Za pan brat jestem z produkcjami retro, więc niczym dziwnym jest dla mnie sięganie po starocie. Jasne, wraz z wiekiem coraz częściej zaczynam zastanawiać się nad przemijaniem, spoglądając na obchodzące swoje dwudzieste urodziny tytuły i konsole, które przecież w mojej pamięci nadal są całkiem świeże. Nic jednak nie przygotowało mnie na bolesną falę świadomości o własnej śmiertelności, kruchości życia i upływającym czasie, którą wywołało odkrycie, że World of Goo – jeden z pierwszych, komercyjnych sukcesów pośród gier indie, które utarły drogę innym indykom – nie tylko obchodzi w tym roku osiemnastkę, ale ponadto w ramach abonamentu Netfliksa można ograć World of Goo Remastered.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Panie, kto to Panu tak zremasterował?!
Nie będę owijał w bawełnę, określenie tej produkcji remasterem jest mocno na wyrost. Gra w wersji Netfliksa nie oferuje tak naprawdę niczego nowego ponad to, co wprowadzono już w ramach uaktualnionej edycji z 2018 roku, dostępnej zarówno na PC-tach i konsolach, jak i na urządzeniach mobilnych. Wyższa rozdzielczość i dostosowanie do wyświetlaczy panoramicznych – wszystko to już było. Brak tu nowej zawartości czy powrotu wyciętej jak choćby dostępnego wyłącznie na Wii modułu wieloosobowego. Brak też jakichś większych usprawnień, które mogłyby uprzyjemnić rozgrywkę, więc zapomnijcie o możliwości przybliżania czy oddalania obrazu. World of Goo Remastered to po prostu World of Goo – ni mniej, ni więcej.

Solidna, choć wiekowa produkcja
Psikus polega na tym, że to wystarcza, bo stworzona przed 2D Boy produkcja fenomenalnie wręcz znosi upływ czasu. Pomysł na tworzenie konstrukcji z przesłodkich, żyjących glutków, celem przetransportowania ich do prowadzącej ku kolejnemu poziomowi rury okazał się genialny w swojej prostocie, a przy okazji na tyle elastyczny, że twórcy mogli pozwolić sobie na sporą dozę eksperymentowania z formułą. W efekcie gra w przeciągu tych potrzebnych na jej przejście pięciu godzin nie nuży, co rusz dorzucając nową mechanikę. Dość powiedzieć, że zaczynamy od wznoszenia prostych mostów, by w pewnym momencie dosłownie wzbić się w przestworza.
World of Goo jest przy tym produkcją naprawdę przystępną, acz bynajmniej nie prostacką. Znalezienie rozwiązania wymaga pomyślunku, natomiast możliwych sposobów na dostarczenie glutów do rury w większości sposobów jest przynajmniej kilka. Całość opiera się bowiem na fizyce, którą – jeżeli tylko potrafimy to zrobić – możemy naginać do własnych celów. To gra logiczna, która premiuje kreatywność, a nie wyłącznie podążanie z góry wyznaczoną ścieżką. Dzięki temu sukces często odnieść można, budując przemyślane konstrukcje, ale też pracując w duchu PRL-owskiego budownictwa, byle było. Satysfakcja z ukończonego poziomu jest równie dużo w obu tych przypadkach, a potrafi być nawet większa, kiedy ostatnie gluty dostarczymy do rury mieszanką szalonej pomysłowości i łuta szczęścia. Warto się przy tym postarać, by zebrać więcej glutów niż narzucone nam minimum, bo nadmiar będziecie mogli wykorzystać do budowy jak najwyższej wieży w specjalnym trybie.

Światowa Korporacja Glut
Całą przygodę ubrano w uroczą, choć bzdurną otoczkę fabularną, poprzez którą obserwujemy coraz to bardziej destrukcyjny wpływ Światowej Korporacji Glut na życie glutów. Historia w ramach pięciu rozdziałów (wliczając epilog) zabiera nasz podróż po całej planecie, pozwalając na poznanie jej dziwactw oraz nowych odmian glutów, jak chociażby te baloniaste, pozwalające na unoszenie budowanych konstrukcji. Fabuła, zamiast opowieści, służy zatem raczej rozgrywce, wyjaśniając pojawianie się nowych mechanik.
Kolorowy świat glutów
Ma ona też wpływ na oprawę, ponieważ Świat Glutów wygląda zupełnie inaczej w każdym z rozdziałów, oferując graczowi zarówno śliczne łączki, jak i mroczne podziemia czy też wręcz wirtualne światy. Wszystko połączone jest spójną pomimo różnorodności i zwyczajnie śliczną, dwuwymiarową oprawą graficzną, nadającą całości masy uroku. Znów, remaster niewiele pod tym względem poprawia. World of Goo było piękne już w momencie oryginalnej premiery w 2008 roku, teraz uwspółcześnione o większą liczbę pikseli. Boli jedynie, że obraz nadal jest nieco zbyt mocno – jak na mój gust – przybliżony, wywołując poczucie klaustrofobii. Bezbłędna jest natomiast warstwa audio, na czele z kapitalną, inspirowaną muzyką klasyczną… cóż… muzyką oraz uroczymi odgłosami glutków.
Mysz ponad palce
Najgorszym i w zasadzie jedynym problematycznym aspektem World of Goo Remastered jest sterowanie. „Odświeżona” wersja Netfliksa dostępna jest wyłącznie na urządzeniach mobilnych. Ma to swoje plusy, bo krótkie poziomy idealnie sprawdzają się w trasie, a dotykowe przerzucanie kulek w pożądane miejsca często jest szybsze, niż w przypadku myszy. Niestety cierpi na tym precyzja i notorycznie zdarzało mi się chwycić nie tego glutka, którego chciałem lub przypadkowe postawić kolejny segment konstrukcji w zupełnie złym miejscu. Na iPadzie jest to wprawdzie nieco mniejszy problem ze względu na większe rozmiary ekranu, ale granie w World of Goo na iPhonie (lub, szczerze mówiąc, na dowolnym innym telefonie) to katorga. Owszem, od biedy można, ale bądźcie gotowi na to, że Wasze palce będą zasłaniać połowę ekranu i chwytać nie to, co trzeba.
Remaster tylko z nazwy
Toteż choć World of Goo samo w sobie nawet po latach jest fantastyczną produkcją, wersja Netfliksa jest zaledwie kolejnym portem, tym razem przywłaszczonym przez telewizyjnego giganta i nieprzynoszącym ze sobą absolutnie nic nowego. Kupować abonamentu dla World of Goo Remastered raczej nie warto, ale jeżeli subskrybujecie Netfliksa i nigdy nie graliście w tego klasyka, to niezła opcja, by w końcu go nadrobić. To powiedziawszy, polecałbym jednak wersję na komputer lub cokolwiek z dużym ekranem.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

