Forza Horizon 6 – recenzja (PC). Japońskie Tonkatsu z korporacyjną posypką

Gra dostępna na:
PC
XSX
Logo Forza Horizon 6 z Japonią w tle
Marcin Ćwiek
Marcin Ćwiek

Ile razy można jeść to samo i udawać, że to kulinarna rewolucja? Okazuje się, że jeśli za kuchnię odpowiada Playground Games, to odpowiedź brzmi: „Poproszę dokładkę!”. Forza Horizon 6 wjeżdża do Japonii i od progu wita nas znajomym zapachem. Tak, to znowu ten sam „odgrzewany kotlet”, który znamy od lat, ale tym razem podano go w formie królewskiego tonkatsu. Jest soczysty, polany obłędnym sosem, otoczony najlepszym sushi w mieście, a w zestawie dostajemy jeszcze karafkę wybornego sake. Efekt? Totalna rozpusta. Choć gra ma swoje za uszami (o czym jeszcze pogadamy), to sposób, w jaki przyciąga do ekranu, jest wręcz magnetyczny. Nowa mapa nie tylko prosi się o zwiedzanie – ona wręcz krzyczy, żebyście sprawdzili, co czai się za kolejnym neonowym zakrętem w Tokio czy na krętej przełęczy Touge. Jeśli myśleliście, że formuła Horizon już wam się przejadła, to przygotujcie się na solidne gastrofazy, bo z tego japońskiego święta motoryzacji po prostu nie chce się wychodzić.

Od turysty do legendy, czyli o japońskiej pokorze

Jeśli baliście się, że znowu zostaniecie okrzyknięci „największym kierowcą w historii” tuż po wyjściu z samolotu, to mam dobre wieści. W Forza Horizon 6 zaczynacie jako zwykli turyści, którzy na szacunek muszą sobie zapracować od zera. Waszym pierwszym dużym krokiem jest zakwalifikowanie się do Horizon Invitational w roli debiutantów, co w końcu przywraca sens jakiejkolwiek progresji i odcina się od bycia „superstarem” z automatu. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak w momencie, gdy na waszych nadgarstkach zaczynają pojawiać się kolejne kolorowe opaski. To właśnie one otwierają drzwi do coraz trudniejszych wyzwań i pozwalają piąć się w hierarchii japońskiej sceny motoryzacyjnej. Powrót tego systemu to bezpośrednie mrugnięcie okiem w stronę fanów pierwszej odsłony serii, dla których to właśnie kolory opasek były symbolem prestiżu i realnego postępu na festiwalu.

Grafika informacyjna na zielonym tle przedstawiająca odblokowaną żółtą opaskę festiwalową z napisem „Rookie” i polskim podpisem „Żółtodziób”.

Dwie ścieżki, jeden cel: Collection Journal

Cały postęp w grze spina klamrą Collection Journal, który jest czymś więcej niż tylko listą zadań – to wasz osobisty pamiętnik z japońskiej przygody. Gra inteligentnie dzieli aktywność na dwie główne, uzupełniające się drogi, pozwalając wam płynnie przeskakiwać między zupełnie różnymi stylami zabawy. Jeśli macie ochotę na profesjonalną, festiwalową otoczkę, rzucacie się w wir Horizon Festival. To klasyczna walka o punkty, uznanie i kolejne szczeble w hierarchii, w której każda wygrana przybliża was do statusu legendy.

Ekran menu gry przedstawiający wirtualny paszport z kolekcjonerskimi pieczątkami pod napisem „Discover Japan”.

Jeśli jednak wolicie poczuć prawdziwego ducha Japonii, wybieracie ścieżkę Discover Japan. To idealne rozwiązanie dla tych, którzy chcą chłonąć klimat bez presji zegara, skupiając się na spokojnym eksplorowaniu mapy, podziwianiu architektury i wsiąkaniu w lokalny vibe. Te dwa światy przenikają się na każdym kroku, a system stempli i nagród sprawia, że niezależnie od wybranej drogi, wasz garaż i konto systematycznie puchną.

