Omawiana dziś produkcja należy do grona tych, które chodziły za mną latami. Niestety, z różnych powodów nie mogłem się zdecydować i odkładałem ją na później. W końcu jednak podjąłem decyzję i dałem szansę I Am Alive. Rezultat? Wielki żal, że zrobiłem to dopiero teraz, ale też radość, bo tytuł okazał się naprawdę dobry. Nie wybitny, nie idealny, ale taki, który wzbudza emocje, co sprawi, że zamieszka w mojej głowie na stałe. Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniami.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Katastrofa, która zmieniła wszystko
W grze wcielamy się w bezimiennego bohatera, który za wszelką cenę chce odnaleźć swoją rodzinę. Niestety, kiedy przez świat przeszła fala niszczycielskich trzęsień ziemi, on był daleko od swojej żony i córki. Doznał urazu, który uniemożliwił natychmiastową podróż po kataklizmie. Teraz jednak, będąc w pełni sił, dociera do zrujnowanego fikcyjnego, amerykańskiego miasta Haventon, gdzie wcześniej mieszkał z bliskimi. Dawny dom jest w ruinie, a wszędzie unosi się szkodliwy pył, który przy dłuższym kontakcie jest szalenie niebezpieczny. To jednak nie zatrzymuje ojca i męża, który zrobi wszystko, aby dowiedzieć się, jaki los spotkał najbliższe mu osoby. Wciąż wierzy, że mimo tragicznych wydarzeń udało im się znaleźć pomoc i schronienie.
Historia w I Am Alive jest dość prosta. Próżno szukać w niej wyszukanych dialogów, wielkich intryg i zniewalających zwrotów akcji. Jest też osadzona w dość realistycznych i trudnych realiach, takich, w które łatwo uwierzyć. Odbiorca nie oczekuje, że zwykły facet będzie wirtuozem lingwistycznym, niczym heros zbawi całe miasto, a na końcu zgarnie najlepszą nagrodę. Cały czas ma za to świadomość, jak brutalny stał się świat i że obrany przez bohatera cel tak naprawdę może nigdy się nie spełnić. Patrząc, jak ludzkość wiąże koniec z końcem i nie ma żadnych zasad, idzie jednak naprzód z małą, ale silną nadzieją w sercu, że los okaże się odpowiednio przewrotny.
Ponury i wyblakły świat
Twórcy, chcąc mocniej podkreślić tragiczny stan świata, zdecydowali się na pewien zabieg artystyczny. Mianowicie bardzo mocno stonowali paletę kolorów w swojej produkcji. Wszystko więc jest jakby „pokryte pyłem” i tylko gdzieniegdzie można dostrzec klasyczne kolory. Efekt jest na tyle mocny, że kiedy znajdziemy się w miejscu, gdzie takowe są, to czujemy tylko większy niepokój, przynajmniej przez chwilę. Nie ukrywam, że taki zabieg wypadł w moich oczach rewelacyjnie. Sprawia, że gra mocno się wyróżnia i daje takie poczucie ciągłego niebezpieczeństwa. Trzeba cały czas mieć się na baczności, bo nie wiadomo, co czyha za rogiem. Ta niepewność dodaje produkcji specyficznego, ale bardzo naturalnego uroku.
Walka o przetrwanie
Rozgrywka w I Am Alive opiera się na trzech elementach: eksploracji, walce oraz zbieraniu surowców. Tego pierwszego mamy tutaj najwięcej. Zaglądamy w każdy kąt, wspinamy się po różnych rzeczach, czy w miarę możliwości staramy się szybko przemknąć przez obszary, gdzie pyłu jest więcej. Tutaj ogromną rolę gra stamina, która dość szybko się kończy. Wytrzymałość jest niezbędna do skoków, sprintu, wdrapywania się, a nawet samej walki. Jest równie istotna, co samo „życie”, a czasami nawet ważniejsza. Dlatego zarządzanie nią jest tutaj kluczem do sukcesu i trzeba poznać zasady, aby przetrwać w tym świecie.
Dlatego do wszystkiego w grze podchodzimy z rozwagą. Jeżeli wyczerpiemy pasek staminy, to ten zacznie się kurczyć i nawet po odpoczynku, będziemy mieli mniej sił do dyspozycji. W grze są przedmioty, które przywrócą go do poprzedniego rozmiaru, ale ich użycie to ostateczność, a nie sposób na przetrwanie. Zapomnijcie więc o beztroskiej wspinaczce jak w Uncharted czy Assassin’s Creed, tutaj niewiele trzeba, aby stracić życie. Mając na uwadze system checkpointów — do których jeszcze wrócę — okiełznanie systemu wytrzymałości jest jedną z najważniejszych rzeczy w grze, aby dotrzeć do końca.
Zabij albo sam zgiń
Jak się pewnie domyślacie, w takich realiach ludzi przyjaźnie nastawionych nie ma zbyt wielu. Wszyscy starają się jakoś przetrwać i zrobią wszystko, aby dożyć kolejnego dnia. Część osób tylko w ekstremalnych sytuacjach zdecyduje się na najgorsze kroki, ale inni… Inni bez skrupułów będą zabijać, okradać i robić najgorsze rzeczy bez cienia żalu. To właśnie tych trzeba się bać i stawiać im czoła. Problem w tym, że na początku nie mamy zbyt wielu możliwości do obrony. Sytuacja poprawia się dopiero po zdobyciu maczety, a później pistoletu. Tylko że do tego drugiego potrzebne są naboje, a tych jest naprawdę mało. Trzeba więc straszyć oponentów, zanim się zorientują, że magazynek jest pusty.
