O tym, że faktycznie żyjemy w erze remasterów, niech najlepiej poświadczy fakt, że już modyfikacje do gier doczekują się własnych odświeżeń. W drugiej połowie grudnia premierę miało bowiem Grand Theft Auto: Frosted Winter – Remastered, czyli nowa wersja niemalże dwudziestoletniego już stworzonego przez Litwina BEGINita moda do GTA III, której twarzą stał się brytyjski streamer i speedrunner EnglishBen. Cel był prosty: przy użyciu współczesnych narzędzi przywrócić kultową w pewnych kręgach, acz przestarzałą modyfikację do dawnej świetności, jednocześnie przystosowując ją do współczesnych standardów.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Fanowskie fantazje
Zacznijmy jednak od początku, bo istnieje duża szansa, że o istnieniu Frosted Winter dowiadujecie się dopiero teraz. To totalna konwersja trzeciego Grand Theft Auto, przenosząca akcję gry do 2002 roku, kiedy Joey Leone, nasz nowy protagonista, wraca po krótkim pobycie w Europie do Liberty City, by wypełnić wolę zmarłego ojca i stać się donem rodziny Leone. Plany krzyżuje mu Toni Cipriani, usiłując zabić prawowitego przywódcę i podstępem przejąć władzę. Jak należy się domyślać, Joey przeżywa, a naszym celem staje się zemsta i odzyskanie tego, co nam należne.

Scenariusz nigdy nie był najmocniejszą stroną Frosted Winter i remaster niewiele w tej kwestii zmienia. Wprawdzie dialogi przepisano tak, by miały więcej sensu (pozbyto się chociażby notorycznie pojawiających się fraz „go to the place” i „kill the guy”) i odpowiadały angielskiej gramatyce, wzbogacając je przy okazji o dubbing łączący głosy AI oraz samych twórców. Efekt tego ostatniego – jak można się spodziewać – jest mocno taki sobie, ale lepsze to niż nic. Można też go kompletnie wyłączyć), ale nie ruszono struktury fabularnej. Wciąż zatem jest to raczej bzdurna opowiastka, która nie boi się zmieniać charakterów bohaterów GTA III (tutaj na przykład Toni Cipriani) oraz wprowadzać szeregu nowych, kompletnie nierozwiniętych postaci.
Żeby grało się lepiej
Grand Theft Auto: Frosted Winter – Remastered skupia się raczej na technicznych poprawkach. W pakiecie dostajemy chociażby szereg fanowskich patchów jak chociażby dobrze znane fanom trylogii 3D SilentPatch i WidescreenFix. Przemodelowano również pracę kamery, dzięki czemu możemy nią teraz dowolnie operować niczym w San Andreas, zarówno pieszo, jak i w pojeździe. Z SA wzięto również sposób mechanikę celowania i wyświetlany nad głowami NPC-ów trójkącik stanu zdrowia. Pojawił się ponadto automatyczny zapis rozgrywki po każdej misji, możliwość odkupienia swoich broni po śmierci bądź aresztowaniu, a także szereg pomniejszych zmian, zwiększających komfort zabawy. Opcjonalnym stał się ponadto zimowy model jazdy, a z powodów praw autorskich do kosza poleciały niestety bardzo fajne stacje radiowe (aczkolwiek można je przywrócić, po prostu pobierając je z YouTube’a w formacie WAV i podmieniając pliki w folderze „audio”).