Rdzeń rywalizacji: Od asfaltu po błoto

Zróżnicowanie trybów dla jednego gracza to fundament, na którym stoi ta odsłona, a Playground Games dopieściło każdą kategorię tak, by miała swój unikalny charakter i styl. Wyścigi drogowe stanowią wizytówkę gry, w której przecinanie neonowych arterii Tokio przy zawrotnych prędkościach kontrastuje z technicznymi przejazdami przez sielskie przedmieścia, gdzie liczy się każda sekunda i idealny tor jazdy. Z kolei rajdy szutrowe to brutalna walka o przyczepność na mieszanych nawierzchniach, wymagająca ciągłej korekty i wyczucia, a jazda w kontrolowanym poślizgu między japońskimi zabudowaniami daje niesamowitą satysfakcję. W trybach Cross Country kończą się jednak wszelkie uprzejmości, bo ciężkie maszyny, błoto i pagórki wymuszają totalną jazdę na przełaj, w której liczy się przede wszystkim pęd, masa oraz odwaga przy ogromnych skokach, gdy cały krajobraz zmienia się w rozmytą plamę zieleni i brązu.

Dynamiczne ujęcie czarnego Lamborghini Centenario pędzącego przez zalesioną drogę z efektem rozmycia ruchu

Adrenalina i techniczna precyzja

Najwięcej czystej adrenaliny dostarczają wydarzenia typu Showcase. To widowiskowe, skryptowane pojedynki, w których stajemy naprzeciw absurdalnych rywali. Ściganie się z samolotami kaskaderskimi to już klasyka, ale starcie z gigantycznym mechem, siejącym spustoszenie w samym centrum Tokio to zupełnie nowy poziom absurdu i widowiskowości.

Gigantyczny biało-czarny mech stojący w centrum festiwalu Horizon na tle błękitnego nieba.

Dla tych, którzy wolą szlifować umiejętności zamiast oglądać wybuchy, przygotowano Horizon Rush. To specjalnie zaprojektowane kursy, w których nie liczy się moc silnika, a perfekcyjne opanowanie narzuconej maszyny. Całość domykają klasyczne PR Stunts – fotoradary, strefy driftu i znaki ostrzegawcze są rozsiane po całej mapie w takiej gęstości, że nawet krótka przejażdżka do sklepu kończy się biciem rekordów i zbieraniem gwiazdek.

Kultura Touge i kurierzy na etacie

To, co faktycznie definiuje japońskiego Horizona, to tryby pod szyldem Discover Japan. Absolutnym hitem, obok którego nie da się przejść obojętnie, są Touge Battles. To intymne, niesamowicie techniczne pojedynki 1v1 na krętych zjazdach z legendarnych górskich przełęczy, jak Hakone czy Mount Haruna. Tutaj nie ma miejsca na błędy – jedna zła linia i rywal znika za zakrętem. Klimat nocnego, nieoficjalnego ścigania dopełniają wyścigi Street Racing, gdzie zamiast barierek i kibiców mamy tylko flary na poboczach i otwarty ruch uliczny.

Żółty samochód sportowy z czarnymi pasami zaparkowany na wzgórzu, w tle rozciąga się widok na ośnieżone szczyty górskie.

Gdy emocje opadną, gra oferuje chwilę oddechu w Horizon Stories. To rozbudowane opowieści, w których dołączacie do lokalnych klubów driftowych, bierzecie udział w klimatycznych wycieczkach konwojami czy przygotowujecie unikalne maszyny na wielką festiwalową paradę. Nie zabrakło też humoru – praca dla RakuRaku Express to genialna odskocznia, w której jako kurierzy dostarczacie ramen pod presją czasu. Dla kolekcjonerów przygotowano polowanie na japońskie maskotki – Onigiri czy Edamame – które są świetnym, lokalnym smaczkiem.

Wspólne palenie gumy i punkty za synchronizację

W trybie online miejsce Drivatarów zajmują prawdziwi gracze, ale zamiast pozwalać nam tylko mijać się na trasie, gra realnie nagradza nas za wspólną jazdę poprzez system LINK Skills. Jeśli zbierzecie się w grupę i zaczniecie wspólnie kręcić beczki czy driftować ramię w ramię, system to doceni i sypnie dodatkowymi punktami za synchronizację, co genialnie podkręca frajdę z samej kooperacji. Dodatkowo co godzinę startuje Horizon Stunt Party, czyli wspólna zabawa dla wszystkich kierowców znajdujących się aktualnie na mapie, w której liczy się przede wszystkim współpraca przy wykonywaniu zwariowanych trików.

