ROMEO IS A DEAD MAN – recenzja (PC). Popaprany, ale wspaniały

Gra dostępna na:
PC
PS5
XSX
Grafika główna pod recenzję Romeo is a Dead Man - główny bohater rozmawia z dziadkiem na karcie komiksu
Artur Janczak
Artur Janczak

Na grę, za którą stoi Goichi Suda wraz z zespołem Grasshopper Manufacture, nie trzeba było mnie w ogóle namawiać. Mogliby zapowiedzieć kolejny projekt, ujawniając zaledwie tytuł, a i tak brałbym go w ciemno. Nie oznacza to, że dzieła te są pozbawione wad – bo nie są – ale stanowią taki produkt kultury, który jako całość po prostu się broni. Zazwyczaj coś w nich delikatnie niedomaga (choćby płynność animacji), a we i tak przymykamy na to oko. Wybierając tytuł od tego zespołu, od razu godzimy się na kompromis: rezygnujemy z technicznego ideału w zamian za niepowtarzalne doświadczenie. Czy z ROMEO IS A DEAD MAN jest podobnie? W moim przypadku – jak najbardziej.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Romeo jest trupem

Od strony fabularnej omawiana produkcja to naprawdę wybuchowa mieszanka. Gracz wciela się w młodego Romeo Stargazera, który podczas służby zostaje śmiertelnie ranny. Kiedy koniec wydaje się nieunikniony, nagle pojawia się jego dziadek i ratuje go z opresji. Bohater zostaje jednak nieco „zmodyfikowany”, zyskując futurystyczny wygląd i całkiem ciekawe moce. Teraz jego głowę zdobi konstrukcja przypominająca hełm, a ręka jest w dużej mierze mechaniczna – to cena, jaką przyszło mu zapłacić za drugą szansę od losu. I choć sam ten motyw jest intrygujący, to jeszcze ciekawiej wypada wątek jego dziewczyny, Julii.

Rozmowa Romea i Julii w barze.

To właśnie ona – choć, jak się okazuje, nie zawsze w sposób dosłowny – wpłynęła na to, kim stał się nasz protagonista. Zresztą lista jej przewinień jest podobno o wiele dłuższa. Co powiecie na podróże między wymiarami, skoki w czasie i posiadanie kilku wariantów samej siebie? Brzmi niespodziewanie? A to zaledwie czubek góry lodowej. Mamy tutaj specjalny oddział FBI pełniący funkcję policji czasoprzestrzennej, statek kosmiczny z gotującą mamą na pokładzie i wiele więcej. Jak przystało na Grasshopper Manufacture, nie brakuje nawiązań do popkultury, specyficznego humoru i towarzyszącego nam przez długi czas wrażenia, że nic nie jest do końca zrozumiałe i zawsze ma drugie dno. Witam w świecie SUDY51, moi drodzy.

Wielopokoleniowa prezencja

ROMEO IS A DEAD MAN to prawdziwy gatunkowy kalejdoskop. Znajdziemy tu minigrę rodem z 8-bitowego NES-a, służącą do zwiększania statystyk bohatera. Z kolei statek pełniący funkcję głównego huba został zaprojektowany jako sekcja 2D, silnie nawiązująca do estetyki ery SNES-a. A co powiecie na przerywniki w formie ożywionych kart komiksu? Lubicie Stardew Valley? Jeśli tak, to i tutaj znalazło się coś, co klimatem idealnie pasowałoby do tej produkcji. Visual novel? Jest. Opcjonalne lochy z mechaniką w stylu Diablo? Obecne. Suda wraz z zespołem nie szczędzili pomysłów, chcąc zaskoczyć odbiorcę na każdym kroku.

