Final Fantasy VII Remake Intergrade – recenzja (PC). Jak z diamentu zrobić węgiel

Gra dostępna na:
PC
PS5
Final Fantasy VII Remake
Jakub Mrozowski
Jakub Mrozowski

Final Fantasy VII to tytuł dla mnie szczególny, pomimo że poznałem go stosunkowo późno w swoim życiu. To właśnie on otworzył mnie na gatunek jRPG-ów, a także po części fascynację japońskimi grami. Przez lata bez namysłu brałem wszystko, co miało coś wspólnego z FF7: od ogrywanego na PSP Crisis Core po Dirge of Cerberus czy film Advent Children.

Gdy pojawiły się pierwsze informacje o remake’u, nie mogłem powstrzymać euforii, która szybko runęła jak domek z kart. Tytuł miał zostać podzielony na kilka gier, z czego pierwsza część miała dotyczyć wątku z Midgaru, który w oryginale zajmował około pięciu godzin i był tak naprawdę jedynie prologiem całej opowieści. Postanowiłem jednak dać tej grze szansę. Minęło już na tyle czasu od premiery, abym mógł podejść do tego na chłodno. To jednak nie sprawiło, że była to dla mnie przyjemna podróż. Wręcz przeciwnie.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Kawałek opowieści

Cloud Strife to najemnik, który swego czasu pracował dla organizacji Shinra i był członkiem elitarnej grupy SOLDIER. Poznajemy go w momencie, kiedy wynajęty przez grupę ekoterrorystów AVALANCHE chce zniszczyć reaktor Mako (źródło energii w mieście Midgar), który przez wydobywanie energii z planety powoli ją niszczy.

FF7 to była bardzo ambitna produkcja na swoje czasy i jakbyśmy teraz chcieli to wszystko odtworzyć, byłoby to zadanie, które zabrałoby masę czasu i pieniędzy. Jestem w stanie zrozumieć, że dostaliśmy jedną grę podzieloną na trzy. Jednak jak bardzo chciałbym to sobie racjonalizować, to nie rozumiem założenia tego remake’u.

Koloseum Corneo w Final Fantasy VII
Dwaj bardzo sympatyczni i wcale nie podejrzani panowie

Niestety, ale pojawi się tutaj trochę informacji, które można uznać za spoiler. Aby dokładnie zaznaczyć, co mi się w FF7 Remake nie podobało, bo co to za odświeżenie, które zakłada, że graliśmy w oryginał i dodaje do tego wątki kompletnie niepasujące do świata przedstawionego i wyciągnięte z przysłowiowego tyłka – duchy przeznaczenia, które pilnują, aby wszystko odbyło się tak, jak w oryginale.

Pojawiają się nagle i są niczym innym jak leniwym zabiegiem, aby pomieszać w historii. Jak trzeba, to zablokują nam drogę, abyśmy przypadkiem nic nie zmienili, a nawet ożywią kogoś, jak będzie trzeba. Szkoda, że są niekonsekwentne, bo potem same zmieniają fabułę, jak chcą. Przyznam, że dla mnie to bardziej pasowałaby tutaj nazwa Final Fantasy VII Retcon. Dodatkowo od początku cała tajemnica i intryga skręca w stronę, w której już robią z nas zbawcę świata. Cała fabuła kończy się kompletnie z czapy. Nie mamy żadnego ładnego zakończenia, klamry, nic. Jedynie to zostajemy z jeszcze większą liczbą pytań i mętlikiem w głowie.

Rozmowa w Final Fantasy VII
Cloud po przybyciu na Wall Market zaczął dogadywać się z lokalnymi dresami

Nie czujemy stawki, nie ma tu emocji. Podczas gry nie czułem nic. A musicie wiedzieć, że oryginał przeszedłem z cztery razy. Nawet nie zliczę, ile razy podczas gry w remake uderzałem się w czoło, bo nie kupowałem tej historii. Jednak żeby nie było, że tylko jadę po tej fabule, to dodam, że kilka nowych wątków jest świetnych i szczególnie cieszy rozwinięcie interakcji z grupą Avalanche czy sekcji na motorze. Nietrudno było mi się też uśmiechnąć przy słynnej już wspinaczce po schodach, ale to tylko kilka plusów, a reszta jest zwyczajnym zapychaczem. Szczególnie gdy musimy kilka razy odwiedzać te same lokacje i robić backtracking, a gra wprowadza nowe postaci, aby zaraz o nich zapomnieć.

