Vampire: The Masquerade – Bloodhunt – recenzja (PS5). Lepiej późno, niż wcale

Gra dostępna na:
PC
PS5
Bloodhunt - grafika główna
Konrad Noga
Konrad Noga

Ponoć lepiej jest zasmakować miłości i ją stracić, aniżeli nie zaznać jej wcale. Dużo w tym prawdy, bo choć serwery darmowego Vampire: The Masquerade – Bloodhunt zamkną się już 28 kwietnia, to wielce rad jestem, że udało mi się zakosztować go, zanim to się stało. Teoretycznie szwedzkie Sharkmob pod chińską batutą porwało się z motyką na słońce, starając się połączyć kultowe i kojarzone raczej z RPG-ami realia Świata Mroku z formułą Battle Royale. Jak się jednak okazuje, w tym szaleństwie była metoda, nawet jeśli niewielu z nas ją doceniło.

Dalsza część tekstu pod materiałem video

Wampiry Starego Świata

Umówmy się, jest to coś, czego twórcy powinni byli się spodziewać. W końcu w 2022 roku, kiedy Bloodhunt miał swoją premierę, rynkiem Battle Royale od pięciu lat rządził Fortnite, zabierając całe powietrze mniejszym projektom we współkę z innymi gigantami pokroju Call of Duty: Warzone. Dodajmy do tego pewne zmęczenie materiału oraz dziwaczne wykorzystanie licencji Świata Mroku, a nikłe zainteresowanie ze strony graczy przestaje jakkolwiek dziwić. W zasadzie jedynym, co mogło – choć ostatecznie tego nie zrobiło – uratować grę Szwedów było właśnie wampirze uniwersum.

Bloodhunt - płonący kościół
Praga bezapelacyjnie widziała lepsze dni.

Charakterystyczna jest już samo miejsce akcji gry. Starcia w Bloodhunt rozgrywają się bowiem w całkiem nieźle odwzorowanym centrum Pragi, tuż po tym, jak w trakcie Drugiej Konwencji Praskiej wampiry z Camarilli i Anarchiści rzucili się sobie do gardeł, ściągając na siebie przy okazji celowniki Drugiej Inkwizycji. Zamiast rozległych równin i opuszczonych miasteczek mamy do dyspozycji pełne cywilów i inkwizytorów wąskie uliczki oraz zdecydowanie spokojniejsze dachy stolicy Czech, oczywiście z uwzględnieniem zabytków, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by odwiedzić zegar astronomiczny czy Rudolfinum.

Battle Royale inny, niż wszystkie

Wcielamy się ponadto w wampiry, a nie w zwyczajnych wojaków, toteż poza szukaniem lepszego uzbrojenia i ostrzeliwaniem innych graczy, zadbać warto również o pożywienie, zwłaszcza że niektórzy śmiertelnicy mają krew o odpowiednim rezonansie (melancholicy, cholerycy i tym podobne), gwarantujące odpowiednie bonusy. Należy przy tym pamiętać o dyskrecji, bo złamania zasad maskarady poskutkuje nałożeniem na nas Krwawych Łowów, czyli w praktyce ujawnieniem naszej pozycji innym graczom lub botom, bo w obecnym stadium rozwoju (czy też może raczej zwoju) gry, serwery Bloodhunt dopełniane są nimi, by osiągnąć liczbę 42 zawodników na mecz (w zależności od trybu działających solo, w dwójkach lub trójkach) w formule Battle Royale lub 12 w trybie TDM.

Bloodhunt - TDM
Tryb TDM odbywa się na wycinkach głównej mapy i sprawia zdecydowanie mniej radości.

Do wyboru dostajemy ponadto 9 klas postaci podzielonych na 5 klanów o zróżnicowanych umiejętnościach. Dwójka z klanu Brujah stawia na siłę, paskudy z Nosferatu oferują nieco bardziej skryte doświadczenie, Torreardorzy potrafią chociażby oślepiać przeciwnika swoim blaskiem lub się leczyć, Ventrue między innymi stawać się na chwilę odpornymi na obrażenia, a dodany w jednej z aktualizacji mag krwi Tremere umie latać, dzięki czemu nie musi się wspinać na budynki jak pozostali. Klasy postaci zbalansowano przy tym całkiem nieźle, więc nie czuć, by którakolwiek była lepsza od innych, jednocześnie zapewniając delikatnie odmienne doświadczenie. Umiejętności specjalne to właśnie głównie to – urozmaicenie. Główny oręż to mimo wszystko wciąż klasyczna broń palna i biała, a każdy ma równe szanse na znalezienie fajnej pukawki.

