Już od pierwszej zapowiedzi Mouse: P.I. For Hire wskoczyłem do hype trainu. I trzeba to powiedzieć wprost — to jeden z tych tytułów, który na hype faktycznie zasługuje. Choć nie jest to jednak gra pozbawiona wad.
Po nitce do sera, znaczy kłębka
Wcielamy się w Jacka Peppera, prywatnego detektywa z Mouseburga. Głosu użycza mu Troy Baker — i to słychać, co jest dużym atutem Mouse: P.I. For Hire. Fabuła dzieli się na trzy początkowo niezależne sprawy, które z czasem zaczynają łączyć się w jedną spójną całość. To dobrze wpisuje się w klimat noir i widać, że twórcy chcieli opowiedzieć angażującą historię. Sam pomysł na prowadzenie narracji jest intrygujący i na początku faktycznie wciąga — śledzimy kolejne wątki z zainteresowaniem.
Z czasem jednak zaczyna brakować realnego wpływu na przebieg dochodzenia, co odbiera całości trochę głębi. Pytanie tylko, czy boomer shooter w ogóle tego potrzebuje. skoro to w końcu przede wszystkim przedstawiciel tego gatunku. Jasne, więcej możliwości by się przydało, ale mogłoby to odebrać grze jej bezkompromisowy charakter. Fabuła jest przy tym dość liniowa, a wybory dialogowe służą głównie rozszerzeniu świata, a nie faktycznemu rozwiązywaniu spraw. Więc na chwilę obecną jest to raczej tytuł “na jeden raz”, choć mam nadzieję, że twórcy wprowadzą tutaj jakiś NG+, bo chciałoby się jeszcze trochę czasu spędzić w Mouseburgu i poodkrywać jeszcze parę niezdobytych sekretów.
Pif Paf i zły goguś nie żyje
Jako że mamy do czynienia z boomer shooterem z krwi i kości, warto poświęcić chwilę samemu gunplayowi i arsenałowi przygotowanemu przez twórców. A trzeba przyznać — pomysłów tutaj nie brakuje. Oprócz klasycznych giwer, takich jak pistolet, strzelba czy tommy gun, dostajemy również broń zamrażającą przeciwników, strzelającą kwasem oraz psioniczną, która ich ogłusza. I to wciąż nie wszystko, co przygotowali twórcy.
Każda z nich posiada dodatkowo system ulepszeń w postaci alternatywnego strzału, co wyraźnie wpływa na możliwości naszego prywatnego detektywa. I choć sam koncept broni oraz ich alternatyw początkowo robi bardzo dobre wrażenie — bo każda z nich faktycznie oferuje nieco inne odczucia podczas strzelania — z czasem zaczyna brakować głębi w ich zastosowaniu.
Niezależnie od tego, z jakiej broni korzystamy, nie przekłada się to realnie na wytrzymałość przeciwników. Być może twórcy nie chcieli ograniczać graczy i zmuszać ich do korzystania z konkretnych giwer, ale dla mnie to niewykorzystany potencjał. Szczególnie na wyższych poziomach trudności mogłoby to dodać więcej taktycznej warstwy.
W praktyce wyglądało to tak, że mając odblokowane alternatywne strzały dla większości broni, zmieniałem je głównie wtedy, gdy kończyła się amunicja. Mimo to sama satysfakcja z eliminowania przeciwników stoi na bardzo wysokim poziomie — takim, którego niejeden boomer shooter mógłby pozazdrościć.
Skoro już przy przeciwnikach jesteśmy, warto wspomnieć o ich różnorodności. I tutaj pojawia się pierwszy poważniejszy zgrzyt. O ile walki z bossami są pomysłowe i zapadają w pamięć, tak w przypadku zwykłych przeciwników różnorodność jest mocno ograniczona — w praktyce mamy do czynienia z wieloma reskinami. Dla przykładu: w miejskich lokacjach trafiamy na gangsterów ze strzelbami, a na bagnach spotykamy niemal identyczne modele, tylko jako kultyści są wzbogacone o poroże i jakąś maskę. Jasne, to produkcja indie, więc pewne ograniczenia są zrozumiałe, ale mimo wszystko brakowało mi tu większej różnorodności chociażby pod kątem stylu walki.
