Studio Omega Force ma na swoim koncie kilka naprawdę udanych produkcji. Mowa tutaj o: Hyrule Warriors: Age of Calamity, Persona 5 Strikers czy Fire Emblem Warriors. Tym razem postanowili uderzyć w nieco inną nutę. Taką, w której mistrzem jest inna firma, Capcom. Seria Monster Hunter do tej pory nie miała konkurencji, ale Wild Hearts to zmienił. Dla graczy to dobra wiadomość głównie dlatego, że omawiana produkcja jest bardziej przystępna, a pod pewnymi względami lepsza. Nowy łowca wkroczył na rynek z przytupem i liczę, że to dopiero początek jego historii.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Wild Hearts to nie tylko wiele potwory
Domeną gier skupiających się na łapaniu bądź eksterminacji wielkich bestii jest dość szczątkowa fabuła. Taka, która jest jedynie tłem uzupełniającym całą resztę. Jeżeli człowiek się na niej nie skupi, to w zasadzie, jakoś wiele na tym nie straci. W dziele od Omega Force jest inaczej. Tutaj od początku czuć, że historia idzie na równi z rozgrywką i nie jest jedynie zapychaczem. Opowieść sama w sobie nie jest na poziomie trzeciego Wiedźmina, lecz odgrywa swoją rolę. Gracz sam określa, kim jest i skąd pochodzi jego postać, ale nie ma to większego wpływu na dalszą fabułę.
Wcielamy się w łowcę, który jest w stanie korzystać z mocy drzemiącej w naturze, takiej, która niegdyś była powszechna dla wszystkich. Dziś jednak praktycznie zniknęła i nikt do końca nie wie, czemu tak się stało. Wojna w regionie, migracje potworów, zmiany środowiska. Powodów może być wiele. Kiedy trafiamy do Minato, okazuje się, że miasto jest w rozsypce, ludzie powoli tracą nadzieję i żyją z obawą o to, co będzie jutro. Nie pozostaje nic innego, jak trochę ich wspomóc, poznając przy tym ich samych. W ten sposób nawiązujemy relacje, przywiązujemy się i kolejne polowania od razu nabierają większego sensu.
Wraz z naszymi poczynaniami całość zaczyna odżywać. Pojawiają się nowe budynki, zaczynają działać stare machiny, a i sami ludzie obdarzają nas zaufaniem. Niby nic wielkiego, ale miło zobaczyć efekt tego, co robimy poza miastem. Dla jednych to wszystko będzie miałkie czy infantylne, ja jednak polubiłem dane persony. Mamy ambitną i odważną Natsume zajmująca się kowalstwem. Byłego wojownika Ujishige, który dziś jest już bardziej pijaczyną i gawędziarzem. Młodego rybaka Nobumitsu chcącego za wszelką cenę dorównać swojemu legendarnemu ojcu. Nie można też zapomnieć o pani Kogyoku prowadzącej sklep w Minato, outsiderce, dla której prowadzenie biznesu w takim miejscu nie jest wcale takie proste.
O co w tym wszystkim chodzi?
W skrócie, mamy zabijać wielkie bestie, które z jakiegoś powodu sieją chaos i zniszczenie. Te przestały żyć w zgodzie z naturą i jeżeli ich nie zatrzymamy, to nie zostanie już nic. Walka z założenia jest prosta, w zależności od broni mamy ataki lekkie oraz silne, uniki i umiejętności specjalne. Brak staminy sprawia, że nie musimy się bać o kondycję postaci, ale spokojnie, przeciwnicy zadbają o to, abyście nie mogli atakować bez końca.
Nie ma tutaj miliarda przedmiotów, które możemy używać w czasie walki, jest za to woda lecznicza i tyle. Wydaje się, że nie ma tego zbyt wiele, ale to tylko pozory, ponieważ gra oferuje budowanie! Tak, dobrze przeczytaliście, to może nie Minecraft czy Fortnite, ale w czasie starć połowa naszej pracy to bycie Bobem Budowniczym.
Nie, to nie jest nic złego. Nie, to nie sprawia, że gra jest gorsza, trudniejsza, nudniejsza. Proszę nie generalizować. Ludzie z Omega Force wiedzieli, co robią i zrobili coś solidnego. Karakuri, bo tak nazywają się wytworzone dzieła to coś wspaniałego i daje więcej frajdy niż cała paleta combosów z Monster Huntera. Tak, napisałem to! Tworzenie małych, dużych i wielkich struktur daje ogromne pole do popisu w Wild Hearts. W ten sposób szybko wzniesiemy się w powietrze i zaatakujemy z góry. Stawiając małą skrzynkę lub kilka również to zrobimy, lub ułatwimy dotarcie do danego miejsca. Natomiast budując ich więcej, otrzymamy bramę. Taką, która zatrzyma Giga Dzika i wystrzeli go w powietrze jak zespół R z Pokemonów. Mało Wam?
