GTA San Andreas Definitive Edition – Recenzja. To ja podziękuje

San Andreas jedna z wielu produkcji, która wyprzedzała swoje czasy. Nie ma chyba drugiej tak kultowej odsłony GTA. Niektórzy sprzeczają się, że Vice City było lepsze, jednak patrząc na to ile zawartości miało w sobie San Andreas, ciężko się z tym zgodzić.

W końcu mówimy tutaj o grze, składającej się z trzech miast, obszarów wiejskich oraz pustyni, masą aktywności pobocznych, znajdźkami, możliwością korzystania z siłowni czy sklepów z ubraniami. Do tego z ponad 100 misjami wątku fabularnego. To dalej wszystko znajdziemy w edycji definitywnej. Nostalgia uderza tutaj mocno, niestety są to tylko pozory.

GTA San Andreas - Definitive Edition - screen 1

Dobre, złego początki

Naprawdę wierzyłem w ten remaster. Wierzyłem, że Rockstar, nas nie zawiedzie. A ja spojrzę na San Andreas z zupełnie nowej perspektywy. Pierwsze spotkanie z rzeczywistością nastąpiło bardzo szybko. Za port odpowiada studio Grove Street Games, znane z przeniesienia trylogii 3D na telefony z androidem i iOS, a także za wersję na PS3 i Xboxa 360.

Gdy tytuł w końcu pojawił się wirtualnych półkach, ludzie oszaleli. Ukazał się w okropnym stanie, przyrównując go do katastrofy, jaką był Cyberpunk 2077 w dniu swojej premiery. Masa błędów, brzydkie modele postaci, okropna fizyka i framerate, który już za czasów PlayStation 2 był lepszy.

GTA San Andreas - Definitive Edition - screen 2

Niestety, nigdy nie dowiemy się prawdy. Czy efekt tej katastrofy to niekompetencja studia, czy chciwość wydawcy? W sieci można przeczytać pełno opinii jakoby to był po prostu mobilny port, który został przepisany na silnik Unreal Engine bez żadnej kontroli jakości. Za sam proces remasterowania miał też odpowiadać właściwy skrypt z niewielką ingerencją człowieka. Pamiętajmy to niepotwierdzone informacje.

To dalej San Andreas, ale

U podstawy to dalej jest to kochane San Andreas, które w dniu swojej premiery ogrywałem na Playstation 2, PC, aż w końcu w wersję na androidzie. Historia dalej tutaj jest bardzo dobra. Wcielamy się w rolę CJ-a, członka gangu Grove Street, który po 5 latach w Liberty City, wraca na pogrzeb swojej matki do rodzinnego Los Santos.

Twórcy zapowiadali masę zmian. Nowe oświetlenie i tekstury wysokiej rozdzielczości. Na początku to wszystko robi wrażenie, jednak uczucie to mija po chwili. Gdy odkryjemy, że San Andreas pozbyło się swojej charakterystycznej mgły. Najwyższy szczyt — góry Chilliad widzimy z domu CJ-a, cały świat stał się okropnie mały, szczególnie jest to zabawne, kiedy wjedziemy na szczyt owej góry i zobaczymy granice mapy.

Najgorsze jest jednak to, że gdy jedziemy pojazdem to przed nami pojawia się z nicości roślinność, drzewa, przechodnie czy ludzie. W starych wersjach mgła to ukrywała, tutaj zwyczajnie to olano.

GTA San Andreas - Definitive Edition - screen 3

Sterowanie inspirowane GTA 5, ta jasne

Jednym z najbardziej reklamowanych nowości miało być strzelanie wzorowane na tym z GTA 5. W takim razie miło mi Was poinformować, że jest to zwykła ściema, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że strzela się gorzej niż w oryginale z PlayStation 2. Jedyne co zmieniono, to dodanie koła wyboru broni i wygląd celownika, to wszystko.

Wydaje mi się jednak, że ten celownik nie działa. Nie raz miał problemy z namierzeniem właściwego celu, o ile w ogóle przykleił się do przeciwnika. Nowe kołowe menu jest co prawda wygodne, ale raczej nie tego się spodziewaliśmy. Dodatkowo przeniesienie gry na Unreal Engine, sprawiło, że coś stało się z fizyką. Pojazdy po uderzeniu wesoło wyskakują w powietrze, robią obroty, bardzo łatwo można stracić panowanie nad pojazdem. Oprócz tego, bardzo łatwo je zapalić.

