miały jednak pewien problem. Dość często średnio wprowadzały odbiorcę w zasady, na jakich je oparto. Zakładały z góry, że wiele rzeczy już gracz wie lub w naturalny sposób, poprzez zabawę, je zgłębi. Niestety, częściej to prowadziło do odrzucenia niżeli adaptacji takiego podejścia. W Dynasty Warriors: Origins w ogóle takiego problemu nie ma. Wszystko jest tłumaczone od najmniejszych podstaw. To samo tyczy się bitew, ich skali, zadań czy poziomu trudności. Potem każdy z elementów odpowiednio się skaluje, aby

Jeden wojownik kontra setki żołnierzy

Kiedy siedząc na koniu, pośród dziesiątek żołnierzy sojuszniczej armii rzucacie się w wir walki, to jedyne, co czujecie, to radość. Żaden ze mnie strateg, ja wbijam się w samo serce danego garnizonu i rozpoczynam taniec śmierci. Tu nie ma miejsca na litość. Siekam na prawo i lewo dzierżąc w dłoniach wcześniej wybraną broń — tych jest całkiem sporo. Trup ściele się gęsto, a ja jedyne, o co dbam, to aby generał mojej armii nie poniósł porażki i nie zwiał z pola walki. Bo to najczęstszy warunek, który oznacza przegraną. Wszystko to w formie nieco uproszczonego slashera, więc to tak, jakby Dante z DMC spuścić ze smyczy i bez świateł stopu pozwolić mu na rozwałkę. Czego tu nie lubić?

W samym sercu pola walki

System walki jest prosty do opanowania. Mamy słabsze i silniejsze ataki, ciosy specjalne, potężne zagrania dostępne po naładowaniu paska energii, blok, parowanie, przełamanie akcji wroga i techniki wspólne, które wymagają postaci pobocznych. Dodatkowo możemy używać przedmiotów pomocniczych do leczenia, wzmocnienia ataku czy obrony. W późniejszym etapie dorobimy się nawet własnego oddziału, któremu możemy wydawać rozkazy. Takowe możemy mieć zdefiniowane trzy, ale do wyboru jest nieco więcej. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby rozkazać podpalić dane miejsce, bronić kogoś czy wykonać szarżę na koniach w celu odblokowania drogi do bossa.

Ile tu tego RPG-a?

Niezbyt wiele. Nasz Wędrowiec zdobywa poziomy doświadczenia, po jednym za każdy stopień opanowania danej broni. Oprócz tego zyskujemy specjalne punkty — za konkretne zadania, misje fabularne i tak dalej, które wydajemy na dane elementy w drzewku rozwoju. Mogą to być lepsze statystyki, zwiększona obrona, nowe ataki specjalne i wiele innych. Dostępny oręż też ma swoją siłę oraz cechy pasywne. Te drugie mają różne stopnie: biały-słaby, niebieski-lepszy, złoty-fenomenalny. Im większa siła i lepsze cechy, tym potężniejsza broń w czasie walki, wyższe obrażenia i możliwości bohatera.

Jeden z elementów rozwoju postaci w Dynasty Warriors: Origins

Co więcej, oprócz broni możemy wyekwipować naszą postać w dodatkowe akcesoria, które ją wzmocnią. Tych jest całkiem sporo i mają one realny wpływ na pewne rzeczy. Ja na przykład zawsze miałem dodatek, który zwiększał szansę parowania ciosów silniejszych jednostek, co pozwala na wybicie ich z rytmu i chwilowe oszołomienie. Ktoś jednak może postawić na wzmocnienie ataku, szybsze ładowanie paska energii i tak dalej. Mamy więc bardzo minimalistyczny, ale jednak obecny, wariant tworzenia buildu wojaka. Co również jest mocno kojarzone właśnie z RPG-ami.

Piękno historycznego świata Wschodu

Od strony wizualnej tytuł nie ma się czego wstydzić względem wersji na większe konsole czy PC. Tak, różnice są widoczne, ale to nie jest przepaść jak w przypadku DOOM (2016) z pierwszego Switcha. Mapa świata wypada wspaniale i tutaj duże brawa dla dewelopera i jeden palec w stronę serii Final Fantasy, która w ogóle już takich nie ma. Miło się eksploruje ten świat, nawet w takiej uproszczonej formie. Czuć napracowanie, mimo że to tylko i aż mapa świata. Na równie wysokie uznanie zasługują modele postaci, szalenie bogate w detale i dobrze animowane. Zarówno w czasie scenek, jak i wszystkich starć. Miło, że nawet zwykli żołnierze nie są generycznymi papkami na poziomie gołębia z trzeciego Wiedźmina.