Konstrukcja Mouseburga
W przypadku level designu twórcy trzymali wysoki poziom przez całą rozgrywkę. Mimo że ostatecznie lokacje są dość liniowe, przemierzając je nie miałem poczucia, że idę po sznurku. Być może jest to efekt tego, że mimo braku staroszkolnego „lizania ścian” celem odkrycia sekretów, część z nich wchodziła mi wprost w ręce. Na przykład coś przykuło moją uwagę, i zamiast iść dalej, postanowiłem to wysadzić, otwierając w ten sposób drogę do sekretnego pomieszczenia.
Czasem zdarzało się nawet, że trafiałem takie miejsca w trakcie walki — jakaś zagubiona kula potrafiła trafić w wybuchową beczkę i odsłonić ukryty kąt. Oczywiście pojawiały się też momenty, gdy gra wręcz krzyczała, żebyśmy coś wysadzili, żeby gdzieś się dostać, ale to zdarzało się na tyle rzadko, że nie miałem poczucia, jakbym był traktowany jak głupiec.
Lokacje, mimo że gra opiera się na specyficznej palecie barw, są bardzo ładnie wykonane. Czuć, że twórcy włożyli mnóstwo pracy, aby każda z nich wyróżniała się nie tylko pod kątem estetyki, ale też różnorodności. Raz przemierzamy operę, innym razem wspomniane wcześniej bagna, po czym udajemy się do portu, żeby pohulać po dnie. To tylko kilka z potencjalnych “miejscówek”, które odwiedzimy, choć pojawiają się również miejsca, które są nietypowe pod każdym względem.
Nie ma boomer shootera bez power‑upów, a w Mouse: P.I. For Hire ich nie brakuje. Pod kątem pomysłowości nie mam żadnych zastrzeżeń. Boli mnie jednak fakt, że nie mamy wpływu na to, kiedy z nich skorzystamy. Są one stałym elementem konkretnych potyczek. To sprawia, że z czegoś, co mogłoby nadać głębi rozgrywce, robi się raczej mechanicznie nabity schowek, który siedzi gdzieś z boku i ponownie nie wykorzystuje całego swojego potencjału albo nie pozwala nam go w pełni poczuć. Pomimo że power‑upy są naprawdę pomysłowe, chciałoby się znacznie więcej okazji, by z nich korzystać.
Łyżką dziegciu w beczce miodu okazuje się element swoistej podróży między misjami, czyli jazda „samochodzikiem” po mapie Mouseburga. To fragment, który najchętniej wyrzuciłbym do kosza, bo sterowanie tym ustrojstwem jest zwyczajnie toporne. Mimo że segment ten trwa nie dłużej niż kilka sekund, za każdym razem żałowałem, że nie ma tu opcji „szybkiej podróży”.
Minigry
Zawsze cieszy mnie, gdy twórcy zamiast kręcić wytrychem w zamku, wpadają na ciekawy pomysł, jak go otworzyć. Nie inaczej jest w Mouse: P.I. For Hire. Jedną z minigierek jest prosty labirynt z kilkoma ciekawymi wariantami.
W najprostszej wersji musimy przejść naszym mysim ogonkiem z punktu A do punktu B. Innym razem pojawia się utrudnienie w postaci limitu czasowego, a w najtrudniejszym wariancie dochodzi jeszcze limit ruchów. Nagrody zależą od poziomu zamka, który otwieramy. Na najłatwiejszym poziomie jest to złoto lub możliwość otwarcia drzwi i pójścia dalej. Z kolei przy najtrudniejszych zamkach w nagrodę otrzymujemy plany ulepszeń broni.
