Starfield – recenzja (XSX). Na koniec galaktyki i jeszcze dalej!

Gra dostępna na:
PC
XSX
Grafika główna do recenzji gry Starfield.

Po 25 latach doczekaliśmy się nowego uniwersum od Bethesda Game Studios. Bardzo czekałem na ten tytuł i starałem się nie psuć sobie zabawy materiałami promocyjnymi. Trochę jednak widziałem, ale na szczęście wystarczająco mało, aby nie tworzyć w głowie nierealnego obrazu. Dorwałem Starfield nieco wcześniej i po nieco szorstkim początku wciągnąłem się na całego. To całkiem świeża produkcja, chociaż wciąż działająca w znanym fanom dewelopera środowisku. Grze daleko do ideału, ale nazwanie go crapem uważam za mocną przesadę. Podobnie jak poprzednie dzieła, tak i to można pokochać albo znienawidzić. Ja należę do tej pierwszej grupy, ale to nie znaczy, że jestem ślepy czy głuchy. Zresztą, nie ma co przedłużać, czas “polecieć” z tą recenzją.

Creation Engine 2 imponuje i zawodzi

Oprawa wizualna oraz technikalia to elementy, od których prawie nigdy nie zaczynam. Tutaj jednak robię wyjątek, bo wiem, jak głośny jest to temat. Starfield w danych momentach potrafi oczarować odbiorcę. Stąpając po dowolnym księżycu, możemy obserwować otaczający nas kosmos i dać się ponieść temu obrazowi. Wiele lokacji budzi podziw detalami i gęstością ludności, a modele broni zostały wykute z sercem. Podobnie jest zresztą ze statkiem kosmicznym, jaskiniami, bunkrami, ruinami i wieloma innymi miejscami. Częściej człowiek myśli “jak ładnie” niż “jakie to brzydkie”. Niestety, pozytywne wrażenie łatwo popsuć i to gra robi dość często. Nie wymagam, aby setki planet oferowały poziom tych skupionych na wątku głównym, ale rozmowy z NPC, to jak się zachowują, mówią, czy poruszają to coś, z czym studio od dawna ma problem.

Piraci nie wiedzą, co ich czeka.
Piraci nie wiedzą, co ich czeka.

Jest lepiej niż w Skyrim czy Fallout 4, teraz dyskusje z postaciami mają ładnie rozmyte tło, potrafią się “naturalnie obrócić” i ogólnie wypadają lepiej. Problem w tym, że Cyberpunk 2077 w tej materii wykonał krok milowy prawie trzy lata temu. Tutaj mamy stare rozwiązanie, ale w nowym opakowaniu. Działania z mniej ważnymi NPC mogłyby tak wyglądać, ale kluczowe sceny i bohaterowie, zasłużyli na coś więcej. To samo dotyczy ich mimiki oraz animacji. Niby jest lepiej i ładniej, ale wciąż daleko za konkurencją. W Starfield co rusz można prowadzić rozmowy, więc ten “przestarzały” od dawna mechanizm zaczyna mocno przeszkadzać. Jego początki sięgają przecież Morrowinda. Ciężko obronić taką prezencję postaci, gdyż ta jest po prostu nieatrakcyjna.

Xbox i 30 klatek

Informację o braku 60 FPS-ów przyjąłem dość negatywnie. Tyle się mówiło o mocy konsoli Microsoftu, a inne studia przyzwyczaiły nas, że w razie czego możemy wybrać niższą rozdzielczość, ale płynniejszą rozgrywkę. Tutaj tego nie ma, jednak nie wyszło tak źle, jak zakładałem. Tytuł oferuje te 30 klatek przez lwią część czasu i choć chciałoby się więcej, to jednak dość szybko przestałem zwracać na to uwagę. Odpowiednie rozmycie w ruchu, przyjemne strzelanie, wysokiej jakości tekstury — tak, nie wszędzie, ale jest ich i tak sporo, oraz cała otoczka środowiskowa sprawiły, że bawiłem się dobrze. Gdzieniegdzie widać artefakty technologii FSR, tutaj nagle pojawi się kamyk, a tam coś zniknie, a mimo to wszystkie elementy tworzą razem coś przyjemnego dla oka. Na tyle, że klatkarz przestaje mieć większe znaczenie.

Z taką pukawką można iść na żniwa.
Z taką pukawką można iść na żniwa.