Można się natomiast trochę czepiać samych poziomów w czasie starć, bo miejscami bywają nieco puste lub powielają pewne elementy bez krzty zmiany w nich – fortyfikacje. Tylko, co z tego, jak w innych fragmentach detali nie brakuje, a jednak obszar, gdzie ścierają się setki jednostek ze sobą, musi być choć trochę widoczny. Trzeba było tutaj pójść na pewien kompromis, stąd też takie, a nie inne cięcia w projekcie środowiska. Za to wszelkie ataki specjalne to czyste widowisko, które aż chce się powtarzać. Ciekawie też wypadają pojedynki jeden na jednego. To wszystko osadzone w szacach schyłku dynastii Han – niezależnie czy realistyczne i poprawne historycznie dodaje wszystkiemu uroku.

Muzyczny majstersztyk

Największe zaskoczenie ze strony tej gry. Nie spodziewałem się tak dobrze przemyślanych kawałków, gdzie oprócz takich, mocno wywodzących się ze Wschodu, usłyszę potężne gitarowe riffy i wręcz mocarne brzmienia zagrzewające do walki. Pieczę nad ścieżką trzymał weteran serii Masato Koike, ale samych kompozytorów mamy więcej: Masato Koike, Yosuke Kinoshita, Gota Masuoka, Hiromu Akaba, Junya Ishiguro i inni. Grając w Dynasty Warriors: Origins otrzymacie więc dość mocny miks stylów. Jest tu orkiestra, tradycyjne chińskie instrumenty, współczesne brzmienia (rock/elektronika) i wiele więcej.

Dynasty Warriors: Origins - Scena z Lu Bu

Łatwo porwać się muzyce, gdy ta idealnie oddaje klimat bitew, spokojne momenty pomiędzy nimi, buduje całą atmosferę i zachęca do zabawy. Coś, czego w ogóle się nie spodziewałem, a na pewno nie na takim poziomie. Do utworów wracam regularnie, tak mocno przypadły mi do gustu. Od strony samego udźwiękowienia: odgłosy walki, broni, okrzyki, jest równie dobrze zrealizowane. Co do voice-actingu, to wszystko zależy od tego, czego oczekujecie. Jeżeli stoickie podejście fabularne i emocjonalny wariant w czasie pojedynków są dla Was akceptowalne, to nie będziecie mieli powodów do zmartwień. W innym przypadku można mieć małe „ale” do tego elementu.

Wydajność na Nintendo Switch 2

Powiem wprost: jest nieźle. Nie ma stałych 60 klatek w trybie „wydajności”, raczej 40-50 w zależności od momentu. Dla purystów rzecz nie do pomyślenia i powód do podpalenia Switcha zapalniczką. Ja jednak doceniłem nieco gorszą oprawę, ale wyższą liczbę klatek animacji. Czy widziałem spadki? Mam okulary, ale ślepy nie jestem. Tylko w sumie nie miało to dla mnie znaczenia, bo bycie aniołem śmierci na polu walki daje zbyt dużo frajdy. Nie czułem natomiast opóźnienia podczas wyprowadzania ataków, a to miałoby o wiele większe znaczenie.

Kadr z jednej z rozmów

Względem trybu jakości różnice nie są kolosalne, nie takie, abym porzucił dla nich więcej FPS-ów. Tym bardziej, że i tak wszystkie cutscenki są w sztywnych trzydziestu i wydaje mi się, że jakościowo tu i tu są takie same. Na mapie świata czy w czasie starć jest inaczej, ale nadal wyższa płynność miała dla mnie większe znaczenie. Tak, chciałbym, aby było jeszcze lepiej, ale zdaje sobie sprawę z pewnych kompromisów portu. Gra oryginalnie nie powstała na Nintendo Switch 2, więc pewnie nie wyciąga w pełni możliwości sprzętu, albo silnik gry nie bierze wszystkiego, co drugi Pstryk ma pod maską. Tylko i tak to nadal ładna i całkiem dobrze działająca produkcja. Mnie wystarczy.

Czy warto?

Odpowiedziałem już na to pytanie we wstępie, ale powtórzę, warto. Dynasty Warriors: Origins to wspaniały powrót marki i idealna propozycja, aby wsiąknąć w podgatunek musou. Jeżeli nie przeszkadzają Wam pewne kompromisy dotyczące wydajności, to śmiało możecie rozważyć wersję na Nintendo Switch 2. Tytuł rozkręca się powoli, ale już od pierwszych minut angażuje i uzależnia od siebie. Syndrom jeszcze jednej bitwy robi swoje, a dodatkowej zawartości tu nie brakuje. Sam już planuję sprawdzić, co się wydarzy przy innych wyborach i plusach zabawy po napisach końcowych. W razie wątpliwości pamiętajcie, że w eshopie macie dostępne demko.

Gameplay

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Koei Tecmo Europe.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.
Kup Dynasty Warriors: Origins (NS2)

Reklama produktu w Ceneo.pl


Artur Janczak
Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top