Kultura Bliskiego Wschodu – jakąkolwiek renomą by się w naszym kraju nie cieszyła – ma w sobie coś magicznego. Jest na tyle nam bliska, byśmy mogli ją zrozumieć, a jednocześnie na tyle odległa, że obcowanie z jej osiągnięciami zakrawa na pewien mistycyzm, przede wszystkim, kiedy cofniemy się o setki lat, do czasów jej największego rozkwitu. Wspominam o tym dlatego, że Airborne Kingdom od The Wandering Band zdaje się czerpać z jej – z braku lepszego słowa – stylistyki, stanowiąc przy okazji strategię ekonomiczną inną niż wszystkie.
Dalsza część tekstu pod materiałem video
Strategia ekonomiczna inna niż wszystkie
Przede wszystkim zapomnijcie o poszukiwaniu idealnego miejsca na budowę swojego miasta i metodyczne drenowanie złóż z surowców naturalnych. Takie banały niech zatrzyma sobie seria Anno czy inny Frostpunk, Airborne Kingdom – jak można się domyślić po tytule – dosłownie wynosi rozwijanie swojego królestwa na szczyt świata. Obejmujemy bowiem kontrolę nad miastem-statkiem, którego plany nasz lud odnalazł gdzieś w ruinach cywilizacji wraz z proroctwem, głoszącym o podniebnym królestwem, które zjednoczy wszystkie ludy świata, pozwalając tym samym ludzkości na przetrwanie.

Nie zgadniecie, ale to właśnie w naszych rękach znalazła się misja wypełnienia owej przepowiedni i dotarcie do każdego z dwunastu odseparowanych od siebie królestw i przekonanie ich, by dołączyli do naszego sojuszu. Proces ten nie jest zbyt skomplikowany i każdorazowo wiąże się z wykonaniem dla nich jakiejś przysługi. Jedni powitają nas z entuzjazmem, prosząc tylko, byśmy odnaleźli ich zaginionych braci, by i oni mogli cieszyć tym cudownym dniem. Inni, bardziej sceptyczni, zażądają udowodnienia swojej prawdomówności, odnajdując chociażby pradawny artefakt. Znów, filozofii nie ma tutaj żadnej, wystarczy udać się do zaznaczonego na mapie okręgu i na jego terenie odnaleźć odpowiednią lokację, a potem wrócić do zleceniodawcy i dostarczyć mu surowców oraz robotników, potrzebnych do wybudowania portu lotniczego.
Uzależniające zbieractwo
Może się wydawać, że na dłuższą metę ta powtarzalność będzie męczyć, ale nie dzieje się to z dwóch powodów. Po pierwsze, Airborne Kingdom zamyka się jakichś 6-7 godzinach, więc do finiszu docieramy raczej po krótkiej przebieżce, aniżeli maratonie. Po drugie, ta prostota rozgrywki paradoksalnie ma w sobie coś uzależniającego. W końcu jak tu skończyć grać, jeżeli tylko kilka, może kilkanaście minut dzieli nas od wypełnienia kolejnego celu. Uczucie to, tak dobrze znane fanom serii Civilization, jest tu wyjątkowo silne i nie opuszcza grającego ani na moment.

Żeby jednak nie było za nudno, nasze miasto to – jakby nie było – potężny, latający statek, żrący węgiel niczym zdezelowana Corsa olej. Na jego pokładzie żyją przy tym ludzie, którzy już po prostu żrą i piją, jak każdy normalny człowiek. Trzeba zatem zadbać o to, by w magazynach zawsze było pod dostatkiem strawy, napitku i śląskiego diamentu. Jako że nieustannie pozostajemy w ruchu, to niejako z automatu stajemy się reprezentantami kultury zbieracko-łowieckiej. Wszystko, czego nam potrzeba, daje nam natura. Wystarczy tylko wysłać kilku śmiałków w samolotach na szabry, a oni niedługo później powrócą na pokład z koszykami pełnymi frykasów czy kruszców.
Mikrozarządzanie
W końcu, żeby rozwijać swoje miasto, musimy mieć z czego budować kolejne budynki. Między innymi drewno, glinę i kwarc również musimy zebrać, a później też poddać odpowiedniej obróbce w hutach i fabrykach, by nadawały się do użytku. Toteż, choć samo jednoczenie królestw nie jest zbyt skomplikowane, na pokładzie naszego statku nieustannie jest coś do roboty. Wszak wraz z rozrostem miasta, potrzeby naszych obywateli rosną – wymagają chociażby budowania minaretów, oświetlania ścieżek czy dostępu do szpitali. Każdy nowy domek to natomiast obciążenie dla naszego statku, więc rozrost trzeba odpowiednio przemyśleć.