Nie chcę zdradzać wszystkiego, bo to zaledwie wierzchołek góry lodowej, ale mimo tej gatunkowej żonglerki – całość po prostu działa. W każdym elemencie czuć serce i autentyczne zamiłowanie twórców do różnych epok elektronicznej rozrywki, muzyki czy filmu. Deweloperzy wielokrotnie puszczają do nas oko, serwując nawiązania do popkultury w swojej charakterystycznej, zakręconej formie. Z uwagi na tytuł i imiona bohaterów nie mogło zabraknąć nawet samego Szekspira. Taką zabawę konwencją i ciągłe zmiany formy przekazu można kochać albo nienawidzić, ale na pewno nie można im zarzucić braku charakteru. Grasshopper Manufacture stawia na własne, bezkompromisowe rozwiązania, mocno wyróżniając się na tle współczesnych tytułów. To gra, o której nie da się zapomnieć – niezależnie od finalnej oceny.

Główna oś rozgrywki

Slasher czy, jak kto woli, hack and slash – tak najkrócej można opisać ROMEO IS A DEAD MAN. Przez większość czasu gra jest bowiem dynamiczną rozróbą w pełnym 3D, doprawioną świetnymi animacjami, bogatymi w detale modelami postaci i genialną ścieżką dźwiękową. Choć produkcje od Grasshopper Manufacture zazwyczaj angażują głównie systemem walki, często bywają niedopracowane technicznie (czego dobrym przykładem jest Lollipop Chainsaw). Tutaj sytuacja wygląda inaczej. Czuć wagę ciosów i dobre tempo, a brak opóźnień przy wykonywaniu komend sprawia, że całość jest niezwykle responsywna. Nie trzeba się tu do niczego przyzwyczajać – system po prostu „siedzi”.

Kadr z rozgrywki ROMEO IS A DEAD MAN

To kluczowe, bo w innym przypadku starcia szybko straciłyby na znaczeniu. Do dyspozycji mamy broń białą oraz dystansową. Przygodę rozpoczynamy z futurystycznym mieczem oraz pistoletem. W przypadku tego pierwszego możemy łączyć słabe i silne ataki w mordercze combosy, podczas gdy „pukawka” służy do eliminacji słabszych wrogów lub trafiania w czułe punkty. Te ostatnie są kluczowe, bo ich zniszczenie zadaje ogromne obrażenia. Do tego dochodzą przedmioty wspomagające oraz umiejętności specjalne, które musimy sobie… wyhodować. Tak, nie przewidzieliście się, ale sposobu ich pozyskiwania nie zamierzam zdradzać. Całość uzupełnia pasek energii, którego zapełnienie pozwala zadać unikatowy cios – nie tylko potężny, ale też regenerujący zdrowie. Choć na papierze system nie wydaje się skomplikowany, w praktyce sprawdza się rewelacyjnie.

Nienawiść do korporacji i zamiłowanie do potworów

Takie wrażenie zostaje w głowie po spędzeniu z tym tytułem około 20 godzin. Dlaczego? Ponieważ większość przeciwników niższego szczebla to zombie wyciągnięte żywcem z typowego korpo. Choć część z nich można by uznać za „przeciętnych obywateli”, to jednak bije z nich czytelna metafora nienawiści do wielkich firm. Mogę się tylko domyślać, że Suda nie jest fanem korporacyjnego ładu, w którym o wszystkim decydują tabelki w Excelu, a człowiek jest jedynie statystyczną zmienną. Oczywiście, mogę się mylić, ale wymowa wizualna gry zdaje się to potwierdzać.

Starcie z bossem. Romeo konta... potwór?

Z kolei cała reszta bestiariusza to kreatury rodem z najgorszego koszmaru. Trudno wzbudzić w sobie do nich sympatię – przypominają coś, do czego każdy instynktownie zacząłby strzelać lub próbował spalić żywcem. Odbiorca od razu czuje, że nie ma tu miejsca na litość, a makabra to jedyny język, jakim należy się posługiwać. Efekt ten potęgują bossowie, którzy podnoszą poprzeczkę jeszcze wyżej. Niejeden japoński horror nie powstydziłby się tak groteskowych reprezentantów.