To powiedziawszy, lepszym określeniem byłby tu remake aniżeli remaster. Nowa wersja moda nie ogranicza się wyłącznie do technicznych poprawek czy zwiększających komfort rozgrywki zmian, lecz wgryza się momentami dość drastycznie w kod, nierzadko zmieniając przebieg misji. Idea była słuszna, bo Frosted Winter słynęło z niewybaczającego i często zwyczajnie niesprawiedliwego poziomu trudności. Przeciwnicy ze śmiercionośnymi M16-kami otwierający do nas ogień zaraz po przerywniku filmowym i frajerzy ze strzelbami czyhający na gracza za rogiem byli tutaj chlebem powszednim. EnglishBen wraz z ekipą postanowili to zmienić.
Co za dużo, to nie zdrowo
Problem w tym, że Frosted Winter – Remastered to w zasadzie książkowy przykład nadkorekcji. O ile pozbycie się konieczności kilkugodzinnego ciułania pieniędzy na zakup wymaganych do dalszej progresji biznesów w połowie gry jest słuszny, o tyle większość misji kompletnie ogłupiono, pozbywając się jakiegokolwiek wyzwania. Myślałem, że oszaleję, kiedy każde kolejne zadanie opierało się na pojechaniu gdzieś, czasem zabiciu kogoś i ewentualnie wróceniem. Struktura misji oryginału wprawdzie nie była nadmiernie kreatywna, ale znaleźć można było tam kilka ciekawych pomysłów, które tutaj niekiedy zwyczajnie zniknęły. Problemu upatruję w speedrunnerskim doświadczeniu głównego twórcy, który postanowił pozwolić graczowi skończyć każde zadanie tak szybko, jak to tylko możliwe, zamiast spróbować odpowiednie zbalansować doświadczenie.

Tyle dobrego, że w jakoś w połowie modyfikacji robi się nieco ciekawiej i delikatnie bardziej wymagająco. Trzeba jednak nadmienić, że główny wątek to przygoda na dobrych kilka godzin, jeżeli zamierzacie skupić się wyłącznie na nim. Dla chcących zobaczyć absolutnie wszystko czas ten wydłuży się znacząco, bo Grand Theft Auto: Frosted Winter – Remastered to nie tylko 69 misji głównych, ale też 17 zadań pobocznych kilka rodzajów znajdziek, w tym klasycznych paczek, odlewów gipsowych w kształcie człowieka czy w końcu… terrorystów do zabicia.
Techniczne czkawki
Psikus polega na tym, że choć Grand Theft Auto: Frosted Winter – Remastered było dość mocno testowane przed premierą, to finalnie nie obeszło się bez problemów. Przykładowo ustawienie zasięgu rysowania na maksymalny poskutkuje błędami przy próbie przejazdu z Portland do Shoreside Vale, a zbyt wczesne rozegranie pobocznych wyścigów może wywołać niekończący się ekran ładowania przy rozpoczynaniu misji „A Little Surprise”. Nie wspomnieć nie można też o szeregu losowych komunikatów o błędzie, których na szczęście łatwo się pozbyć przerzucając wszystkie pliki z folderu „scripts” do głównego folderu z grą. Prace nad poprawkami cały czas jednak trwają, więc wierzę, że przynajmniej część trapiących modyfikację problemów zostanie w niedalekiej przyszłości rozwiązane.
Wybudzony z hibernacji
Jeżeli jednak GTA III darzycie równie potężnym sentymentem, co ja, to śmiało sięgnijcie po Grand Theft Auto: Frosted Winter – Remastered już teraz. Instalacja jest banalnie prosta i sprowadza się do skopiowania plików do folderu z grą (wymagana jest wersja 1.0, ale downgrade jest równie łatwy – wystarczy pobrać plik gta3.exe 1.0, podmienić ten oryginalny i gotowe!). Fabułę śledzi się wprawdzie niczym tani fanfic, misje nierzadko są wtórne, ale jednocześnie modyfikacja ta ma w sobie coś, co przykuwa do ekranu. Pokryte śniegiem Liberty City pełne jest nowych miejsc do odkrycia, easter eggów do odnalezienia i samochodów do zajumania, dzięki czemu Grand Theft Auto III zyskuje drugie życie.
Modyfikację znajdziecie między innymi w oficjalnym wątku na GTAForums.
Ewolucja Grand Theft Auto, część II. Era 3D w domowym zaciszu
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

