Próba nasycenia apetytu erpegowca – recenzja Black Geyser: Couriers of Darkness

Black Geyser: Couriers of Darkness

Do premiery Baldur’s Gate 3 ciągle daleko, a wersja Early Access tylko podsyciła apetyt graczy na kolejną przygodę we Wrotach Baldura. Wiele osób zrezygnowało jednak z przedpremierowego ogrywania z obawy przed zepsuciem sobie zabawy z finalną wersją. Wszyscy dobrze wiemy, jak ważne jest dbanie o utrzymanie prawidłowego poziomu stężenia RPG we krwi, a w ubiegłym roku dostaliśmy wyłącznie dwa tytuły, mogące przykuć uwagę miłośników izometrycznych erpegów. Mowa tutaj o Pathfinder: Wrath of the Righteous i Solasta: Crown of the Magister. Obie produkcje spełniły pokładane w nich oczekiwania, ale obawiam się, że nie była to wystarczająca dawka rzucania kostkami. Wtem na horyzoncie pojawił się Black Geyser: Couriers of Darkness – produkcja, która z miejsca przyciąga obietnicą przygody w stylu retro.

Przed wyruszeniem w drogę, należy… ogarnąć się i zdecydować, co się chce w życiu robić

Zabawę rozpoczynamy od stworzenia protagonisty. Black Geyser: Couriers of Darkness przywita nas intuicyjnym kreatorem, w którym zdecydujemy o rasie, klasie i zdolnościach bohatera. Warto zaznaczyć, że samodzielnie stworzymy wyłącznie jedną postać, a reszta pięcioosobowej kompanii stopniowo dołączy do nas w trakcie przygody. Wraz z momentem przypieczętowania charakterystyki protagonisty, trafiamy do posiadłości Lorda Espena, gdzie pełnimy przyziemną rolę służącego.

Dość szybko okazuje się, że miłościwy lord jest człowiekiem dobrodusznym, traktującym swoich podwładnych z szacunkiem. W trakcie obrad politycznych prosi nas nawet o komentarz i uważa nasze zdanie za wartościowe. Dość niespodziewanie dochodzi do napaści na włości Espenów, a dopuścił się jej nikt inny jak wyrodny syn włodarza. W wyniku szturmu giną wszyscy mieszkańcy posiadłości, ale nasz protagonista wychodzi z tego cało w dość tajemniczych okolicznościach. Chwilę później dowiadujemy się, że tak naprawdę jesteśmy synem lorda, co czyni nas prawowitym spadkobiercą tytułu.

Naszą rolą nie będzie jednak zarządzanie odziedziczonymi włościami. Wraz ze zdobyciem tytułu zdobywamy atencję króla, który wysyła nas z ważną misją dyplomatyczną. Królestwo staje bowiem w obliczu wojny domowej. Nie jest to jednak jedyne zagrożenie, a świat po raz kolejny staje w obliczu zagłady. Oczywiście, to właśnie my odegramy kluczową rolę w nadchodzących wydarzeniach.

GOG - Zagraj w nowości i Klasyki

Walka o przyszłość ludzkości po raz kolejny spadnie na nasze barki

Jako, że nie jestem fanem politycznych przepychanek, to fabuła Black Geyser: Couriers of Darkness zaintrygowała mnie dopiero w dalszej części gry. Historia przygotowana przez GrapeOcean Technologies ma swoje momenty, ale brakuje jej głębi. W trakcie przygody nie napotkamy zbyt wielu interesujących postaci, a dialogi i opisy zostały napisane dość prostym językiem. Zabrakło mi w tej opowieści bardziej zawiłych intryg, tajemniczości i wątków, które roztrząsałoby się nawet po odejściu od monitora. Pod względem fabuły Black Geyser: Couriers of Darkness może przypominać książkę fantasy wątpliwej jakości. Niby wszystko jest na miejscu, ale jednak brakuje czegoś, co na dłużej wryłoby się nam w pamięć.

Powyższe zarzuty dotyczą również zadań pobocznych. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że w tym aspekcie twórcy postawili na ilość, a nie jakość. Nasz dziennik regularnie zasypywany będzie prostymi zleceniami, których wykonanie polega najczęściej na dostarczeniu przedmiotu bądź pokonaniu grupy przeciwników. Wyznacznikiem dobrych gier RPG jest to, że zadania poboczne są w stanie angażować nas w podobnym lub nawet większym stopniu, co główna oś fabuły. Nawet podejmowanie sporadycznych decyzji na temat tego, w jaki sposób chcemy podejść do zadania, nie dostarcza tutaj dodatkowych emocji. Pomimo tego, że świat usłany jest pomniejszymi lokacjami, to ciężko pozbyć się wrażenia, że jest pusty i nie oferuje zbyt wiele przykuwającej uwagę zawartości.