Ekran podsumowania wyścigu z napisem „Zwycięzca”, prezentujący postać gracza obok czerwonej Toyoty Celiki.

Sercem zorganizowanej rywalizacji stało się centrum Horizon Play, w którym znajdziecie zarówno znane i lubiane formaty, jak i zupełne nowości. Powraca kultowe battle royale w wydaniu motoryzacyjnym, czyli The Eliminator, oraz pełna emocji zabawa w chowanego, czyli Hide and Seek. Do zestawu wjeżdżają też Touge Showdowns, czyli sieciowe starcia na górskich serpentynach, oraz Spec Racing, który stawia na wyrównaną walkę w konkretnych, narzuconych klasach aut. Wszystko to spina nowa funkcja Series Leaderboard, śledząca globalne zwycięstwa graczy w ujęciu całego miesiąca, co pozwala w końcu sprawdzić, kto faktycznie rządzi na japońskich drogach.

Niebieskie BMW M2 pędzące po torze wyścigowym pod kolorowymi smugami dymu zostawionymi przez samoloty akrobacyjne.

Dla tych, którzy wolą budować niż się ścigać, przygotowano Horizon CoLab, czyli tryb wieloosobowego budowania, w którym wspólnie z konwojem możecie w czasie rzeczywistym tworzyć własne trasy czy projektować zwariowane wyzwania w EventLab. Wszystko to sprawia, że interakcja z innymi graczami jest płynna i naturalna, niezależnie od tego, czy akurat szukacie zaciętej licytacji w domu aukcyjnym, czy po prostu chcecie wspólnie podziwiać swoje fury na Car Meets. Dzięki temu multiplayer nie jest tylko dodatkiem, ale żyjącym organizmem, który sprawia, że świat gry staje się jeszcze bardziej dynamiczny.

Keiichi Tsuchiya byłby dumny, czyli driftem przez Japonię

Ludzie z Playground Games poszli o kilka kroków naprzód względem poprzedniczek i faktycznie czuć, że model jazdy delikatnie przesunął się w stronę bardziej wymagającej zabawy. To już nie jest tylko bezkarne „trzymanie gazu do dechy”, ponieważ nowa odsłona wymaga od nas znacznie większego wyczucia masy auta oraz precyzji przy każdym wejściu w zakręt. Zawieszenie pracuje teraz o wiele bardziej naturalnie, a przenoszenie ciężaru przy hamowaniu czy nagłych zmianach kierunku jazdy wymusza na kierowcy stałą czujność. Całość idealnie współgra z odświeżonymi animacjami kierownicy, które oferują teraz pełne 540 stopni obrotu, co w końcu pozwala poczuć pełną kontrolę nad maszyną i wygląda obłędnie w widoku z kokpitu.

Zbliżenie na przedni reflektor i maskę czerwonej Toyoty Celiki zaparkowanej na terenie festiwalu.

Jeśli jednak poczujecie w sobie ducha Keiichiego Tsuchiyi, legendarnego „Drift Kinga”, gra pozwoli wam na pełne szaleństwo bez żadnego poczucia sztuczności. Fizyka jest po prostu świetna, a Japonia okazuje się prawdziwym rajem dla drifterów, oferując warunki, o których w poprzednich odsłonach mogliśmy tylko marzyć. Twórcy genialnie wyważyli mapę, dzięki czemu obok długich prostych na autostradach, gdzie możemy wycisnąć z maszyn absolutne maksimum prędkości i poczuć klimat nielegalnych nocnych rajdów, dostajemy całą masę krętych, technicznych ścieżek. Te górskie serpentyny sprawdzają nasze umiejętności na każdym metrze asfaltu i nie wybaczają błędów, nagradzając za to najbardziej płynne i stylowe przejazdy.