O ile nie trafimy do danego miasta, gdzie jednak ktoś przesadził z “detalami”. Czuć, że w pewnych miejscach gra zwalnia, niby nie na tyle, aby mocno przeszkadzało, ale jest to odczuwalne. Bardzo możliwe, że nadchodzące łatki to ustabilizują, ale trochę szkoda, że nie dało się tego dopracować. Wiem, że gra mocno obciąża procesor, bo jednak jest tutaj dużo liczenia: fizyka, zachowanie świata, ilość podatnych na interakcję elementów, ale przy 30 klatkach spadki są bardziej rażące. Na szczęście, eksplorując kosmos czy to za sterami statku, czy piechotą po kolejnej planecie, nie musiałem się przejmować płynnością, gdyż ta była stabilna. Miasta, chociaż ważne i interesujące, są jednak w mniejszości, co działa na korzyść Starfielda.

Ostatni poligon

Jeżeli oprawa wizualna ma dla Was większe znaczenie, niż fabuła, rozgrywka, środowiskowy storytelling, to Starfield raczej nie spełni Waszych oczekiwań. Bywa zjawiskowy, piękny, ale też czasami nudny i powtarzalny. Nie wyznacza nowych trendów, a i w pewnych kwestiach oferuje rozwiązania z dawnych lat. Lepsze oświetlenie, część ładnych postaci, świetnie zaprojektowane bronie, niezłe efekty specjalne czy widowiskowe statki tu nie wystarczą. Trzeba też pamiętać, że mamy tutaj sporo loadingów. Niby krótkich, ale jednak irytujących. Sam, chociaż nie mam z nimi wielkich problemów, wolałbym, aby ich częstotliwość była mniejsza. To wszystko może odrzucać, jak również bugi — tutaj nie mam zbyt wiele do powiedzenia, bo nic znaczącego mnie nie spotkało, ale musicie wiedzieć, że wtedy ominie Was wiele ciekawych przygód. Weźcie to pod uwagę.

Kosmiczna Antarktyda w Starfield.
Kosmiczna Antarktyda w Starfield.

Starfield, czyli dawno temu w kopalni

Gra rozpoczyna się od wizyty w kosmicznej kopalni, gdzie mimo małego stażu otrzymujemy bardzo ważne zadanie. Musimy wydobyć niezidentyfikowany obiekt, który jest szalenie istotny dla naszej przełożonej. Po zdobyciu cennego łupu tracimy przytomność i przechodzimy do kreatora postaci. Tam mamy wiele opcji do wyboru i nie chodzi tylko o sam wygląd. Określamy, kim byliśmy, czy mamy rozpoczęte jakieś sprawy z przeszłości, żyjących rodziców, lepsze lub gorsze układy z frakcjami i tak dalej. Można “ulepić” całkiem ciekawą personę, która już na starcie posiada własną willę, ale musi ją regularnie spłacać. Ja postawiłem na galaktycznego łowcę głów bez dodatkowych więzi czy układów. Ku mojemu zdziwieniu, taka przeszłość wpłynęła na wydarzenia w czasie zabawy, a to tylko jedna z kombinacji, jaką da się stworzyć.

Obcy artefakt? Co może pójść nie tak?
Obcy artefakt? Co może pójść nie tak?

Po przebudzeniu szybko wstajemy na nogi i poznajemy niejakiego Barretta, który należy do enigmatycznej grupy zwanej Konstelacja. To właśnie on zlecił wydobycie przedmiotu, który “wyłączył nam światło”. Zanim jednak dowiemy się czegoś więcej, będziemy musieli poradzić sobie z bandą piratów. Kiedy kurz opadnie, wspomniany jegomość “wręczy” nam — jak sam określił — artefakt, swój statek i robota Vasco. Ten ostatni ma zadbać, o to, abyśmy dostarczyli dobra we wskazane miejsce i nie uciekli na inną planetę. Bez większego zastanowienia, zgadzamy się i lecimy poznać ludzi z Konstelacji. Ci okazują się specyficzną bandą. Zanim jednak poznamy ich bliżej ani się obejrzymy, a sami staniemy się członkiem tego zgromadzenia skupionego na odnajdywaniu tajemnic wszechświata i niezwykłych artefaktów. Ten dostarczony przez nas to jedynie jeden element wielkiej układanki.

Powolny start

Wątek główny zyskuje z czasem, ale pierwsze godziny określiłbym jako “szorstkie”. Czasami jest lepiej, czasami gorzej, ale później zaczyna się prawdziwa zabawa. Moment w fabule, kiedy celem jest Ziemia, to ten, który potrafi wcisnąć w fotel i już potem nie puszcza. Niestety, trochę trzeba się wcześniej przemęczyć, co wielu z Was raczej nie zachęci i jest to zrozumiałe. Można jednak inaczej. Sercem Starfielda jest nie tylko “podstawowa” historia, ale też ta lekko ukryta. Chodzi mi o zadania poboczne. Te potrafią nie tylko przewyższać pierwszą połowę głównego motywu, ale też uderzać w zupełnie inne nuty. Nagle okazuje się, że te “przygody na boku” oferują świetną jakość i twórcy bawili się przy nich konwencją. Czasami stawiali na wciągające dialogi, intensywne manewry, ukrytą prawdę na niezbadanych planetach, a innym razem wszystko przekazywali za sprawą otoczenia.