Zdarzyło mi się kilka razy zablokować sejf, bo wykonałem o kilka ruchów za dużo i nie wyrobiłem się w czasie. Podoba mi się też, że w przypadku znajdziek nie ma drogi powrotu — jeśli popełnimy błąd, tracimy je bezpowrotnie. Dzięki temu faktycznie czuć satysfakcję ze zdobytych nagród. Tym bardziej że nie mamy tutaj możliwości savescummingu.
Drugą minigrą w Mouseburgu jest baseball oparty na mechanice deckbuildera. Rozgrywka dzieli się na dwie fazy: miotacza i pałkarza. Jako miotacz eliminujemy przeciwników, a jako pałkarz zdobywamy punkty, przebiegając bazy.
Aby tego dokonać, musimy zagrywać karty tak, by nasza miała wyższą wartość. Z racji tego, że jest to deckbuilder, karty dzielą się na podstawowe oraz ulepszenia. Przy tej minigrze spędziłem najmniej czasu, głównie dlatego, że zdobyte mysie dolary przeznaczałem na komiksy i gazety. Kart — jako znajdziek — nie zdobyłem na tyle dużo, żeby w pełni cieszyć się tym trybem. Mimo to wydaje mi się, że ich kolekcjonowanie może być sporą gratką dla łowców pucharów.
Oprawa audiowizualna
Myślę, że nie będzie to dla nikogo dużym zaskoczeniem, jeśli powiem, że ten tytuł — pomimo prostej oprawy wizualnej — wygląda wręcz obłędnie. Co więcej, to gra, która z biegiem lat w ogóle się nie zestarzeje. Wszystko dzięki rysowanej stylistyce rodem z animacji z lat 30. ubiegłego wieku. Dzięki czemu ma ten niepowtarzałny urok, za który pokochaliśmy Cupheada.
Absolutnym mistrzostwem jest tutaj jednak muzyka skomponowana przez Patryka Scelinę, idealnie dopasowana do reszty. W efekcie trafiła na moją codzienną playlistę i nawet podczas pisania tej recenzji przygrywa mi w słuchawkach. W takich momentach żałuję, że nie mam gramofonu — miałbym wtedy świetny pretekst, żeby kupić OST na winylu.

Mouse: P.I. For Hire oczami Marcina
Ewolucja w stronę ideału
Jako osoba, która śledziła MOUSE: P.I. For Hire od pierwszego opublikowanego wideo, muszę przyznać, że obserwowanie procesu powstawania tej gry było niesamowitą podróżą. Widziałem, jak projekt zmieniał się z każdym kolejnym pokazem na YouTube, ale dopiero finalny produkt uświadomił mi skalę tej ewolucji. To, co dostaliśmy do rąk, to gra, o której marzyłem – twórcy nie tylko dopieścili oprawę, ale wyeliminowali praktycznie wszystkie mankamenty, które rzucały się w oczy we wcześniejszych materiałach.
Noir, Slapstick i Boomer Shooter
To, co kupiło mnie bez reszty, to unikalny klimat, którego próżno szukać u konkurencji. Uwielbiam sposób, w jaki gra inteligentnie nawiązuje swoimi tekstami do mrocznych czasów prohibicji, by za chwilę przełamać to żartem w stylu klasyków slapsticku, takich jak Naga Broń. Ten balans jest genialny – z jednej strony mamy brudne interesy i dym z papierosa, a z drugiej czysty, nieskrępowany absurd.
MOUSE: P.I. For Hire to miks doskonały: stylistyka „Rubber Hose” z lat 30. nie jest tu tylko tanią dekoracją, ale żyje i współgra z historią o twardym detektywie. Całość spina mechanika rasowego boomer shootera, który po prostu bawi od pierwszej minuty. Czuć tu inspirację najlepszymi przedstawicielami gatunku, gdzie mobilność i dynamika są kluczem, a samo strzelanie daje ogromną, wręcz fizyczną satysfakcję. To rzadki przypadek, gdzie kreskówkowa lekkość spotyka się z brutalnym i satysfakcjonującym gameplayem, tworząc mieszankę, od której trudno się oderwać.
