The Last of Us Part 1 – recenzja (PS5). Początek przygód Joela i Ellie

The Last of Us Part 1 - Logo gry PS5

Zanim przystąpię do właściwej części recenzji zaznaczam, że jest to moje pierwsze zetknięcie z The Last of Us od studia Naughty Dog. Nie będzie tutaj zatem odniesień do tego, jak ten remake wygląda pod kątem gameplay’u względem remastera z PS4 czy też oryginału z PS3. Jedyne porównania, jakie tutaj mogą się pojawić, będą tyczyć się co najwyżej warstwy audiowizualnej, choć takowych nie przewiduję.

Świat przedstawiony w The Last of Us Part 1

Akcja gry toczy się niemal 20 lat po wybuchu epidemii spowodowanej przez zarodniki grzybów, zamieniające ludzi w swego rodzaju zombie. W grze z tą nazwą się nie spotkacie, ponieważ nazywane są one raczej Klikaczami, z którymi nie raz przyjdzie nam walczyć. W grze wcielamy się w Joela, zmęczonego życiem przemytnika, który otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Musi zadbać o młodą dziewczyną o imieniu Ellie do momentu spotkania z grupą Świetlików. Takie imię nosi banda rebeliantów oficjalnie walczących z wojskiem. Podczas gry możemy dostrzec przemianę dwójki głównych bohaterów, ukazującą niejako trudy rodzicielstwa. Mimo iż Joel i Ellie nie są spokrewnieni, to podczas drogi widać początki relacji ojca z córką, tym samym sprawiając, że bohaterka z przesyłki staje się kimś ważnym dla Joela.

The Last of Us Part 1 - na zdjęciu widać Joela

Tutaj się przekradniemy, a tam kogoś zabijemy — o gameplayu w The Last of Us słów kilka

Szczerze mówiąc, mam pewien swego rodzaju dylemat, jeśli chodzi o The Last of Us Part 1. W samą grę za sprawą historii grało mi się naprawde dobrze, ale przez to, że niedawno ukończyłem Uncharted 4: Kres złodzieja miałem wrażenie, że Part 1 – będący remake’iem 10-letniej gry – nie do końca spełnił swoje zadanie. Weźmy na przykład sterowanie, które bywa archaiczne. Oczywiście, mam tutaj na myśli ustawienia domyślne, które zapewne miały być takie jak w wersji sprzed 10 lat, które samo w sobie mogłoby być, tylko raczej widziałbym je jako „legacy keybind”, czy coś w tym stylu, żeby zadowolić ortodoksyjnych fanów serii.

The Last of Us Part 1 - polowanie

Powód jest prosty, kilka głupich śmierci zaliczyłem tylko dlatego, że musiałem wcisnąć dodatkowy przycisk, aby wykonać oczekiwaną akcję, jak np. strzał. Bo tak, tutaj, żeby strzelać, trzeba wcisnąć 2 przyciski. Spowodowane jest to tym, że zawsze musimy przymierzyć i nie możemy strzelić z biodra. Kolejnym dziwnym dla mnie rozwiązaniem jest dodatkowy przycisk odpowiadający za sprint. Pomijając kwestię, że jest on dostępny głównie w fabularnych momentach, to brak wykorzystania samych analogów jest dla mnie niezrozumiały. A postać poza wspomnianymi momentami, zamiast biec sprintem, to co najwyżej truchta.

Joel i Ellie jadą samochodem

Ostatnim elementem rozgrywki, o którym chciałbym wspomnieć, jest jej liniowość. Jak osobiście wolę otwarte światy, gdzie mogę w pełni wcielić się w bohatera bez żadnych ograniczeń, tak tutaj jesteśmy prowadzeni za rękę od początku do końca. I muszę przyznać, że podobało mi się to. Nawet pomimo tego, co wydarzyło się na końcu gry, gdzie trochę w moim odczuciu potencjał został zmarnowany. I nawet nie mam tutaj na myśli powstania kontynuacji, tylko jakoś tak poczułem, że całość mogłaby zakończyć się inaczej.

Oprawa audiowizualna

Jeśli miałbym wskazać osobiste odczucie zasadności powstania remake’u kultowej gry stajni Sony The Last of Us, bbyłaby to właśnie oprawa audiowizualna. Nie miałem okazji ogrywać wersji oryginalnej, gdy ta miała swoją premierę. A mimo to słyszałem zewsząd, że już wtedy robiła ogromne wrażenie. Jednak to, co zrobiono w Part 1, jest po prostu świetne. Oczywiście, na upartego znalazłbym kilka elementów z wersji zremasterowanej czy nawet oryginalnej, które mi osobiście się bardziej podobają, przeglądając porównania obrazów statycznych, jak np. Ellie, która podoba mi się bardziej w wersji zremasterowanej. Ale to jest już tylko kwestia gustu.

Największą uwagę, poza płynnością rozgrywki w 60 fps w dynamicznym 4k, przyciąga oczywiście gra światła i cienia. Często potrafiłem się zatrzymać tylko po to, by podziwiać widoczki. A tych tutaj, mimo ponurej scenerii postapo, nie zabraknie. Zwłaszcza dzięki ogromnemu zróżnicowaniu terenu, jaki przyjdzie nam przemierzać. Ponadto warunki pogodowe również robią świetną robotę. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę, że te ostatnie są oskryptowane, ale mimo wszystko wpłynęły pozytywnie na odbiór gry. A o to chyba w tym wszystkim chodzi.

Podsumowując, czy warto zagrać w The Last of Us Part 1?

Wiadomo, że o grze jest głośno za sprawą serialu na HBO. Mam jednak pewne obawy co do tego, komu mógłbym polecić ten tytuł. Nie zrozumcie mnie źle, jest to naprawdę świetna przygoda, którą warto nadrobić. Chodzi mi tutaj właśnie o sam fakt obecności serialu. Bo po odcinku pilotażowym, mogę powiedzieć, że na ten moment jest on wierny historii z gry. I jeśli jesteście wyczuleni na spoilery, to tutaj musicie dokonać wyboru sami: serial czy gra. Natomiast, jeśli podobnie jak ja, serial potraktujecie jako rozwinięcie historii z gry, to uważam, że warto zagrać w remake. Zwłaszcza jeśli jesteście graczami stricte PCtowymi, ponieważ już niedługo, bo 3 marca bieżącego roku, gra zawita również na komputery osobiste, tym samym niejako docierając do bezpośredniego targetu remake’a.

Gameplay

Za dostarczenie gry dziękujemy firmie MSL Group oraz PlayStation Polska.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

Avatar photo
Pasjonat gier komputerowych od najmłodszych lat, pamiętający czasy ZX-Spectrum i C64. Wieloletni fan gier spod stajni Blizzarda. Najbardziej lubi oglądać rozgrywki esportowe Starcrafta.
Scroll to top