Jeżeli jednak będziemy robić to zbyt długo, to domyślą się, że nie mamy amunicji. Trzeba więc działać efektywnie, podchodzić do przestraszonych zbirów i ich eliminować. Sposobów jest kilka: atak maczetą, zepchnięcia z urwiska, kopniak w palenisko i kilka innych. Czasami jednak wrogowie też będą mieli broń i wtedy my musimy mieć jakieś naboje, aby wyeliminować tych, którzy zrobią to szybciej od nas. Wtedy reszta przestanie atakować, a pokonanie „szefa” może poskutkować kapitulacją reszty „gangu”. I choć cały system walki w I Am Alive nie jest jakiś bardzo skomplikowany, to krótki czas na podjęcie decyzji i ograniczone zasoby sprawiają, że jest szalenie emocjonujący.
Ograniczone zapisy
Wspomniałem wcześniej o checkpointach. Tych mamy dwa rodzaje. Pierwszy jest wykonywany po wejściu do danej lokacji lub po konkretnym wydarzeniu. Nie ma więc ich zbyt wiele. Drugi jest częstszy i uruchamia się co jakiś czas. Myk jednak polega na tym, że w razie porażki, aby skorzystać z tej lepszej opcji, musimy mieć odpowiedni przedmiot. Te da się znaleźć podczas eksploracji czy wykonując zadania dla zwykłych ludzi, ale ich liczba i tak jest ograniczona. Bardzo łatwo je zużyć i mieć do dyspozycji tylko te, nazwijmy je, „ogólne”. Wyobraźcie więc sobie, że prawie udało Wam się skończyć konkretną misję, ale powinęła Wam się noga przed samym końcem. Jeżeli nie macie tych lepszych, to całość zaczynacie od początku danego wątku.
Oprócz systemu staminy, samej walki i zarządzania surowcami, musimy mieć na względzie jeszcze ten element, który ma na celu potęgowanie „przetrwania” w grze. Choć z pozoru może się wydawać, że to zbędny „utrudniacz”, to po przejściu doceniłem jego obecność. W ten sposób nigdy nie czujemy się zbyt komfortowo i w pełni kontroli sytuacji. Nie pozwala nam spuścić gardy i trzyma w napięciu, aby nigdy nie tracić czujności. Mamy poczuć wagę każdej porażki, niezależnie od jej przyczyny i faktycznie tak jest. Bez tego tytuł nie dawałby takiej satysfakcji, bo kara byłaby zbyt lekka.
14 lat, a nadal działa
Pierwotnie tytuł ten ukazał się w 2012, czyli niecałe czternaście lat temu (07.03.2012). Choć dziś raczej nie zrobi na nikim wrażenia, to trzeba mu przyznać, że całkiem nieźle się zestarzał. Szczególnie patrząc ogólnie na oprawę wizualną, bo w czasie cutscenek czy zbliżeń twarze postaci potrafią trochę przerazić. Niemniej, specyficzny styl artystyczny, paleta kolorów i nieco realistyczny design sprawiają, że gra wciąż dobrze się trzyma. Warto jednak mieć na względzie, że przeszedłem wersję z GOG-a na PC, która otrzymała trochę usprawnień. Pewnie edycje na PS3 i X360 już tak dobrze nie wypadają. Muszę też oddać ogólny projekt świata, który choć mocno ograniczony, daje poczucie obcowania w miejscu, które naprawdę by mogło istnieć.
W kwestii samej muzyki, to tej nie ma tu zbyt wiele, ale czuć, że to celowy zabieg. Większą rolę odgrywają odgłosy otoczenia: praca struktury budynku, wiatr, krzyki w oddali, walające się śmieci, spadające elementy. Tych mniejszych jest tu cała masa i to na nich spoczywa ciężar klimatu tej produkcji. Przy takim pomyśle na grę, tego typu zabieg wypada świetnie i jak wiele innych elementów, jedynie potęguje całe doświadczenie. To w końcu postapokaliptyczny, smutny i brutalny świat.
Kilka słów ode mnie
Zanim przejdę do podsumowania, to chciałem Was przestrzec. Wersja z GOG-a posiada tryb Easy, ale nie róbcie sobie tego. Jeśli go wybierzecie, tytuł straci całą swoją magię i w ogólnym rozrachunku wypadnie o wiele gorzej. Nie bez przyczyny tak wiele elementów ma tutaj swój wpływ na przetrwanie. Jeżeli więc zabierzemy element kary za popełnione błędy, to nie da się docenić wartości tej produkcji. Zamieni się natomiast w zwykłego przygodówko-akcyjniaka, który niczym się nie wyróżnia. I Am Alive ma stanowić wyzwanie, ale to też nie jest niewiadomo jak trudna gra, abyście sobie nie mogli z nią poradzić. Wybierzcie mądrze, bo od tego będzie zależeć Wasze doświadczenie z tą produkcją.
Czy warto?
Nadal żałuję, że tak długo ta gra musiała na mnie czekać. Nietypowe podejście do rozgrywki, mocny nacisk na przetrwanie, brutalność i szorstkość świata. Tytuł naprawdę ciekawy, mocno uderzający w serce i własne wartości, wymuszający zadanie sobie pytania “co ja bym zrobił na jego miejscu?”. Mimo lat nadal dość mocno grywalna, a za sprawą GOG-a technicznie ulepszona. Niepozbawiona wad, nieidealna, ale szalenie wciągająca. Naprawdę warto dać jej szansę. Nie powinniście żałować tej decyzji.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.









