Kącik Retro: Beat 'Em & Eat 'Em (A2600). Piksel łupany

Beat 'Em - grafika główna
Konrad Noga
Konrad Noga

Seks się sprzedaje. Pozwolę sobie rozpocząć niniejszy tekst tym jakże wyświechtanym truizmem. Mowa będzie bowiem o erotyce, ale bynajmniej nie zwyczajnej, lecz szwedzkiej! Sami przyznacie, że hasło „szwedzka erotyka” brzmi w pewien sposób wyniośle, jakbyśmy za chwilę mieli doświadczyć czegoś wyjątkowego, zawstydzającego swoją jakością erotyczną konkurencję. Tymczasem Beat ‘Em & Eat ‘Em w żadnym razie tych pięknych wizji nie spełnia. To zwyczajnie bardzo zła gra jest.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Pionierzy seksualnej rewolucji

Warto ją jednak znać, choćby po to, by zaszokować przyjaciół swoją szeroką wiedzą na temat gier (a przy okazji prawdopodobnie ich stracić, zresztą razem ze swoją reputacją). Jest to bowiem relikt czasów piksela łupanego, istnego Dzikiego Zachodu na growym poletku, kiedy możliwości były nieograniczone, choć zasoby już w żadnym razie nielimitowane nie były. Powstało nowe medium, powstać musiały również gry erotyczne, choć trudno tu mówić o zaawansowaniu współczesnych produkcji z tego nurtu. To właśnie wtedy na Atari 2600 wyszły między innymi takie „hity” jak wyjątkowo kontrowersyjne i niesmaczne Custer’s Revenge czy Beat ‘Em & Eat ‘Em właśnie.

Beat 'Em - we dwójkę raźniej
Upadlać się we dwójkę jakoś tak raźniej.

Kuriozalny pomysł, niewiele więcej

Trzeba pochwalić ekipę ze szwedzkiego Mystique za kreatywność bądź – jeśli ktoś woli – naznaczyć stygmą za dziwną fetyszyzację ich produkcji. Choć Beat ‘Em & Eat ‘Em erotykiem jest, to seksu w nim nie uświadczymy ani przez chwilę. Gra to bowiem absurdalna wariacja na temat Kaboom! z 1981 roku, w której wcielamy się w dwie (bądź jedną, zależnie od wybranego trybu) roznegliżowane panny, a naszym celem jest łapanie „wytworów” równie nieubranego pana, stojącego na dachu pobliskiego budynku z olbrzymim „gnatem” w ręku. Jeśli choć jedna kropla spadnie na ziemię, tracimy życie. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, tych mamy bowiem kilka, a co 69 punktów zdobywamy kolejne. Erotyzmu w tym tyle, co w podglądaniu starszego sąsiada na toalecie, ale każdemu jego porno.

Zdecydowanie większym grzechem Beat ‘Em & Eat ‘Em jest natomiast fakt, że nie broni się ono nawet jako gra. Przede wszystkim sterowanie woła o pomstę do nieba, bo precyzji w nim absolutnie brak. Panny śmigają po planszy jak naszprycowane (aczkolwiek to tłumaczyło ich dewianckie zachowanie), więc już pod dotarcie do trzeciego poziomu robi się absurdalnie wręcz trudno. Mowa jednak o sterowaniu standardowym dżojstikiem Atari, z paddle’em może być lepiej. Brak też jakiejkolwiek różnorodności. Wraz z postępem robi się po prostu szybciej. Twórcy nie pokusili się nawet o zmianę kolorów na planszy. No, ale chyba wymagam w tym miejscu za dużo, bo to tytuł ewidentnie zrobiony z zamiarem zarobienia na desperatach. W końcu nie wiem, kto o zdrowych zmysłach wydałby pieniądze na tego typu produkt, zwłaszcza że wizualnie jest zaledwie poprawnie. Sprite’y są względnie ładne, a i twórcy pokusili się o wyjątkowo obleśną animację oblizywanie się.

Beat 'Em - animacja oblizywania

Piksel łupany

Mógłbym w tym miejscu pastwić się nad Beat ‘Em & Eat ‘Em i oznajmiać światu, jak bardzo zgorszony i obrzydzony jestem tą grą, ale prawda jest taka, że nie jestem. Fakt, to tytuł absolutnie fatalny i po prostu bezsensowny, ale wyjątkowo ciekawy w kontekście historii gier. Przy okazji sama jego koncepcja jest tak głupkowata, że na myśl o niej trudno się nie uśmiechnąć. Nawet jego ordynarność po latach budzi co najwyżej politowanie, zwłaszcza że na rynku dostępna jest obecnie masa dużo dziwniejszych gier tego nurtu. One w większości pewnie zostaną wymazane z kart growej historii, a Beat ‘Em & Eat ‘Em (oraz jego odwrócona wersja w postaci Philly Flasher) na zawsze pozostaną na nich jako jeden z pierwszych (a przy tym wyjątkowo nieporadnych) przypadków romansu branży z seksualnością.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!



Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top