Czas na krótkie wakacje!
Czas na krótkie wakacje!

W zależności od misji czułem silny klimat Mass Effect, Cyberpunku, Fallouta, gier typu survival i wielu innych. Często te questy oferują zupełnie inne podejście od tego, co da się doświadczyć na “wyeksponowanej fabularnie drodze”. Nie wiemy jednak, gdzie i kiedy natrafimy na tego typu wydarzenia. Trzeba więc mieć tę iskrę eksploratora, nie śpieszyć się, bawić i chłonąć ten tytuł. Ja trafiłem na wątki, których nie mieli moi bliscy, a oni na takie, których ja nie miałem. Wszyscy wiemy, że jeszcze wiele przed nami, a przecież część jest zależna od podjętych przez nas decyzji. Można narzekać na gry Bethesdy, ale potrafią zaoferować różne warianty wydarzeń na bazie naszych działań. Dzięki temu dana sesja będzie nasza, a kolejna ma szansę okazać się zupełnie inna. Do tego to, co może wydarzyć się po rozpoczęciu New Game+ sprawia, iż wszystko, co do tej pory poznaliśmy, zmieni się o 180 stopni. Brawo dla twórców!

Muzyczny majstersztyk

Przy mojej niedawnej recenzji Fallout 4 wspomniałem, że jedynym elementem, który nigdy nie zawodzi i zawsze stoi na najwyższym poziomie w grach tego studia, jest ścieżka dźwiękowa. Starfield nie jest wyjątkiem. Usłyszycie tutaj styl znany z poprzednich gier Bethesdy, przypominających Wam o danej odsłonie Elder Scroll czy jednej z Krypt, ale nie brakuje tutaj świeżych kawałków. Takich pełnych tajemnic, enigmatycznych, kojarzących się z eksploracjami, kosmosem, przygodami, chwilami radości, ale też smutku. Muzyka buduje napięcie, wpływa na nasze zmysły, informuje o zagrożeniu, chwilach spokoju, ale też buduje scenę. Czuję w tym wszystkim momenty z Mass Effecta, Destiny, No Man’s Sky i wielu innych produkcji z motywem kosmosu.

Rozmowa wstępna przed dołączeniem do gangu.
Rozmowa wstępna przed dołączeniem do gangu.

Będąc w mieście Neon, ścieżka nakieruje Was na cyberpunk, na “dziwnych” statkach poczujecie się niczym w Dead Space, a na planetach, tam bywa różnie, ale równie ciekawie. Nawet gdybym chciał, nie znalazłbym wad związanych z oprawą audio. Już teraz wracam do tych utworów i wiem, że będę to robił przez lata. Czasami ten jeden element wystarczy, aby zatracić się w danej produkcji i nie zdziwię się, jak niektórzy będą po latach wspominać Starfielda właśnie dzięki muzyce, jaką w nim usłyszeli. Trochę inaczej wypadają już same efekty specjalne, dźwięki broni, wybuchów, czy odgłosy dziwnych galaktycznych zwierzaków. Tutaj bywa dobrze, ale czasami nienaturalnie. Opadu szczęki nie było. Za to voice-acting zachwyca, ale nic dziwnego, jak przy projekcie wzięło udział sporo utalentowanych osób. Mi i tak najbardziej przypadł do gustu robot, który przecież powinien mieć w sobie najmniej emocji. Musicie ich posłuchać sami, warto, a samą ścieżkę, to już bez żadnej dyskusji, nawet jak nie planujecie sprawdzić omawianej gry.

Strzelamy, budujemy, hackujemy

Aktywności w tej grze jest cała mała. Cieszę się, że poprawiono model strzelania względem ostatniego Fallouta. Bronie zarówno przed jak i po modyfikacjach potrafią znacząco się od siebie różnić. Mamy też dużo craftowania, zbierania, sprzedawania, kupowania i biegania. Zabrakło pojazdów, czy innych środków transportu, przez co czasami eksploracja bywa uciążliwa. Najbardziej wtedy, kiedy zwiedzamy kilka planet pod rząd. Do tego wszędzie te loadingi, silnik Creation Engine 2 ma swoje wady i byłem wyrozumiały, ale po ponad 100 godzinach, nawet ja mam dość. Walki w kosmosie nie są jakoś bardzo rozbudowane, ale spełniają swoje zadanie. Bywają ekscytujące i efekciarskie, ale też czasami wymagają podejścia na cicho, więc nie są na jedno kopyto, co uważam za plus. Jednak wojaży z Elite Dangerous tutaj nie uświadczycie.