Odskocznia od śledztwa
Kiedy w toku śledztwa potrzebowałem na chwilę odetchnąć od głównej intrygi, idealną odskocznią okazała się świetna mini gra z baseballem. Sama mechanika karciana jest genialna w swojej prostocie – opiera się na zasadach dobrze znanej wszystkim „Wojny”, gdzie o wyniku decyduje czysta przewaga liczb. Jednak mimo tej przystępności, gra wciąga niesamowicie; jest w tym coś magicznego, że mimo prostych reguł, każdy zdobyty homerun i wypracowane zwycięstwo cieszą, że hej! To idealnie skrojony „przerywnik”, który pozwala na moment zwolnić, zanim znowu wrócimy do gorącej akcji na ulicach.
Symfonia z Mouseburga i dubbingowy majstersztyk
Nie sposób nie wspomnieć o oprawie audio, która jest jednym z najsilniejszych filarów tego tytułu. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Patryk Scelina, któremu dodatkowymi utworami i orkiestracją sekundował Kacper Mikołajuk. Panowie stworzyli muzykę, która jest po prostu cudowna – wybuchowy jazz nagrywany live w studio w Polsce i w Gruzji idealnie niesie akcję. Wisienką na torcie jest utwór „Good Mouse” od Caravan Palace, który pasuje tu jak ulał.
Całość dopełnia fenomenalna obsada aktorska. Troy Baker (nomen omen) upiekł i dowiózł – jego występ to czysta klasa, ale warto zaznaczyć, że reszta ekipy wcale mu nie ustępuje. U wszystkich aktorów bez wyjątku czuć tę niesamowitą energię i radochę z pracy nad tym projektem. To nie jest po prostu odczytanie kwestii; to prawdziwy popis pasji, dzięki któremu świat MOUSE: P.I. For Hire staje się tak żywy i autentyczny.
POLSKA GUROM!
Warto było czekać na każdą sekundę tego projektu. Teraz, gdy gra jest już z nami, z niecierpliwością odliczam dni do lipca – moment, w którym kurier zapuka do drzwi z moim wydaniem kolekcjonerskim i winylem, będzie wisienką na torcie tej całej przygody. Trzymanie w rękach fizycznego nośnika z taką oprawą audio to dla mnie absolutny mus.
MOUSE: P.I. For Hire to nie jest po prostu kolejna premiera – to kolejny zajebisty towar eksportowy, który wyszedł spod rąk naszych rodzimych twórców i podbija świat. Po raz kolejny udowadniamy, że w Polsce mamy nie tylko talent i unikalną wizję, ale też niesamowitą determinację, by dowozić projekty światowej klasy. Możemy być z siebie autentycznie dumni, bo to kawał solidnej roboty, która promuje naszą kreatywność wszędzie, gdzie tylko dotrze.
Jack Pepper podbija świat
Sam fakt, że Mouse: P.I. For Hire znalazło się na wishlistach ponad półtora miliona użytkowników Steama, pokazuje skalę zainteresowania tym tytułem. Moim zdaniem — mimo pewnych elementów, które niekoniecznie trafiły w moje gusta i na które momentami narzekałem — jest ono w pełni uzasadnione.
To gra, przy której po prostu świetnie się bawiłem. Ogromną robotę, poza samym ubijaniem mysich gangusów, robi tu nie tylko warstwa fabularna, którą jak na boomer shootera aż chce się śledzić, ale również chemia między Jackiem Pepperem a pozostałymi bohaterami Mouseburga. Zwłaszcza że polska lokalizacja stoi tu na bardzo wysokim poziomie.
To zdecydowanie jeden z tych tytułów, po które warto sięgnąć — nawet jeśli jest to raczej gra „na raz”. Bo jest to po prostu solidna produkcja, która oferuje kilkanaście godzin naprawdę świetnej zabawy.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.







