Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy odpaliłem Lifeline, byłem przekonany, że oto właśnie odkryłem perfekcyjną grę mobilną, niepróbującą topornie emulować konsolowego doświadczenia, zamiast tego wykorzystując zalety telefonów – ich ciągłą obecność i działanie w stanie spoczynku. Malutki projekt studia 3 Minute Games okazał się sukcesem, płodząc tym samym liczne kontynuacje i z jakiegoś powodu nielicznych (choć może ja nie jestem świadom ich istnienia) naśladowców. Po przejściu oryginału zagrałem w kilka z nich, po czym na długie lata zapomniałem o serii, by powrócić do niej teraz, kiedy z braku lepszego zajęcia w pociągu pobrałem zakupioną niegdyś trzecią odsłonę przygód osoby imieniem Taylor – Lifeline: Halfway to Infinity.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Masz wiadomość
Z perspektywy czasu ze wstydem przyznaję, że wybór akurat tej gry na kolejowego towarzysza był raczej średnio przemyślany. Wszak cała seria Lifeline, a tym samym również Halfway to Infinity to w zasadzie gra-komunikator, działająca w czasie rzeczywistym. Oznacza to, że całość zabawy opiera się na czytaniu wiadomości od naszego korespondenta i od czasu do czasu wybieraniu jeden z dwóch prezentowanych nam opcji dialogowych. Psikus polega na tym, że bohater co jakiś czas musi zająć się czymś czasochłonnym i odejść na chwilę od komunikatora. W przypadku mniej zajmujących spraw, jak na przykład skalibrowanie jakiegoś urządzenia, zajmie to kilka minut, innym razem, choćby w przypadku snu, mowa raczej o godzinach.

Oznacza to, że choć sama gra jest krótka, to momentami zamienia się w symulator czekania. To właśnie ta koncepcja tak bardzo mi się niegdyś spodobała. Wszak jest to idealna opcja, by w trakcie zajmowania się sprawami codziennymi, chwycić za telefon w chwili przerwy i odpisać rozmówcy na kilka wiadomości. Zwłaszcza że wykorzystanie czasu rzeczywistego dotyczy wyłącznie czekania przez nas na odpowiedź i bynajmniej nie grozi nam tragedia, bo nie odpowiedzieliśmy na wiadomość w wyznaczonym czasie. Warto o tym pamiętać, bo sporadycznie uwięziony w przestrzeni kosmicznej Taylor poprosi nas o pomoc w dokonaniu wyboru, przy którym warto dowiedzieć się odrobinę więcej o temacie, na przykład składzie gaśnic i do czego te są wykorzystywane.
Taylor sam w czarnej… dziurze
Teoretycznie znajomość jego bądź jej (płeć Taylora nigdy nie została ujawniona, aczkolwiek osobiście myślę o nim jako o mężczyźnie) wcześniejszych przygód – Lifeline i Lifeline: Silent Night – nie jest konieczna, ale mocno zalecałbym się z nimi mimo wszystko zapoznać. Halfway to Infinity to bowiem bezpośrednia kontynuacja narracji, podejmująca historię jakiś czas po finale Silent Night, kiedy to Taylor orbituje wokół czarnej dziury. Bohater oczywiście oferuje od czasu do czasu ponownie wyjaśnienie zagadnień z poprzedniczek, jak chociażby czym są The Green (polskiej wersji gry niestety brak), więc odnajdziecie się w tej opowieści zarówno kiedy mieliście od niej dłuższą przerwę, jak i gdy nigdy w nią nie graliście.

Sama opowieść to ponownie fantastyczno-naukowy horror, sięgający tym razem po motywy pętli czasowych i dylatacji czasu. Jednocześnie, choć całości towarzyszy potęgowane przez przygrywający w tle ambient poczucie zaszczucia i samotności, nie brak tutaj humoru, głównie za sprawą sarkastycznych komentarzy Taylora, nierzadko korzystających z odniesień do popkultury. Nie jest to oczywiście komedia. Poczucie zagrożenia wciąż nie odstępuje nas na krok, zwłaszcza że Taylor może zginąć (gra oferuje wówczas cofnięcie się do ostatniego punktu kontrolnego), a żarty bohatera mają na celu – według mojej interpretacji – podniesienie samego siebie na duchu i podtrzymanie morale.
Strumień świadomości
Nie oznacza to jednak, że Lifeline: Halfway to Infinity pozbawione jest wad. Przede wszystkim Dave Justus, scenarzysta, ma grafomańskie tendencje, toteż Taylor potrafi wpadać niekiedy w strumienie świadomości. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele i bohater szybko się z nich wydostaje, ale mimo wszystko można się czasami nieustanną paplaniną zmęczyć. Sama fabuła Halfway to Infinity wydaje się ponadto drastycznie urwana, wyraźnie sugerując powstanie kontynuacji (co ciekawe, tę – Lifeline: Beside You in Time – wydano aż 6 lat później) i pozostawiając gracza bez sensownych odpowiedzi, a to w grze nieoferującej niczego ponad opowieść karygodne.
Przerwana lekcja fizyki
Problematyczny w ocenie Lifeline: Halfway to Infinity jest fakt, że choć jest to osobna gra, jest również ściśle powiązana z poprzednimi dwoma odsłonami. Rozpoczynanie swojej przygody z serią właśnie od niej niby jest możliwe, a kompletnie pozbawione sensu. Z kolei, jeśli znacie poprzednie gry, prawdopodobnie i tak kupiła Was już koncepcja. 3 Minute Games to trochę mobilne Telltale Games – stworzyli działającą formułę, od której można odcinać kupony. Inny bohater, inny świat, ta sama, oparta na tekście rozgrywka. Lifeline: Halfway to Infinity zarówno przez to cierpi, bo nie oferuje nic nowego poza urwaną opowieścią, jak dzięki temu bryluje, bo sama koncepcja wciąż bawi i pozostaje zaskakująco świeża.
Date Everything! – recenzja (XSX). Ciasteczko z czerwonymi flagami
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