Nierównomierne rozstawienie budynków poskutkuje przechyleniem się platformy w jedną stronę, skutkując nie tylko zmniejszeniem prędkości poruszania się, ale też niezadowoleniem mieszkańców. Ci zresztą oburzą się, jeżeli ich domostwa ulokujemy zbyt blisko fabryk. Większa liczba budynków to też większe obciążenie dla silników, więc należy pamiętać o wzniesieniu dodatkowych silników, ciągnących całość do przodu oraz maszyn, dbających o odpowiednią „wyporność”. Może to brzmieć skomplikowanie, ale dla każdego weterana strategii ekonomicznych będzie to chleb powszechny, a i niedzielni ekonomiści odnajdą się w tym rozgardiaszu dość szybko.
Bezstresowy lot
Airborne Kingdom jest bowiem grą wyjątkowo przystępną i nawet pomimo kilku utrudnień, jak chociażby obecność terytoriów skąpych w żywność czy węgiel, przejście całości nie powinno nikomu nastręczyć większych problemów. Poziom adrenaliny może się niekiedy nieco podnieść, gdy zdamy sobie sprawę, że kończy się woda pitna, a my wesoło lecimy sobie nad skąpym w nią archipelagiem, ale zazwyczaj dość szybko można znaleźć małe źródełko lub po prostu przehandlować zalegające surowce za kilka litrów napitku w pobliskim królestwie. Jeżeli to dla Was za mało, to zawsze po skończeniu podstawowej kampanii można odpalić tryb New Game+, w którym czekać na Was będzie większa mapa i losowo wykreowana mapa oraz kilka modyfikatorów. Z drugiej strony dostępny jest też Creative Mode, zapewniający jeszcze bardziej relaksujące doświadczenie.
The Lost Tundra
Jeżeli zjednoczyliście już wszystkie królestwa w podstawowej kampanii Airborne Kingdom, a trudniejszy tryb rozgrywki niezbyt Was jara, to mam dobre wieści, bo w dwa lata po premierze The Wandering Band udostępniło darmowy dodatek The Lost Tundra, zaprojektowany z myślą o weteranach oryginału. Rozszerzenie zabiera nas na północ, do – niespodzianka – mroźnej, pokrytej grubą warstwą śniegu tundry, gdzie pomożemy mieszkańcom pewnej osady w odnalezieniu ich pobratymców, którzy utknęli gdzieś pośród zmarzliny.
Największą przeszkodą w wykonaniu zadania jest otoczenie, bo tundra kompletnie pozbawiona jest żywności, wody pitnej i węgla. Mało tego, im dalej na północ, tym temperatura robi się niższa, wpływając na wydajność pracy naszych budynków, nie tylko wydłużając tym samym czas produkcji materiałów, ale też obniżając prędkość i wyporność statku. Do wyprawy należy się zatem odpowiednio przygotować i zadbać o wystarczające zapasy, a najlepiej także ich dodatni przyrost. W przeciwnym razie co rusz będziemy musieli wracać na południe, do najbliższego miasta, by uzupełnić magazyny. Z mrozem walczyć będziemy natomiast przy pomocy pieców – nowego budynku, wymagającego zarówno węgla, jak i oddelegowania części mieszkańców do pracy w kotłowni.

Pierwsze kroki na nowym terenie są dość ekscytujące. Nie wiemy, co nas czeka i ze zgrozą obserwujemy spadające wskaźniki wydajności i stanów magazynowych. Jest to niemniej jedyna rzecz, którą musimy się martwić. Sama misja jest dość prostolinijna – odwiedzić dwanaście osad i zebrać z nich mieszkańców, którzy w ramach wdzięczności zaoferują swoją pomoc na statku i zapewnią nam mały zastrzyk zasobów. W międzyczasie można pozbierać nowe elementy stylistyczne dla statku i kilka ozdób, ale poza tym tundra jest zupełnie pusta.
Mimo wszystko doświadczenie zapewniane przez dodatek stanowi wyjątkowo miłą odmianę po przygodach z podstawki. Przygotowywanie się do wyprawy ma swój urok, a i przemierzaniu śniegowej pustyni odmówić mu nie można. To powiedziawszy, muszę zaznaczyć, że najpewniej padłem ofiarą błędu, bo z jakiegoś powodu mieszkańcy stracili apetyt na wodę, a piece okazały się wyjątkowo ekologiczne, pracując w zasadzie bez użycia węgla. Strywializowało to w pewnym stopniu zabawę, aczkolwiek wciąż walka z wypornością i duszącymi się silnikami sprawiła mi masę satysfakcji. Zresztą trudno tu tak naprawdę narzekać, The Lost Tundra zostało udostępnione za darmo, więc żal nie sprawdzić.
Mapa jak malowana
Kapitalne wrażenie robi natomiast oprawa audiowizualna. To właśnie tutaj znajdziemy większość inspiracji Bliskim Wschodem (aczkolwiek motyw nomadyzmu i minarety odpowiadające zaspokajanie potrzeb duchowych też trudno pomylić z czymkolwiek innym). Już sama mapa, przybierająca formę… cóż… mapy, pokryta jest malowidłami, przywodzącymi na myśl bliskie sercu każdego Polaka perskie dywany. Architektura budynków, które budujemy na naszym statku, także w dużej mierze przypominają coś, co zobaczyć mogliśmy w Assassin’s Creed: Mirage bądź podczas wakacji all-inclusive w Egipcie. Również menusy obdarzoną arabskimi zawijasami, zarówno w kształcie okienek, jak i w zastosowanych fontach, a bliskowschodnie wpływy dojrzeć, a raczej dosłyszeć można w kapitalnej, kojącej nerwy ścieżce dźwiękowej.
Strategia wysokich lotów
Pięknych to było kilka godzin i Airborne Kingdom z miejsca trafiło na moją prywatną listę najciekawszych produkcji, w które przyszło mi zagrać w tym roku. Owszem, nie jest to tytuł dla ekonomicznych półbogów, poszukujących w grach z tego gatunku przede wszystkim złożoności. To raczej uproszczona strategia ekonomiczna, która swoją prostotę z nawiązką nadrabia przecudownym klimat, piękną oprawą i uzależniającą rozgrywką. Żal jedynie, że nie uświadczymy w niej polskiej wersji językowej, więc nieznających angielskiego bądź jednego z kilku innych zawartych w grze języków obcych, ominie spora część snutego w dość licznych opisach lore tego zrujnowanego świata. Niemniej, nawet bez tego, w Airborne Kingdom trudno jest się nie zakochać.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!




