Kiedy półtora roku temu testowałem The Rogue Prince of Persia w ramach Early Access, czułem, że tytuł ten ma w sobie potencjał. Sporo elementów wymagało jeszcze pracy, w tym balans poziomu trudności, dalsze etapy, starcia z bossami czy kwestie fabularne. Mam już za sobą pełną wersję na Nintendo Switch i muszę przyznać, że twórcy nie próżnowali. Tytuł jest lepszy na każdej płaszczyźnie i choć nie wszystko mi się w nim podoba, to trudno go inaczej określić niż bardzo dobry. Czy jest to jednak tytuł dla każdego? Niestety nie, ale taki już urok produkcji typu roguelite. Jedni je kochają, drudzy nienawidzą. Nie przedłużając już, czas na opowieść o pewnym księciu.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Jeden książę kontra armia Hunów
Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że głównym bohaterem jest oczywiście sam książę Persji. To właśnie on staje przeciwko przywódcy Hunów, aby zapobiec wojnie mającej na celu przejęcie całego królestwa. Niestety, nasz heros wychodzi z tego pojedynku jako przegrany, a wszystko przez tajemniczą magię zwaną Spaczeniem. W tym momencie jego historia powinna się zakończyć, ale z nieznanych dla nas powodów mężczyzna budzi się w pewnej oazie. Dziwniejsze jest to, że po ranach nie ma ani śladu, a osobą, która przywiodła go do tego miejsca, jest enigmatyczna Paachi.
Mimo nietypowych okoliczności książę ma ten sam cel: powstrzymać nieprzyjaciela i uratować królestwo. Nie będzie jednak w stanie tego dokonać w pojedynkę. Musi więc zebrać sojuszników oraz dowiedzieć się, jaki los spotkał jego rodzinę. Choć wszystko odbędzie się w trakcie jednej pełnej przygody, tak naprawdę będzie ich wiele. Wszystko za sprawą pętli czasu, która rozpoczyna część wydarzeń od nowa, choć część z nich da się zmienić. Brzmi ciekawie? Według mnie tak i choć samej fabuły jakoś strasznie dużo tu nie ma, to jest ona wystarczająco dobra, aby chcieć ją zgłębić. Jednocześnie daje nam powód, aby dotrzeć do napisów końcowych i przerwać cykl.
Piękna, ale niema gra
W moim poprzednim materiale dotyczącym tej gry wspomniałem o dialogach. Brakowało mi, że te nie są udźwiękowione. Liczyłem, że pełna wersja to zmieni, bo miałoby to ogromny wpływ na całą produkcję. Tak się niestety nie stało. Poprawiono oprawę wizualną, dodano nowe utwory, otoczenie stało się bogatsze w detale, ale voice-actingu zabrakło. Tytuł doczekał się naprawdę solidnego liftingu artystycznego. Zniknął dość prosty model głównego bohatera (choć da się go odblokować), menusy stały się kompletne, a i wszystkie okna umiejętności i tym podobnych stoją na wysokim poziomie. Niestety, choć przygrywa nam zawsze wspaniała muzyka, to nikogo w tej grze nie usłyszymy.
Uważam to za jedną, ale naprawdę solidną wadę. Wiem, że Hades mnie rozpieścił, a w takim Dead Cells mamy praktycznie to samo. Tylko że ten pierwszy tytuł wyznaczył pewne standardy, a drugi był skonstruowany tak, że fabuła grała w nim inną rolę. Pewnie budżet The Rogue Prince of Persia nie pozwolił na więcej, ale mimo wszystko warto by było powalczyć o ten element. Proste awatary nie oddają tak dobrze emocji, a sceny – choć wizualnie piękne – zyskałyby na dodanych do nich głosach. Ogromna szkoda, bo w ten sposób czuję, że gra nie osiągnęła pełnego potencjału. Miejmy nadzieję, że nie przeszkodzi to jej w samej sprzedaży.
