Spora część młodszych graczy – w tym ja – może nie być świadoma, że pierwszy Tomb Raider (oraz jego dwie kontynuacje) posiadały dodatki. Nic w tym w sumie dziwnego, bo z powodów licencyjnych większość późniejszych reedycji ich nie zawierała. W końcu jednak dzięki pracy Aspyr rozszerzenia ponownie trafiły do obiegu i nareszcie bezproblemowo zapoznać może się z nimi nowe pokolenie graczy. Czy warto? Cóż, po kontakcie z pierwszym z nich – Tomb Raider: Unfinished Business – jestem dość sceptycznie nastawiony, choć na uwadze należy mieć to, że jest to ponoć najsłabszy z zawartych w kolekcji dodatków.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Niedokończone sprawy
Tytuł rozszerzenia nie jest wyłącznie fajnie brzmiącym hasłem. Unfinished Business faktycznie służy bowiem jako swego rodzaju epilog „jedynki”. No, przynajmniej jego pierwsza połowa, rozpoczynająca się dokładnie w momencie zakończenia oryginału, a precyzyjniej między ucieczką Lary z Atlantydy a kończącym historię przerywnikiem filmowym. Druga część rozszerzenia to osobna opowieść, osadzona kilka tygodni później, kiedy to brytyjska archeolożka powraca do Egiptu w poszukiwaniu świątyni Bastet. Fabuły jest tu nomen omen tyle, co kot napłakał, ba, w zasadzie nie ma jej wcale i wszystkiego trzeba domyślić się z kontekstu.

Trudne sprawy
Trudno zatem Unfinished Business rozpatrywać jako fabularną kontynuację. Teoretycznie nią jest, ale w praktyce mowa tu zaledwie o pakiecie nowych poziomów. Co ciekawe, Aspyr w odświeżonej wersji dodatku odwrócił ich kolejność. Pierwotnie trafialiśmy najpierw do Egiptu, a potem do Atlantydy, co z fabularnego punktu widzenia miało niewiele sensu. Psikus polega na tym, że obecnie Unfinished Business wita graczy potężnym plaskaczem w twarz, wrzucając ich praktycznie bez broni prosto w ciasne, pełne pułapek i potworów korytarze Atlantydy, by potem przenieść ich w zdecydowanie łatwiejsze zakamarki Egiptu.
Początek jest zatem wybitnie frustrującym przeżyciem, skutecznie zniechęcającym do dalszego grania. Zwłaszcza że brak fabularnej otoczki pozbawia gracza motywacji do zaciśnięcia zębów i parcia do przodu. Strzelanie nigdy nie było najmocniejszą stroną Tomb Raidera, a postawienie w poziomach z Atlantydy na ten właśnie aspekt (w jednym momencie gra rzuca na nas ośmiu najmocniejszych przeciwników na raz) jest strzałem w stopę. Szkoda, bo lokacje same w sobie wypadają naprawdę świetnie. W szczególności Egipt, który nareszcie pozwala na oddech świeżego powietrza, zarówno obniżając poziom trudności, jak i kierując akcję na powierzchnię, poza klaustrofobiczne komnaty piramid.
Horror, nie epilog
To jednak trochę za mało, by móc z czystym sercem polecić sięgnięcie po Tomb Raider: Unfinished Business. Dodatek ten kierowany był do największych fanów oryginału i po latach, kiedy jego mechanika zestarzała się miejscami wręcz okrutnie, jest to prawdziwsze, niż kiedykolwiek wcześniej. O ile debiut Lary Croft wciąż ujmuje swoim klimatem i przyjemnym balansem między eksploracją, rozwiązywaniem zagadek i walką, o tyle Unfinished Business to dziś frustrujące doświadczenie i w zasadzie niewiele więcej.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), naszym Discordzie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