Prezenty za odwagę i radar w martwym polu

Klasycznie dla serii, powracają rozbudowane opcje customizacji ustawień, które pozwalają dopasować wyzwanie pod własne preferencje. Możemy zostać przy trybie normalnym, oferującym znaną, arcadową swobodę, albo przełączyć się na tryb symulacji, gdzie każdy błąd na trasie Touge zaboli podwójnie. Co najważniejsze, gra promuje odważnych – im mniej wspomagaczy takich jak ABS czy kontrola trakcji używamy, tym więcej kredytów wpada na nasze konto po każdym evencie.

Widok z tyłu na sportowy samochód jadący nocą przez oświetlone japońskie miasto; na ekranie widoczny licznik oraz punkty za „dobrą sekwencję umiejętności”.

Sama sztuczna inteligencja, choć potrafi zachować się nieprzewidywalnie, przez większość czasu staje na wysokości zadania. Na wyższych poziomach trudności, jak „Wybitny” i wyżej, Drivatary wymagają już pełnego skupienia i sporej dawki odwagi. Na szczęście, jak to w Horizon, poziom trudności możemy dowolnie zmieniać przed każdym wyścigiem, więc nikt nie zostanie zablokowany przez zbyt agresywnego bota.

Garaż marzeń, a nie salon zakupowy

W nowym Horizonie garaż pęka w szwach od samego początku, oferując na start ponad 550 licencjonowanych maszyn od ponad 80 światowych producentów. Jednak to nie sama liczba robi największą robotę, ale to, jak gra zachęca nas do ich zdobywania. System Aftermarket Cars, czyli aut pojawiających się dynamicznie bezpośrednio na mapie, to strzał w dziesiątkę. Dzięki temu, że te „używki” są zawsze tańsze niż modele z salonu, gra naturalnie wymusza na nas ciągłe jeżdżenie i eksplorację, zamiast nudnego skakania po punktach szybkiej podróży.

Ekran zakupu pojazdu prezentujący mały, czerwony, trójkołowy samochód Peel P50 z 1962 roku wraz z jego statystykami.

Do łask wróciły też ukryte wraki, czyli Barn Finds, ale prawdziwym wyzwaniem jest szukanie Treasure Cars. Tutaj nikt nie prowadzi nas za rączkę – dostajemy podpowiedź w formie zdjęcia i musimy faktycznie nauczyć się topografii mapy, by odnaleźć te skarby, jak chociażby retromiejskiego Nissana Figaro przy nabrzeżu Tokio. To genialne rozwiązanie, bo gra w końcu wymaga od nas zapamiętywania okolicy i premiuje spostrzegawczość.

Aukcje, personalizacja i… nieszczęsne koła fortuny

Dla tych, którzy wolą szybki handel, powrócił dom aukcyjny. To opcja, która mocno polaryzuje społeczność, bo pozwala na błyskawiczne wzbogacenie się poprzez sprzedaż własnych perełek, a trzeba przyznać, że sam system licytacji działa niezwykle responsywnie. Wszystkie te zdobycze możemy teraz dumnie prezentować dzięki funkcji Garage Customizer. Możliwość pełnej personalizacji garażu w każdym posiadanym domu i udostępniania go innym graczom sprawia, że domy w końcu zyskały duszę i przestały być tylko ikonkami na mapie.

Widok z perspektywy trzeciej osoby na turkusową furgonetkę dostawczą „Raku Raku Express” jadącą przez szeroką miejską ulicę w Japonii.

Niestety, Playground Games nie uciekło od swoich starych grzechów i ponownie serwuje nam „koła fortuny” w dwóch wariantach: zwykłym i super. Mechanika oparta na RNG i automatach hazardowych w grze wyścigowej to coś, czym osobiście gardzę. Na szczęście gra oferuje o wiele lepszą alternatywę w postaci rzetelnej progresji w Collection Journal. Zdobywanie stempli za konkretne wyzwania i odbieranie nagród w postaci aut, kredytów czy opcji customizacji bohatera daje o wiele więcej satysfakcji niż ślepy traf. Właśnie tak powinna wyglądać nowoczesna gra wyścigowa – premiować umiejętności, a nie szczęście w losowaniu.