Jeśli nie historia, to może walka i magia?

Black Geyser: Couriers of Darkness oferuje walkę w dość standardowym jak na izometryczne erpegi stylu. Rzecz jasna, walki odbywają się z wykorzystaniem taktycznej pauzy. Wojownicy bronią pierwszej linii, łucznicy zapewniają wsparcie, a magowie psocą i obracają całą taktykę w ruinę. Muszę przyznać, że to właśnie postacie władające magią sprawiały mi najwięcej frajdy, może dlatego, że jako jedyne wymagały wzmożonej atencji.

Produkcja GrapeOcean Technologies ma jednak spore problemy z utrzymaniem odpowiedniego balansu. Przez większość rozgrywki będziemy brać udział w prostych i dość generycznych potyczkach. Tym samym gra uśpi naszą czujność i nie pozwoli nam nabrać doświadczenia w starciach. Poprzeczka podniesiona zostaje dopiero pod koniec, gdzie czeka na nas kilku wymagających przeciwników.

Za urozmaicenie systemu walki odpowiadać miała mechanika wyboru taktyk, definiujących sposób działania drużyny. Niestety, całość sprowadza się do wyboru jednej z kilku dostępnych opcji, która finalnie nie ma zbyt dużego przełożenia na przebieg starć.

Kilka nietrafionych pomysłów

Twórcy starali się zaimplementować kilka pomniejszych rozwiązań, których zadaniem miało być dodanie rozgrywce głębi. Crafting polega tutaj na zbieraniu materiałów i ważeniu mikstur. Jak łatwo się domyślić, będziemy do tego potrzebować receptur i określonych składników, których pozyskiwanie zostało dodatkowo wydłużone o konieczność ich wcześniejszego przygotowania. Wszystko rozgrywa się w ekwipunku, gdzie z pozoru prosty proces został niepotrzebnie rozbudowany.

Nowością miał być również pasek poziomu chciwości, którego stopień zapełnienia miał bezpośrednio wpływać na świat. W praktyce sprowadza się to do bycia osobą praworządną lub złą, co zostanie zdefiniowane poprzez podjęte w czasie gry decyzje. Choć tytuł oferuje nam zgoła odmienne ścieżki rozgrywki, to biorąc pod uwagę całokształt, nie miałbym ochoty sprawdzać różnic na własnej skórze.

Black Geyser: Couriers of Darkness boryka się z problemami jeśli chodzi o ekonomię. Dość szybko się bogacimy, a drogich i wartych uwagi przedmiotów jest tutaj jak na lekarstwo. Dodatkowo gra niewystarczająco dobrze nagradza nas za wykonanie zadania, co może być demotywujące w przypadku wykonywania kolejnych zleceń. System rozwoju postaci również ma braki i po kilku pierwszych poziomach następne levelupy przestają sprawiać radość. Wyjątkiem są tutaj magowie, którzy regularnie dostają nowe zaklęcia.

Czy warto zagrać w Black Geyser: Couriers of Darkness?

Produkcja studia GrapeOcean Technologies zostawiła mnie z przemyśleniami na temat epickości oldschoolowych erpegów. To dobra okazja, żeby po raz kolejny rozpłynąć się nad kunsztem Baldurów, Icewindów i Tormenta. Od ich premier minęło już ponad dwie dekady, a mimo wszystko projekty pokroju omawianego Black Geyser: Couriers of Darkness nie są w stanie im dorównać. Jasne, ciągle mamy takie ekipy, jak Larian Studios czy Obsidian, ale jest tego zdecydowanie za mało. Czarny Gejzer jest grą przeciętną, sprawiającą wrażenie projektu testowego, na którym członkowie studia uczyli się fachu. Chcę wierzyć, że właśnie tak było, a zdobyta przez nich wiedza zaowocuje w przyszłości, dzięki czemu otrzymamy kolejnego erpega stworzonego na modłę klasyki.

GOG - Wydawca

Gameplay

Gram więcej niż przewidują normy, konwencje i granice dobrego smaku. Chętnie dzielę się swoimi spostrzeżeniami, czemu daję upust w recenzjach. Gotów do zmierzenia się z każdym tytułem, niezależnie od gatunku, wieku czy klasy. Najbliżej giereczkowego serca trzymam jednak gry niezależne, spośród których staram się wyławiać ukryte perełki.
Scroll to top