Gameplay
Najważniejszym i najbardziej wciągającym elementem gry jest genialny miks platformówki i slashera z gatunkiem roguelite. Nasz bohater w swojej bazowej formie potrafi skakać, robić uniki i chwytać się krawędzi, ale prawdziwa jazda zaczyna się dopiero przy żonglowaniu ekwipunkiem. Choć podstawowy wachlarz ruchów wydaje się prosty, każda zmiana broni czy założenie nowych medalionów całkowicie wywraca styl walki do góry nogami. Oprócz głównego oręża mamy do dyspozycji narzędzia pomocnicze, zasilane energią, którą odnawiamy w locie dzięki akrobacjom i agresywnym starciom. Całość dopełniają medaliony – oferują potężne bonusy, ale często działają na zasadzie „coś za coś”, zmuszając nas na przykład do poświęcenia części zdrowia w zamian za niszczycielską siłę. To ciągłe balansowanie na krawędzi ryzyka sprawia, że każda próba jest inna i niesamowicie angażująca.
Ekwipunek i medaliony zdobywamy na bieżąco – kupując je u handlarzy, znajdując w skrzyniach lub wyrywając z rąk pokonanych wrogów. System progresji opiera się na dwóch walutach: złocie, które przepada po śmierci, oraz magicznych orbach. Te ostatnie musimy bezpiecznie dostarczyć do bazy, by na stałe odblokować nowe stroje, potężniejsze medaliony czy unikalny oręż, który zasili pulę przedmiotów w kolejnych podejściach. Dodatkowo zbierane doświadczenie pozwala rozwijać pasywne umiejętności, takie jak większy zapas zdrowia czy ratujące skórę „drugie życie”. To od nas zależy, jaki build przygotujemy przed wyruszeniem w drogę. Wszystkie te zmienne, w połączeniu z losowo generowanymi mapami, tworzą wybuchową mieszankę, która wciąga jak bagno i sprawia, że od konsoli czy PC po prostu nie da się odejść.
Niczym prawdziwa bajka
Takie określenie idealnie oddaje stan wizualny The Rogue Prince of Persia. Nawet moja córka była zachwycona, bo wszystko takie ładne i kolorowe, a do tego szalenie dobrze animowane. Czuć oddane serce w ten projekt i dbałość o najmniejsze detale. Każda z plansz ma w sobie to coś i żadna nie jest kopią samej siebie. To wspaniale „namalowane” światy, różnorodne, pełne głębi, oddające odpowiednie wydarzenia, które miały w nich miejsce. Niby „prosta gierka 2D”, a człowiek często się zatrzymuje, aby podziwiać to wszystko. To samo dotyczy bohatera, wszystkich starć, ataków czy umiejętności wrogów. Czysta uczta dla oczu.
Czy od strony audio jest równie dobrze? Tak, tak i jeszcze raz tak. Perskie melodie przeplatają się z energiczną elektroniką i trapem. Kompozytor ASADI stworzył serię porywających utworów, które brzmią tak dobrze, że człowiek chętnie wraca do nich nawet po wyłączeniu konsoli. Artysta po mistrzowsku łączy spokojniejsze, nastrojowe brzmienia techno z potężnymi, uderzającymi bitami oraz rytualnymi wokalami, co w zdumiewający sposób oddaje ducha produkcji. Zresztą, całość możecie sprawdzić poniżej i przekonać się na własne uszy.

Czy warto?
Jeszcze jak! Oczywiście, o ile lubicie gry z gatunku roguelite. Sama miłość do Księcia z Persji może wystarczyć, ale jednak trzeba być gotowym na kolejne sesje przez znane już lokacje. Przebieżka po nich jest za każdym razem inna w mniejszym lub większym stopniu, co jednych zadowoli, ale drugich może zirytować. Ja bawiłem się świetnie mimo tego, że nie jestem nie wiadomo jak wielkim fanem takiej formuły. Niemniej system walki, dobra muzyka i ogólny pomysł na siebie sprawiły, że nie mogłem się od gry oderwać. Istnieje spora szansa, że jeszcze do niej wrócę, aby zdobyć wszystko, co tylko możliwe, a to nie zdarza mi się zbyt często.
PS. Gra ma kinową lokalizację i to naprawdę dobrze zrobioną. Miło było przechodzić w rodzimym języku wersję na Nintendo Switch 2.
Gameplay

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.