Ekstremalne Tokio, czyli trochę o grafice

Na moim komputerze (i7-13620H, 32 GB RAM, RTX 4060) Forza Horizon 6 pokazała pazur. W rozdzielczości 1440p na ustawieniach ekstremalnych (bez Ray Tracingu) i z włączonym TAA gra stabilnie trzymała okolice 90 klatek na sekundę bez konieczności używania DLSS. Warto jednak zauważyć, że przy 8 GB VRAM na pokładzie mojego RTX-a, konieczne było zjechanie z detalami otoczenia do poziomu wysokiego – tekstury na poziomie ultra i ekstremalnym mają apetyt znacznie wykraczający poza możliwości tej karty. Jeśli zależy wam na Ray Tracingu, to bez technologii DLSS i Frame Generation (MFG) się nie obejdzie, ale gra oferuje pełne wsparcie dla tych rozwiązań na PC.

Szczegółowy widok wnętrza samochodu wyścigowego, widoczna kierownica, klatka bezpieczeństwa oraz panel z licznymi przełącznikami.

Prawdziwym zaskoczeniem była jednak kultura pracy na Lenovo Legion Go. W rozdzielczości 1080p na niskich ustawieniach gra wciąż wyglądała świetnie, a stabilne 60 klatek z TAA było miłym dodatkiem. Niezależnie od urządzenia, warstwa wizualna to absolutny majstersztyk. Neonowe Tokio z jego gęstą zabudową, która jest większa niż miasto w poprzedniej części, robi kolosalne wrażenie swoją szczegółowością. Ciasne uliczki stolicy, widowiskowe mosty i tunele kontrastują z malowniczymi szlakami górskimi oraz sielskimi polami ryżowymi. Modele samochodów to najwyższa półka – detale są tak dopracowane, że oglądanie ich od środka to czysta przyjemność.

Dźwięk, który urywa głowę

Jeśli myśleliście, że w tej serii nic was już nie zaskoczy, to japońskie drogi szybko zweryfikują ten pogląd. Każda bryka brzmi tu potężnie i unikalnie – te wszystkie ikony JDM mają tę swoją specyficzną, mechaniczną chrypę, która wwierca się w uszy, zwłaszcza gdy piłujecie je na wysokich obrotach w tunelach pod Tokio. Akustyka miasta robi niesamowitą robotę; echo odbijające się od betonowych ścian wieżowców sprawia, że czujesz każdą zmianę biegu w kręgosłupie. Do tego dochodzi genialne audio otoczenia – od szumu deszczu w bambusowych lasach po zgiełk nocnych ulic, wszystko tu żyje i brzmi po prostu „prawdziwie”.

Widok z góry na otwartą maskę niebieskiego samochodu, ukazujący szczegółowo odwzorowany silnik spalinowy.

A stacje radiowe? To jest zupełnie inna liga. Gacha City Radio to czysty ogień i list miłosny do japońskiej popkultury. Kiedy z głośników wjeżdża YOASOBI z „Idol”, Creepy Nuts i ich „Bling-Bang-Bang-Born” albo Ado w „New Genesis”, to noga sama mocniej naciska gaz. Playlistę uzupełniają tacy wymiatacze jak KANA-BOON, Sakurazaka46 czy legendarna elektronika od YELLOW MAGIC ORCHESTRA. Jeśli wolicie coś bardziej „klasycznego” dla serii, to Horizon Pulse serwuje Portera Robinsona i genialny remix Hikaru Utady, a Hospital Records tradycyjnie dowozi najlepszy Drum & Bass.

Playground Dlaczego?

Na koniec musimy pogadać o pieniądzach, bo tutaj Playground Games wbija szpilę najgłębiej i robi to z wyjątkowo zimną krwią. Sprawa z edycją Premium za te ponad pięć stówek to jest klasyczny skok na kasę, któremu trzeba się przyjrzeć bardzo uważnie, zanim w ogóle pomyślicie o zatwierdzeniu transakcji. Na papierze wszystko wygląda luksusowo, bo dostajemy dwa duże rozszerzenia na własność, Car Pass z kilkudziesięcioma autami wpadającymi co tydzień oraz status VIP-a, który sypie podwójnymi kredytami i darmowymi domami. Problem w tym, że w świecie nowoczesnych gier-usług słowo „premium” jest interpretowane przez wydawcę w dość specyficzny i momentami bezczelny sposób.

