Assassin’s Creed: Black Flag Resynced – recenzja (PC). Powrót Edwarda w wielkim stylu

Gra dostępna na:
PC
PS5
XSX
Logo Assassin’s Creed: Black Flag Resynced z postaciami i statkiem w tle.
Artur Janczak
Artur Janczak

Są takie gry, które wszyscy dookoła uwielbiają, a ty jakoś nie potrafisz się w nie wciągnąć. Assassin’s Creed IV: Black Flag był dla mnie dokładnie takim tytułem. Odpaliłem oryginał lata temu, pożeglowałem trochę po Karaibach i po pewnym czasie zwyczajnie się odbiłem, gubiąc gdzieś zapał, którym zarażali mnie wszyscy wokół. Dlatego do Black Flag Resynced podchodziłem bez wielkich emocji, raczej z rezerwą niż ekscytacją. A potem stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem, po prostu wsiąkłem w tę grę na całego.

Odświeżony, nie stworzony od nowa

Przy każdym remake’u czy remasterze wraca to samo pytanie: czym właściwie jest to, w co gramy? W przypadku Black Flag Resynced najbliżej prawdy będzie chyba określenie przebudowany klasyk. To nie jest zwykłe podbicie rozdzielczości tekstur z paroma poprawkami, ale też niepełnoprawny remake, który zmieniłby serce oryginału nie do poznania. Oprawę graficzną stworzono od podstaw na najnowszej wersji silnika Anvil, tego samego, który napędza Assassin’s Creed Shadows, a nad całością czuwało Ubisoft Singapore, studio pracujące przy serii jeszcze od czasów Assassin’s Creed Brotherhood. Sam szkielet fabularny pozostał przy tym zasadniczo ten sam, wzbogacony o kilka nowych scen i wątków pobocznych.

Pierwsze minuty z Edwardem w dokach

I to jest największa zaleta tego podejścia. Twórcy najwyraźniej zrozumieli, że Black Flag nie wymagał wymyślania na nowo, a jedynie unowocześnienia i rozbudowy. To wciąż ta sama opowieść o Edwardzie Kenwayu, tyle że opowiedziana w sposób, który wreszcie mnie do niej przekonał. Śmiem twierdzić, że Resynced wygląda dokładnie tak, jak zapamiętaliśmy oryginał, dopóki nie odpalimy starej wersji i nie przetrzemy oczu ze zdumienia.

Abstergo puszcza swój film

Najbardziej odważną decyzją twórców jest przeniesienie wątku współczesnego z dala od eksploracji na piechotę. Wiem, że część fanów lubi szerszą mitologię serii, ale ręka w górę, kto naprawdę tęsknił za wyrywaniem z rozgrywki na rzecz błąkania się po biurach Abstergo. Zamiast tego dostajemy elegancką klamrę: siedzimy w nowej iteracji Animusa EGO, gdzie odtwarzamy przy przygodę Kenwaya niczym film udostępniony publiczności. To sprytne rozwiązanie, bo fabularnie tłumaczy, skąd nagle wziął się nowy sprzęt i dodatkowa zawartość, których w pierwowzorze nie było.

Nieco smutny protagonista Assassin’s Creed: Black Flag Resynced

Co ciekawe, akcja osadzona jest teraz w bieżącej linii czasowej serii, a więc już po wydarzeniach z Assassin’s Creed Shadows. Zamiast sekcji w teraźniejszości natrafiamy na animusowe szczeliny o sugestywnych nazwach pokroju Wayward Souls, prezentujące alternatywne wersje losów bohaterów, na przykład to, co stałoby się, gdyby Edward faktycznie dotrzymał obietnicy i wrócił do domu. Te fragmenty wypadają lepiej i są mocniej wplecione w główną narrację niż podobny pomysł z Shadows. Bez ciągłego wyrywania z Karaibów historia Kenwaya oddycha, a jej tempo zyskuje na spójności.