GTA San Andreas - Definitive Edition - screen 4

Sztuczna inteligencja nie radzi sobie nawet z fizyką w misjach. Zadanie po prostu samo się wykonało. Miałem kogoś gonić, a ten wywalił się na pierwszym zakręcie, przewrócił na dach i oczywiście wybuchł, zaliczając moje zadanie bez żadnego wysiłku.

Według analiz skrócono również czas potrzebny do wybuchu. Sprawia to, że ucieczka z płonącego pojazdu jest niemożliwa. Nowe efekty pogodowe są okropne, szczególnie deszcz — naprawiono to w patchu. Efekt ognia wywołuje tylko płacz ze śmiechu. Usunięto dodatkowo dym, przez co nigdy nie wiemy, czy pożar został ugaszony, czy też nie.

Coś jednak dodano

Na ogromny plus zasługuje dodanie kilku smaczków, aby tytuł był lepiej dostosowany do obecnych standardów. Mamy więc autosave po każdej misji, punkty kontrolne oraz możliwość powtórzenia zadania, gdy nam się nie powiedzie. Szkoda, że te wszystkie “nowe” rzeczy, były już w mobilnym porcie GTA San Andreas.

Tytuł na nowych konsolach ma możliwość wyboru między jakością a wydajnością. Być może żyje w alternatywnej rzeczywistości, ale dla mnie to śmiech na sali, ta gra ma w końcu 16 lat i nowe konsole nie są w stanie jej odpalić w 60 klatkach.

GTA San Andreas - Definitive Edition - screen 5

Liczyłem może, że tytuł zostanie wzbogacony o nowe animacje, nic jednak mylnego. Twórcom nawet nie chciało się dopasować nowych modeli postaci do starych animacji, przez co CJ nigdy nie trzyma rąk na kierownicy podczas jazdy motorem.

Całe to przeniesienie na nowy silnik dodało też kilka nowych bugów i gliczy. Przeciwnicy czasami zacinają się w miejscu. Pojawił się pewien znikający most, a twarz CJ-a podczas jazdy quadem i spojrzeniu w tył już stała się internetowym memem. Tak, coś dodano do tej gry. Szkoda, że to nowe babole, które psują rozgrywkę. Na pocieszenie możemy uruchomić GTA San Andreas w wersji z polskimi napisami na konsolach. Co faktycznie jest nowością.

Coś też odjęto

O usuniętych utworach z radia było wiadomo. A co jeśli Wam powiem, że pozbyto się również innych dźwięków? Nie słychać już np. szumu fal nad morzem. Pozbyto się animacji dysz jetpacka czy dymu z samolotu. Jestem tym faktem zniesmaczony. Gra posiadała masę małych szczegółów, a ktoś zdecydował, że nie są one potrzebne. A to dzięki nim budowano iluzje otwartego żyjącego świata.

Podsumowanie

GTA San Andreas — Definitive Edition to strata czasu i pieniędzy. Dobrze, że ten tytuł pojawił się w usłudze Xbox Game Pass. Wydawca liczy sobie za niego 270 złotych, co jest ceną wręcz absurdalną. Nikomu nie polecam, tylko zniszczycie sobie wspomnienia i po początkowej dawce nostalgii zostanie tylko frustracja. Studio oczywiście cały czas grę łata, jednak na to już jest za późno, mleko już się wylało. Jeśli tak ma wyglądać definitywna edycja, to ja za nią podziękuje.

Jakub, człowiek, dla którego nigdy nie ma problemu. Próbował już w życiu wszystkiego: aktorstwa, żonglowania, gotowania, pisanie to jego najnowsza pasja, w której ma nadzieje się spełnić. Gra od kiedy pamięta, na początku na komputerze, później głównie na konsolach. Fan nietuzinkowych produkcji z kraju kwitnącej wiśni. Uwielbia wszelkiej maści komiksy o superbohaterach. Zawsze powtarza, że nie liczy klatek woli po prostu grać.
Scroll to top