Menu losowania nagród „Horizon Wheelspin” z widocznym żółtym samochodem Mercedes-AMG jako jedną z potencjalnych wygranych.

Największą wadą nowej Forzy jest fakt, że nawet wydanie pół tysiąca złotych nie gwarantuje wam dostępu do pełnej zawartości na zawsze. Historia serii uczy nas, że Playground Games uwielbia wypuszczać dodatkowe pakiety aut rok po premierze, które za nic w świecie nie chcą wejść w skład zakupionego wcześniej Car Passa. Oznacza to, że mimo wydania fortuny teraz, za kilkanaście miesięcy gra i tak bez mrugnięcia okiem poprosi was o kolejne kilkadziesiąt złotych za zestaw kultowych maszyn, których akurat zabrakło w podstawce. Do tego dochodzi najbardziej irytujący element całej układanki, czyli system Festival Playlist, który zamienia radosne ściganie w drugi etat. Nawet z najdroższą edycją w kieszeni musicie meldować się w grze w każdy czwartek i odklepywać wyzwania, bo inaczej unikalne auta sezonowe przepadają bezpowrotnie. Jedyną szansą na ich odzyskanie stają się wtedy aukcje, gdzie ceny szybują do absurdalnych poziomów, co jest po prostu perfidnym graniem na waszym poczuciu FOMO.

Podsumowując

Japoński festiwal to przede wszystkim triumf klimatu nad czystą matematyką serii, bo twórcom w końcu udało się stworzyć świat, który nie jest tylko kolejną pustą piaskownicą do nabijania punktów. Nocne, duszne Tokio i mordercze, techniczne trasy w górach sprawiają, że każdy pokonany kilometr ma swoją wagę, a my przestajemy czuć się jak gość w bezdusznym wesołym miasteczku, a zaczynamy jak uczestnik czegoś autentycznie kultowego. To gra, która broni się gęstą atmosferą i niesamowitym wyczuciem japońskiej kultury ulicznej, udowadniając, że w wyścigach wciąż jest miejsce na prawdziwe emocje, a nie tylko na mechaniczne odhaczanie kolejnych ikonek na mapie.

Biała Honda NSX-R GT pokryta kurzem, stojąca wewnątrz zagraconego garażu lub warsztatu.

Niestety, pod tą lśniącą karoserią wciąż warczy silnik napędzany przez korporacyjne mechanizmy, które momentami potrafią skutecznie wybić z rytmu i zirytować najbardziej cierpliwych. Najdroższa edycja to luksus z bardzo krótkim terminem ważności, bo agresywne parcie na model Live Service i zmuszanie gracza do cotygodniowego „odklepywania” listy obecności zamienia radosne ściganie w drugi etat oparty na bezczelnym FOMO. Jeśli jednak przymkniecie oko na te wszystkie hazardowe koła fortuny i fakt, że wydawca zawsze znajdzie sposób, by wyciągnąć od was dodatkowy grosz za zawartość, która powinna być w pakiecie, dostaniecie wyścigowy ideał. To wciąż bezdyskusyjny król gatunku, który dzięki japońskiej atmosferze i niesamowitemu dopieszczeniu warstwy audio oraz wizualnej zasługuje na najwyższe noty, nawet jeśli jego biznesowe oblicze bywa wyjątkowo pazerne.


Jeżeli podobał wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Reddicie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Xbox Polska.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.

Kup Forza Horizon 6 (PC)

Reklama produktu w Ceneo.pl


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Marcin Ćwiek
Imperator krainy jeży, pasjonat ciężkiej muzyki, gracz i obieżyświat. Cześć! Mam na imię Marcin i uwielbiam grać oraz gotować, podróżować, aktywnie spędzać czas z moją kochaną rodzinką. Za dnia jestem ojcem oraz menadżerem hostelu w centrum Gdańska, w nocy zaś zakładam kocyk i ratuję wirtualne światy 😄 Gram na wszystkim i nie lubię wojen konsolowych!
Scroll to top