Kenway bije jak w Mirage

System walki to obszar, który zmieniono najmocniej. Zapomnijcie o trzymaniu jednego przycisku i kontrowaniu wszystkiego dookoła. Starcia oparto teraz na przełamywaniu gardy przeciwnika, po którym otwiera się okno na natychmiastowe wykończenie. Jeśli graliście w Assassin’s Creed Mirage albo Shadows, poczujecie się jak w domu: niebieskie ataki parujemy, czerwonych unikamy, a do tego dochodzą kopniaki, podcięcia nóg, ciężkie cięcia i przyciąganie wrogów linką z ostrzem. Przez pierwsze godziny musiałem złapać nowy rytm, ale gdy już się wczułem, walka zaczęła cieszyć jak nic w pierwowzorze.

Jedna z rozmów w Assassin’s Creed: Black Flag Resynced

Nie obyło się jednak bez ofiar tej przebudowy. Zniknęła możliwość schowania mieczy i walki wyłącznie ukrytym ostrzem, a także podnoszenia broni po pokonanych przeciwnikach, więc muszkietom i toporom mówimy pa. Rozumiem, że w praktyce były to bajery, z których mało kto korzystał, ale trochę mi ich żal, bo dodawały charakteru. Ostatecznie nowy model walki jest na tyle dynamiczny i satysfakcjonujący, że jestem gotów wybaczyć te straty. Pasuje też do Edwarda, który jest raczej brutalnym piratem niż wyszkolonym asasynem.

Skradanie, które wreszcie działa

Oryginalny Black Flag miał ten problem, że chciał od Edwarda skradania, którego bohater kompletnie nie potrafił. Resynced rozwiązuje to niemal od ręki, dodając wreszcie porządny przycisk kucania, przeprojektowane lokacje i o wiele pewniejsze narzędzia do pozostawania w cieniu. Brzmi jak drobiazg, ale w praktyce zmienia to przepływ misji nie do poznania. Zniknęła frustracja, w której walczyło się bardziej z grą niż z jej przeciwnikami, a podchodzenie celów wśród plantacji czy skradanie się przez zakazane strefy stało się przyjemnością.

Edward patrzy na swoją osadę

Parkour to kolejna miła niespodzianka. Edward przemyka po dachach i dżungli z dużo większym wyczuciem pędu niż kiedyś, a znienawidzone misje w stylu śledzenia przestały karać za każdą pomyłkę. Twórcy złagodzili też stary system porażek z desynchronizacją, dzięki czemu gra rzadziej zatrzymuje nas za byle potknięcie. Oczywiście animusowe dziwactwa serii nie zniknęły całkowicie i wciąż zdarzy się wspiąć na coś, na co wcale nie mieliśmy ochoty, ale w porównaniu z pierwowzorem to skok o klasę wyżej.

Kawka wciąż rządzi na falach

Był to punkt, w którym twórcy nie mogli sobie pozwolić na potknięcie, bo bitwy morskie to fundament, na którym stoi cała legenda Black Flaga. Na szczęście Kawka pruje fale tak satysfakcjonująco, że to właśnie na morzu po raz pierwszy poczułem, że gra naprawdę mnie łapie, a do znanego arsenału dołożono nowe tryby ognia. Rozgrzane pociski (Heated Shot) zamieniają burtowe działa w morską strzelbę, dziobowe działa dostały mocniejszy wariant z podwójnym ognistym strzałem (Double Shot), a moździerze wzbogacono o tryb precyzyjny (Deadman’s Cohort), pozwalający celnie kłaść pojedyncze strzały. Przyznam, że rozgrzany szrot z burtówek jest tak skuteczny, że szybko przestałem sięgać po klasyczne salwy.

Kapitan ze sterami Kawki

Sporo wnoszą też oficerowie, których rekrutujemy w ramach osobnych zadań. Każdy oferuje inną zdolność wpływającą na styl walki, od wzmocnionego taranowania Padrego, przez pewniejsze blokowanie ostrzału Lucy, po zdolność Tobiasa, który podwaja salwy burtowe, znacznie zwiększa ich szybkostrzelność i potrafi błyskawicznie posłać wrogów na dno. Zmieniono również zarządzanie flotą, które przeniesiono do stołu w rezydencji i kajucie kapitańskiej. Teraz każdy typ misji wymaga konkretnej klasy okrętu, a zniszczona jednostka przepada bezpowrotnie, co dodaje wyprawom przyjemnego ciężaru decyzji.