Kiedy kosmiczna kawa wejdzie za mocno.
Kiedy kosmiczna kawa wejdzie za mocno.

Starfield oferuje wiele, co może również przytłaczać, bo czasami nie wiadomo, za co się zabrać. Ta otwartość i swoboda w takich momentach nie działa na jego korzyść. Warto wtedy skupić się trochę na wątku głównym, ale nieco odpocząć i mieć określony plan działania. Warto wspomnieć, że nawet największe “starcia” nie muszą doprowadzić do walki. Ja na przykład ostatni pojedynek rozwiązałem słownie. Liczyłem na ciężką walkę z dwoma ponadprzeciętnymi istotami, a skończyło się na tym, że przekonałem ich do zupełnie innego spojrzenia. Nadal jestem w szoku, ale cieszę się, że twórcy dali taką możliwość. Sami więc widzicie, ile mniejszych i większych rzeczy znajdziecie w tej grze. Niestety, wszystko jednak wymaga czasu, bo to jedna z tych pozycji typu Goliat. Trzydzieści godzin to zaledwie rozbiegówka, gdzie nie zobaczymy wielu ciekawych rzeczy.

Hypetrain i Starfield

Wiele osób wykreowało w swojej głowie obraz gry, której nie otrzymali. Dział PR mocno promował ten tytuł, a z pokazanych materiałów gracze wyciągali różne wnioski, które wpłynęły na ich oczekiwania. Kiedyś sam się na to łapałem i mocno żałowałem. Potem wracałem, czasami po latach, do danej produkcji ze świeżym spojrzeniem i spokojną głową. Wtedy okazywało się, że tytuł może mi się podobać. Dorzućmy do tego setki, jak nie tysiące opinii z sieci, które wielokrotnie nie mają żadnej wartości. Po przejściu gry sprawdziłem osiągnięcia i żadne z nich nie dobiło do 10%. To pokazuje, jak mało osób miało czas i możliwość, aby naprawdę nacieszyć się Starfieldem, który przecież mocno zyskuje z czasem. Rozumiem, jak ktoś po godzinie czy dwóch nie czuł chemii, ale trochę mało, aby powiedzieć coś więcej niż “to nie dla mnie”. W sieci były natomiast elaboraty i analizy, jakby ludzie mieli na liczniku po tysiąc godzin, co rzecz jasna mija się z prawdą.

Pijesz, nie lataj.
Pijesz, nie lataj.

Bardzo możliwe, że lepszym pomysłem będzie dać szansę omawianej grze za jakiś czas. W momencie, gdy internet ochłonie, wielkie premiery przeminą, a i Wy złapiecie oddech. Łatwo chłonąć negatywne emocje i nie być tego świadomym, a potem z negatywnym nastawieniem odpalić tytuł. Wtedy, choćby był “ideałem” nic by mu nie pomogło. Starfield nie ma najlepszego UI, animacje postaci trzymają się czasów Skyrima, w jednym momencie wygląda przepięknie, innym razem przeciętnie. Oparto go na silniku z masą loadingów, a pewne elementy, mimo że poprawne, wypadają gorzej niż u konkurencji. Jednak sam jestem dowodem, iż w tej grze jest mnóstwo dobrej zawartości. Czasami podanej na tacy, a czasami mocno ukrytej. Nie wszystko wygląda tak, jak gawiedź pokazuje, a teraz też “negatywne opinie” są w cenie, dla algorytmów rzecz jasna.

Ruiny, zieleń i "obce" ruiny. Typowy dzień w Starfield.
Ruiny, zieleń i “obce” ruiny. Typowy dzień w Starfield.

Czy warto?

Fani studia mogą sięgać po Starfielda bez zastanowienia, wydaje mi się, że będziecie zadowoleni. Posiadacze aktywnego abonamentu Game Pass nic nie tracą, jeżeli zdecydują się sprawdzić ten tytuł. Kto wie, może “kliknie” i zostaniecie w nim dłużej? Wszyscy inni muszą się dobrze zastanowić. Gra wymaga czasu, cierpliwości i tej chęci przygody, której nie pokonają nudne planety, śmieszni NPC czy “kilka” ekranów ładowania. To nadal produkcja od Bethesdy ze wszystkimi jej wadami i zaletami. Wykonana całkiem przyzwoicie, zawierająca często genialne wątki poboczne i zaskakujący z czasem motyw główny. Jeden z tych tytułów, do których będę wracał regularnie i wciąż odkrywał coś nowego. Mnie zadowolił i pochłonął, a jak będzie z Wami? Czas pokaże.

Gameplay


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), naszym Discordzie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Bethesda Polska.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

Avatar photo
Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top