Więcej Karakuri!
Co powiecie na kadzidło lecznice, wielki harpun zatrzymujący bestie, pułapki, bomby ogłuszające, bomby wybuchowe, małe paleniska do podpalania naszych broni i wiele więcej. Opcji i kombinacji jest dużo. Karakuri dzielą się na takie do walki i te do różnych innych zadań. Po co biegać po mapie? Postawmy system lin do przemieszczania się. Po co zbierać materiały? Zbudujmy punkt wydobywczy. Po co mieć jeden obóz? Zróbmy kilka i to tam, gdzie chcemy. Tych „rzeczy” wykonujących różne czynności i spełniających wiele funkcji jest w grze mnóstwo. Jedyny problem to surowce. Bez nich nici z budowania. Te do walki otrzymujemy od pomocnika — tak, tutaj takowy jest i wspiera nas w zabawie solo — lub rąbiąc drzewa czy krusząc kamienie. Drugie wymagają aktywacji źródeł. Im więcej ich mamy, tym liczba dostępnych do postawienia Karakuri wzrasta. Takie punkty można również wzmacniać, przedmiotami zebranymi w czasie eksploracji lub samych starć.
Wild Hearts nie jest skomplikowane
Poprzedni akapit mógł Was nieco skonfundować, ale sama gra wszystko dobrze nam tłumaczy kroczek po kroczku. Nawet nie znając angielskiego zrozumiecie o co chodzi — w końcu polski znacie, a tytuł go posiada. Wspomniałem o tym, co gra oferuje, a tego jest sporo, bo mała nie jest, ale nie rzuca na głęboką wodę. Zaczynamy od jednej skrzynki, zebrania kwiatków, pokonania szczura, a dopiero potem poprzeczka lekko się podnosi.
Im dalej, tym więcej, ale w odpowiednim tempie, to coś czegoś konkurencyjna seria nie za bardzo jeszcze umie, a tutaj zrobiono to tak, jak należy. Nie bójcie się eksperymentować, bawić tym wszystkim. Nie da się tutaj nic zepsuć permanentnie. Broni nie trzeba ostrzyć, zbroja Wam nie pęknie, ale możecie natomiast przed wyruszeniem coś zjeść. Rybkę, mięsko, a może glonka? Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zbudować małą wędzarnię, beczkę z solą czy inne kulinarne narzędzia. W ten sposób zwiększycie efekty jadalnych przedmiotów. Więc i lekka sekcja kulinarna została zawarta w tej produkcji.
Przed wyruszeniem na polowanie, zbierz drużynę
Co-op jest istotnym elementem omawianej produkcji. Zabawa solo to jedno, ale polowania w grupie to zupełnie inna jakość. Bestie są wtedy silniejsze, ale i my mamy większe możliwości. Gra oferuje kilka opcji, jak takie wyprawy mogą wyglądać. Można dołączyć do już trwającej sesji i wspomóc kogoś. Gra pozwala też zaprosić innych do siebie i wspólnie wyruszyć na łowy. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wezwać pomoc, jeżeli dany oponent sprawia nam trudności. Niezależnie od wybranej opcji, na polu walki wraz z nami mogą przebywać jeszcze dwie osoby. Zespół więc składa się z trzech postaci.
Nie muszą to być Wasi znajomi, chętnych graczy z całego świata nie brakuje. Jeżeli w danym momencie nikt nie poluje na konkretną bestię, możemy stworzyć sesję jako host i w ten sposób dać znać, że każdy może dołączyć. Nie czekałem dłużej niż 3 minuty, aby lobby zostało zapełnione, a grałem przecież na docelowo najmniej popularniej platformie. Jeżeli chcemy się komunikować, to WH oferuje czat głosowy w grze, a także prosty system wiadomości czy obrazków. Wszystko, co tak naprawdę będzie Wam potrzebne. W większości przypadków każdy wie, co należy zrobić i od razu bierze się do roboty. Sprawny system, który naprawdę dobrze działa i ciężko się tutaj do czegoś przyczepić. Ani razu nie zerwało mi połączenia, nikogo nie wyrzuciło. Możliwe, że miałem szczęście, ale na 65 godzin zabawy, to chyba wyczerpałbym limit szczęścia, prawda?
Piękny i bogaty w świat Wild Hearts
Ludzie z Omega Force wykonali naprawdę solidną robotę. WH jest naprawdę piękne, bogate w detale i nawet wielkie obszary nie są nudne czy puste. Widoków zapierających dech w piersiach jest tu mnóstwo, do tego same projekty bestii, postaci, ekwipunku, animacji. Nawet mało znaczące miejsca trzymają poziom. Nie pozostawiono tutaj niczego bez opieki. Bogata roślinność, wszędzie małe insekty lub inne stworzenia, stare fortyfikacje, piękne drzewa, no czysta poezja dla oczu. Kwiaty poruszające się na wietrze, zmienna — chociaż nie jakoś często — pogoda, pory dnia, to wszystko robi ogromne wrażenie. Efekt odrobinę psuje dynamiczne skalowanie rozdzielczości, ale to tylko w czasie bardzo dynamicznych starć. Podczas eksploracji jest lepiej niż dobrze.