Piękne wizualia

Szkoda, bo graficznie gra prezentuje się wyśmienicie. Piękne lokacje, chociaż jak na moje oko miejscami zbyt sterylne i pozbawione obiektów, które ożywiłyby nieco świat świat. Kwiaty, ozdoby na ścianach, coś, co dodałaby tym lokacjom więcej charakteru. Postaci stworzone z dbałością o detale. Świetnie dobrane głosy bohaterów i voice acting. Szkoda, że miejscami straszą nas tekstury, które uciekły z czasów PlayStation 3, ale poza tym tytuł prezentuje się znakomicie. Oświetlony Wall Market czy brudne ulice slumsów Sektora 7 nigdy nie wyglądały tak dobrze.

Wall Market w Final Fantasy 7
Wieczorny spacer

Nawet nie przeszkadza mi, że poza podziwianiem miejskich terenów nie ma tu za bardzo co robić poza nieco nudnymi zadaniami pobocznymi. Miasto to piękna makieta, po której się poruszamy. Dla mnie to była nostalgiczna podróż, aby zobaczyć znane mi miejsca w nowej odsłonie. Jednak to nie wszystko. Cutscenki są efektowne i pełne wybuchów, świateł i laserów. Świetnie wyreżyserowane i silące się na znane Japończykom efekciarstwo. Była to jedna z niewielu zmian, które przywitałem z uśmiechem na twarzy.

To samo zresztą można powiedzieć o udźwiękowieniu. Oryginalne Final Fantasy VII miało genialną ścieżkę dźwiękową z kultowym “One Winged Angel”. Tutaj zostało to jeszcze bardziej podbite. Nowe aranżacje bardzo mi się podobają i pasowały do świata przedstawionego. Nie zapomniano nawet o klasycznych dla serii fanfarach, które pojawiają się w formie easter egga.

Męczący system walki

Dobrze, ale opisuję fabułę, wizualia, a dalej nie skupiłem się na tym, co najważniejsze, czyli rozgrywce. Tutaj sam mam problem. System walki z początku mi się podobał, ale później okazał się męczący. Jak on działa? Postawiono na ciekawe połączenie walki turowej ze slasherem. Podczas potyczek możemy dowolnie przełączać się między bohaterami i atakować. Każdy posiada dwa rodzaje ataków, zwykły oraz specjalny.

Cały czas ładuje się nam pasek ATB, a gdy się napełni, możemy użyć skilla, magii, przedmiotu, a także przywołać summona. Co mi się tu nie podobało? Po pierwsze używanie przedmiotów jest zależne od paska ATB, nie pamiętam, ile to razy biegałem dookoła przeciwników, licząc, że mój pasek się napełni, aby móc skorzystać z mikstury leczącej. Wiem, że to miałoby nawiązanie do oryginału, ale tutaj nie działa

kultowy boss w Final Fantasy 7

Używanie potężnych przywołanych stworów jest zależne od gry, to ona decyduje, kiedy możemy sobie je przywołać, a kiedy nie. Dla mnie jest to zupełnie nietrafiony pomysł. Poza tym wybieranie tego czy też korzystanie ze skrótów na kontrolerze jest niewygodne. Chcę użyć umiejętności, a przeciwnik ucieka, przez co zmarnowałem cenny pasek ATB i muszę znowu czekać, aby go napełnić.

Nie będę ukrywał. Miejscami ten system walki mi się podobał, szczególnie przy starciach z bossami, ale nieraz był po prostu tak upierdliwy i przeklinałem go. Chyba wolałbym coś mniej przekombinowanego lub mniej efektownego. Nie jestem też pod tym względem purystą i nie przeszkadza mi, że nie jest to klasyczna turowa walka.

Podsumowanie

Dla wyjaśnienia Final Fantasy VII Remake to nie jest zła gra, po prostu zupełnie mi nie siadła nowa formuła. Wolałbym dużo bardziej klasyczne podejście. Czy to źle, że twórcy chcieli dać nam coś nowego? Nie, ale dla mnie większość tych decyzji jest nietrafiona. Po prostu nie czuję, że jest to produkcja zrobiona przez fanów serii. To rozczarowanie, ale wam może się spodobać, jeśli nie jesteście tak mocno związani z oryginalną grą jak ja. Ewentualnie jeśli jesteście nowi w świecie Final Fantasy, to myślę, że jest to też dobre miejsce na start dla serii.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Kup Final Fantasy VII Remake Intergrade (PC)

Reklama produktu w Ceneo.pl


Avatar photo
Jakub, człowiek, dla którego nigdy nie ma problemu. Próbował już w życiu wszystkiego: aktorstwa, żonglowania, gotowania, pisanie to jego najnowsza pasja, w której ma nadzieje się spełnić. Gra od kiedy pamięta, na początku na komputerze, później głównie na konsolach. Fan nietuzinkowych produkcji z kraju kwitnącej wiśni. Uwielbia wszelkiej maści komiksy o superbohaterach. Zawsze powtarza, że nie liczy klatek woli po prostu grać.
Scroll to top