Naprawdę dawno nie miałem tyle frajdy w trakcie starć sieciowych, co w Vampire: The Masquerade – Bloodhunt. Specyfika świata przedstawionego i różnorodnych broni oraz umiejętności sprawia, że każdy mecz, a nawet potyczka mogą okazać się drastycznie różne od poprzednich. Można grać niczym łowca, czając się pośród dachów, rzucać się w wir walki z kataną w ręce, bawić w kotka i myszkę między alejkami czy też w końcu prowadzić emocjonujące pojedynki przy wykorzystaniu umiejętności każdej z klas. To radość w najczystszej postaci, zwłaszcza że sterowanie jest tutaj wyjątkowo przyjemne, wliczając w to możliwość szybkiego i płynnego wspięcia się z ulicy na dach.

Bloodhunt - obserwowanie
Poszukiwanie ostatniego oponenta w finale rozgrywki dostarcza niemało emocji.

Nieśmiertelna moda

Obawiać nie należy się także mikropłatności. Zwłaszcza teraz, kiedy zostały kompletnie wyłączone, a każdy gracz dostał dostęp do ostatniej przepustki sezonowej za darmo. Niemniej wszystko, co można było nabyć za pieniądze, pełniło funkcję wyłącznie kosmetyczną – nowe kolory włosów lub oczu, fryzury, tatuaże, fantazyjne stroje czy ikony i sztandary gracza. Żeby odblokować coś, co wpływa na rozgrywkę, wystarczyło po prostu grać, a i tak były to w zasadzie wyłącznie nowe bonusy dla klas postaci.

Nieprzerwane tradycje

Co ciekawe, twórcy postanowili nie zrywać do końca ze stołowym rodowodem i pozostawiając w grze pseudoerpegowe mechaniki. Każdą rozgrywkę zaczynamy chociażby w przekształconym na siedzibę Camarilli kościele, zamieszkałym nie tylko przez innych graczy, ale także bohaterów niezależnych, z którymi możemy zamienić kilka słów, chociażby po to, by odblokować nowe wpisy w obszernym kodeksie, ale jednak głównie celem pozyskania fabularnych zadań – głównych i pobocznych. Na papierze brzmi to jak naprawdę fajny pomysł, mający urozmaicić klasyczne starcia z innymi graczami.

Bloodhunt - dialog
Fabuła jest i w sumie niewiele więcej można o niej powiedzieć.

Faktycznie, nadaje to każdemu meczowi konkretny cel, ale same zadania dość szybko okazują się wtórne – pogadaj z kimś, zbierz przedmiot w tym miejscu na mapie, ewentualnie zabij X graczy konkretną bronią. Co gorsza, opowiadana przez Bloodhunt historia jest tak bardzo rozmyta, że nawet czytając wszystkie dialogi (dubbingu, nie licząc pojedynczych kwestii, brak) trudno jest zapamiętać, co się tak naprawdę dzieje. To oczywiście w grze typu Battle Royale kwestia drugo-, a nawet trzeciorzędna, ale wciąż Bloodhunt śmierdzi na kilometr zmarnowanym potencjałem fabularnym.

Klaska i gracja

Gra Sharkmob błyszczy również pod względem technicznym. Jasne, Vampire: The Masquerade – Bloodhunt nie jest wyjątkowo piękny, ale nadal prezentuje się kapitalnie. Skąpana w mroku nocy Praga, oświetlana wyłącznie latarniami i błyskami z luf pistoletów, jest zjawiskowa i cieszyć grą można się nawet w trakcie spokojnych spacerów jej uliczkami. Dźwiękowo również jest całkiem nieźle, aczkolwiek bez większych fajerwerków. Wspomnieć warto jedynie o polskim dubbingu – zbędnym, wymuszonym po wybraniu polskich serwerów, ale jednak obecnym. Bloodhunt działa ponadto wyjątkowo dobrze – w 60 FPS w trybie wydajności lub 30 FPS z priorytetem jakości – i w zasadzie pozbawiony jest błędów.

Bloodhunt - wypijanie krwi

Lepiej późno, niż wcale

Jestem jak zawsze spóźniony i do Vampire: The Masquerade – Bloodhunt usiadłem dopiero wtedy, kiedy jego koniec stał się nieunikniony. Stanowię zatem część problemu. Byłem w końcu od samego początku sceptycznie nastawiony i spisałem grę na straty, nie dając jej nawet szansy. Kajam się teraz, bo tytuł Szwedów momentalnie skradł moje serce świetną rozgrywką, klimatycznym światem i unikalną mapą, stając się tym samym jednym z moich największych odkryć ubiegłego roku. Jeżeli podobnie jak ja odkładaliście zagranie w Vampire: The Masquerade – Bloodhunt na później, to zróbcie to teraz. Macie czas do 28 kwietnia i jestem pewien, że nie pożałujecie.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.



Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top