Memento mori. Śmierć – o czym często zapominamy – to nasza nieodłączna towarzyszka w podróży przez życie. Postępy w medycynie i relatywny pokój na świecie (a przynajmniej w naszej jego części) przyczyniły się wprawdzie do wyparcia jej z codziennej świadomości większości ludzi, ale ona cały czas tam jest, tanecznym krokiem prowadząca nas skrupulatnie cienistym szlakiem prosto do grobowej deski. Jeżeli na myśl o tym poczuliście się nieswojo, to być może powinniście się zapoznać z duńską grą logiczną Felix the Reaper, która w przystępny sposób pomoże Wam się z nią oswoić.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Zakochany na zabój
Zrobiło się nieco ponuro, ale gwarantuję, że dzieło Duńczyków z Kong Orange to produkcja wyjątkowo miła w odbiorze. Uroczo prezentuje się już sama fabuła, niezbyt zajmująca, ale ujmująca groteskowym humorem. Wcielamy się w tytułowego Feliksa, odrobinę przysadzistego kosiarza pracującego dla Ministerstwa Śmierci, który nie tylko okazuje się doszczętnym melomanem, pląsającym w trakcie zleceń do płynącej z naciśniętych na głowę słuchawek muzyki, ale przede wszystkim jest też na zabój zakochany w Betty, pracownicy Ministerstwa Życia. Choć życie i śmierć to w teorii dwie diametralnie różne koncepcje – jedno nie może istnieć bez drugiego, toteż Felix (a więc i my) mamy nadzieję spotkać się z nieuchwytną ukochaną gdzieś na ich styku.

Jest w tym odrobina filozofii, ale Felix the Reaper w rzeczywistości nie zagłębia się zbyt mocno w ten wątek. Scenarzyści postanowili poświęcić mu początek i finał przygody (co, kiedy o tym myślę, jest dość wymowne). Jej środek skupia się na historiach (czy też raczej ich zwieńczeniach) piątki ludzi, na których wyrok wydało Ministerstwo Śmierci. Ponownie są to opowiastki dość rubaszne i choć zawsze kończą się brutalną w groteskowy sposób śmiercią, nie brak w nich odrobiny slapsticku tudzież pieprznego żartu. Buzia sama wykrzywia się w delikatny uśmiech, a z nozdrzy nieraz wydobędzie się aprobujący syk powietrza.
Siódma pieczęć
Pod względem rozgrywki Felix the Reaper jest równie prosty. Do zaliczenia mamy pięć rozdziałów po 4-6 poziomów każdy. To w zasadzie śmiercionośne domino – każdy z nich to kolejny kamień w układance, prowadzącej finalnie do śmierci wytypowanego przez naszych mocodawców śmiertelnika. Całość rozgrywa się na nieregularnej kształtem szachownicy, po której możemy się dowolnie poruszać. No, prawie, bo choć nie goni nas czas ani żaden przeciwnik, Felix jest w stanie przemieszczać się (zawsze tanecznym krokiem) wyłącznie w cieniu. Clou zabawy polega na tym, by tak poprzestawiać znajdujące się na mapie przedmioty – beczki, pudła, takie tam – by umożliwić sobie przetransportowanie potrzebnego nam przedmiotu do wyznaczonego miejsca, jak chociażby barana, który grzmotnie „jeszczeboszczka” w tyłek.

Oczywiście później w robi się coraz bardziej skomplikowanie. Do zabawy dochodzą rozmaite przełączniki czy płytki naciskowe o najróżniejszych funkcjach, a także transportujące Feliksa rury. Do tego od samego początku jesteśmy w stanie przełączać się między dwiema porami dnia, zmieniające tym samym kierunek cieni o 90 stopni. Raczej nie rozboli Was od tego wszystkiego głowa, bo Felix the Reaper to gra bardzo przystępna, ale z pewnością wymaga ona zdolności przestrzennego myślenia. W razie problemów twórcy oferują również system wizualnych podpowiedzi, który jednocześnie nie zdradza zbyt dużo (i niestety lubi się czasami zepsuć).
W efekcie ekipa z Kong Orange dostarczyła całkiem satysfakcjonujące doświadczenie, które jednak w pewnym momencie robi się delikatnie wtórne, nawet pomimo krótkiego czasu trwania (3-4 godzinki). Oczywiście mowa tutaj wyłącznie o domyślnej wersji poziomów. Po ukończeniu każdego z nich można również odpalić ich hardkorową wersję o odczuwalnie większym skomplikowaniu, ewentualnie szlifować swoją strategię, by odblokowywać medale za choćby jak najmniejszą liczbę ruchów. Skutecznie wydłuży to czas rozgrywki i zmusi do wytężenia mózgowych zwojów.
Rubaszna groteska
Pochwalić należy ponadto fantastyczną oprawę. Felix the Reaper nie jest piękny w standardowym tego słowa znaczeniu, stawiając raczej na groteskę. Bohaterowie tej historii są wyraźnie przerośnięci i nieproporcjonalni, wręcz obrzydliwi. Z kolei same plansze to zawieszone w nicości, pozbawione sensu przestrzenie, które mimo wszystko współgrają z całą resztą. Wszystko to oblane pastelami i otoczone dźwiękami spokojnej, acz rytmicznej elektroniki. Efekt jest wyjątkowo ciekawy. Felix the Reaper z jednej strony działa kojąco na nerwy i to pomimo obranego tematu, z drugiej natomiast wbrew pozorom nie romantyzuje śmierci, przedstawiając ją w sposób raczej brutalny i obrzydliwy. Dodatkowo dzięki wizualnej prostocie może się on również poszczycić wyjątkowo niskimi wymaganiami sprzętowymi.
Życie i Śmierć
Tym jednak, co w Felix the Reaper ujmuje mnie najmocniej, jest jego podejście do tematu. Nie tylko pod względem artystycznym, pod którym jest on w zasadzie doskonały, ale też dokumentalnym, bo przy każdym z rozdziałów oferuje szereg informacji o tym, jak śmierć prezentowano nie tylko na przestrzeni dziejów, ale również w różnych kulturach, dorzucając do tego garść obrazów i zdjęć rzeźb. Felix the Reaper to zatem nie tylko bardzo przyjemna łamigłówka, ale też sposób na dowiedzenie się nieco więcej o śmierci i w pewnym sensie oswojenie się z nią. Wszak myśl, że na końcu naszej drogi czekać będzie na nas pląsający grubasek ze słuchawkami na uszach, jest jakaś taka mniej straszna, prawda?
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