Artystyczny triumf, techniczny kompromis

Wspominałem na wstępie, że dzieła Grasshopper Manufacture bywają niezoptymalizowane, prawda? Cóż, tutaj jest podobnie. Aby uzyskać stabilne 60 klatek w rozdzielczości 1440p, muisiałem zejść do ustawień wysokich (a są jeszcze dwa wyższe poziomy) i ratować się technologią DLSS w trybie jakości. Gdybyśmy mieli do czynienia z wizualnym cudem wyznaczającym nowe trendy, nie miałbym obiekcji, ale tak nie jest. Graficznie gra prezentuje wysoki, lecz nierówny poziom. O ile elementom 2D nie mogę nic zarzucić, o tyle otoczenie w pełnym trójwymiarze bywa dość generyczne. Kilka miejscówek przykuwa oko, ale większość to po prostu areny z narzuconym motywem przewodnim. Być może taki był zamysł artystyczny, ale mnie osobiście wybijało to z immersji i nie do końca kupuję taką konwencję. Na szczęście modele postaci, animacje, a nawet design menu czy ekranów zapisu to już klasa sama w sobie.

Romeo w klubie, a może w koszmarze?

Od strony audio jest znacznie lepiej – tutaj całość trzyma wysoki poziom. Każdy fragment zabawy, biorąc pod uwagę liczbę wizualnych konwencji, otrzymał idealnie dobraną oprawę. Gdy widzimy stylistykę rodem z lat 70., dostajemy dokładnie takie melodie, jakich moglibyśmy oczekiwać. Dotyczy to wszystkiego, nawet minigry z gotowaniem. W głównej osi rozgrywki dominuje rock alternatywny, nu-metal i synth-rock, doprawione punkowymi akcentami typowymi dla tego studia. Ścieżka dźwiękowa świetnie balansuje między agresywnymi utworami bitewnymi (jak chaotyczny, ciężki „Battle Demon White” Nobuakiego Kaneko), a elektronicznymi motywami z wokalem, pokroju alt-rockowego „Liar” w wykonaniu Luby Sparks. Te spokojniejsze, ambientowe dźwięki w hubach idealnie kontrastują z eksplozywnymi fazami walki, co mimo wspomnianych braków w grafice, skutecznie buduje klimat.

Ideał? W żadnym wypadku

Dzieła Sudy albo się kocha, albo nienawidzi. Mam wrażenie, że nie ma tutaj nic pośrodku. Trzeba lubić produkcje nieoczywiste – takie, które często nie dają nam odpowiedzi na część pytań. Do tego starają się być tak inne, że dla wielu mogą okazać się wręcz przytłaczające. Nie brakuje im polotu, odważnych motywów, zabawy konwencją i wywracania wszystkiego do góry nogami. Z jednej strony bywają lekkie i delikatne, z drugiej – brutalne i makabryczne. ROMEO IS A DEAD MAN idealnie wpisuje się w ten schemat. To produkcja, która zachwyca na wielu polach, ale dla niektórych może być zbyt „popaprana” lub niewystarczająco głęboka pod względem mechanik, by nie rzucić jej w kąt po pierwszej godzinie.

Bohater pyta zombie przepołowionego na pól czy wszystko z nią w porządku.

Skłamałbym, pisząc, że te tytuły są złe – bo nie są. Trzeba jednak podchodzić do nich z otwartą głową i chęcią poznania czegoś świeżego, mając świadomość, że akceptacja pewnych braków wymaga kompromisu. Samo doświadczenie jest jednak zawsze tego warte.

Czy warto

Odpowiedź nie może być tutaj jednoznaczna. Jeżeli ktoś miał już styczność z grami Grasshopper Manufacture i po prostu je lubi, to dziwię się, że jeszcze nie gra w ROMEO IS A DEAD MAN, tylko czyta tę recenzję. Wszystko z Wami w porządku? Natomiast wszyscy inni? Cóż, macie dwa wyjścia, a w zasadzie trzy. Możecie zaryzykować, biorąc pod uwagę to, czego się tutaj dowiedzieliście. Możecie zrobić to samo, ale po solidnej przecenie – wtedy w razie niesmaku ból będzie mniejszy. Bądź też możecie całkowicie sobie odpuścić, bo to nie jest produkcja dla każdego i mówię to zupełnie poważnie. Trzeba mieć w głowie lekkiego „świrka”, aby w pełni to docenić, ale bez niego życie byłoby przecież nudne. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Gameplay

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Grasshopper Manufacture.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.

 


Artur Janczak
Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top