Miłym akcentem było lekkie rozmycie płatków śniegu czy kropel deszczu. Dokładnie jak w rzeczywistości. Każdy z tych elementów wpływa na to, co widzimy i w grach taki zabieg wcale nie jest częsty. Setki, jak nie tysiące małych obiektów wprowadzających minimalne zniekształcenia obrazu dają solidny efekt. Ta dbałość o detale to coś, z czego twórcy mogą być naprawdę dumni, bo przykładów jest znaczenie więcej, jak chociażby dobre wykorzystanie screen space reflections w nocy, piękna paleta barw w czasie zachodu słońca i wiele więcej. Do tego efekty cząsteczkowe na każdym kroku w tym w czasie łowów. Nawet wielka ognista skała rzucona przez olbrzymią rozwścieczoną małpę zasługuje na uznanie.
Muzyka w czasie walki spełnia dobrze swoją funkcję i zagrzewa do walki, ale wszędzie indziej jest po prostu poprawna. Taka, że w sumie już o niej za bardzo nie pamiętam. Niby nie jest zła, ale nie zapada w pamięci. Efekty dźwiękowe trzymają natomiast wysoki poziom. Dotyczy to odgłosów oręża, wybuchów czy ryków bestii. Nawet odgłosy natury to coś, co ładnie wzbogaca klimat gry. Nie inaczej jest z voice-actingiem, tym oryginalnym, japońskim. Dobrze dobrano aktorów głosowych, a część z nich ma naprawdę imponujące portfolio. Polecam więc całość ustawić na rodzimy język, a same dialogi skierować ku Wchodowi. Nie pożałujecie.
Technicznie nierówna
Obecna generacja pozwala grać w wyższej rozdzielczości i 30 FPS-ach lub niższej, ale płynniejszej rozgrywce. Wild Hearts również coś takiego oferuje, chociaż nie jest tak ładnie, czy tak stabilnie, jakby można oczekiwać. Żaden z trybów nie jest idealny, ale na Xbox Series X lepiej zdecydować się na ten drugi. O wiele częściej otrzymamy te 60 klatek, chociaż jedynie w 1080p. Doskonale wiemy, że konsolę stać na więcej, dlatego dziwi mnie, że nie udało się tego dowieźć.
Problemy pojawiają się głównie wtedy, gdy na ekranie mamy dziesiątki animacji i innych graczy. Całość potrafi zwolnić, ale nie na tyle, aby zabawa była jakaś nieprzyjemna. Mocno liczę, że kolejne łatki poprawią ten stan rzeczy, gdyż dodatkowo, pewne opcje graficzne wydają się nie działać na tej wersji. Tylko Xbox ma nieco inną paletę oraz cienie niż PC czy PS5. To nadal ładna gra, ale wiem, że może być lepsza. Wiodącą platformą na pewno była maszynka Sony, bo właśnie na niej, tytuł sprawuje się obecnie najlepiej.
Kupić czy nie kupić?
To według mnie najprzystępniejszy tytuł opierający się na walce z dużymi bestiami. Mechanicznie prostszy, bardziej dynamiczny z wieloma rozwiązaniami ułatwiającymi życie do tego z polską lokalizacją. Nie trzeba jakoś mocno kombinować z ekwipunkiem, spędzać wielu godzin nad zrozumieniem danych rzeczy. Jednocześnie, jeżeli ktoś przejdzie i będzie miał apetyt na więcej, to spokojnie można uderzać do serii serii Monster Hunter.
Będziecie już gotowi na to, co produkcje Capcomu mają Wam do zaoferowania. Warto pamiętać, że Wild Hearts ma swoje problemy, zajmie Wam minimum 40 godzin i jeżeli sama walka Was nie wciągnie, to cała reszta też nie. Warto więc sprawdzić demo w ramach EA Play lub Game Pass, gdzie 10 godzin zabawy w zupełności Wam wystarczy do podjęcia decyzji. Ja się zatraciłem i na pewno jeszcze wrócę do tego świata. Dodatkowo, liczę na DLC i kontynuację, bo potencjał jest naprawdę duży!
PS. Po ukończeniu wątku głównego można grać dalej. Endgame to jeszcze silniejsze potwory, nowe bronie, ekwipunek i wyzwania. Zabawa więc będzie mogła trwać jeszcze wiele godzin.
Gameplay

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Za udostępnienie gry do recenzji dziękujemy agencji Monday oraz Electronic Arts.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.