Więcej niż tylko lifting

Nowej zawartości jest tu zaskakująco dużo i, co najważniejsze, została wpleciona tak zgrabnie, że bez znajomości oryginału ciężko odróżnić, co stare, a co nowe. Ubisoft mówi o kilku godzinach dodatkowych treści, świeżym zakończeniu, nowych wątkach pobocznych, szantach, kosmetykach, a nawet zwierzakach na pokład. Doszła też możliwość zmiany wyglądu dowolnej broni czy stroju bez utraty statystyk, znana z nowszych odsłon, więc po zdobyciu templariuszowego rynsztunku ciężko było mi wrócić do klasycznego kaptura asasyna.

Piękne widoki w Assassin’s Creed: Black Flag Resynced

Rozbudowano również życie na lądzie. Rezydencję i miasteczko pod nią możemy stopniowo ulepszać, a co mnie osobiście ucieszyło, futra na ekwipunek da się teraz wygodnie kupować w sklepach własnej osady, zamiast przymusowo polować na zwierzęta i zdzierać z nich skóry. To drobiazg, ale pokazuje, że twórcy myśleli o wygodzie współczesnego gracza. Wszystkie te dodatki nie sprawiają wrażenia doklejonych na siłę, tylko naturalnie karmią fantazję o byciu piratem w pięknym, ale niebezpiecznym świecie.

Jak Black Flag Resynced chodzi na PC?

Grałem na pececie i pod względem technicznym nie mam się do czego przyczepić. Testowałem grę w rozdzielczości 2560 x 1440 na ustawieniach ultrawysokich, z włączonym DLSS w trybie Jakość i wyłączonym generowaniem klatek. Na moim zestawie złożonym z procesora Ryzen 7 7800X3D i karty GeForce RTX 4070 Ti SUPER wbudowany benchmark wyrzucił średnio 83 klatki na sekundę, przy jednym odnotowanym zacięciu na całą sesję. Zużycie pamięci karty graficznej zatrzymało się w okolicach 8 GB z dostępnych 16, więc zapas jest spory.

Wynik benchmarku Assassin’s Creed: Black Flag Resynced

Najniższy jeden procent na poziomie 63 klatek oznacza, że rozgrywka pozostawała gładka nawet w gęstszych momentach, a chwilowe zjazdy do niższych wartości zdarzały się głównie przy wczytywaniu nowych fragmentów świata. Co ważne, przez cały czas testów nie natknąłem się na żaden crash ani zepsute skrypty, a brak męczących ekranów ładowania przy dobijaniu do brzegu sprawia, że świat wydaje się jednolity i zachęca do swobodnej żeglugi. Jak na tak gęstą wizualnie produkcję, ze zbudowanym od zera oświetleniem, wodą i roślinnością, to naprawdę kawał solidnej roboty optymalizacyjnej.

Szum fal, szanty i charyzma Kenwaya

Warto też na chwilę zatrzymać się przy warstwie audio, bo ta w Resynced błyszczy równie mocno, co karaibskie słońce. Matt Ryan jako Edward Kenway wciąż wypada fenomenalnie. Jego zadziorny, walijski akcent i łotrzykowski urok to klasa sama w sobie, a dzięki wyczyszczonym, zremasterowanym ścieżkom dialogowym i lepszemu miksowi dźwięku przestrzennego 3D, każda rozmowa brzmi krystalicznie czysto.

Pływanie w czasie sztormu bywa... intensywne.

Z kolei kultowa ścieżka dźwiękowa Briana Tylera doczekała się nowych, pełniejszych aranżacji, które w kluczowych momentach przyprawiają o gęsią skórkę. No i nie oszukujmy się, żegluga nie byłaby tym samym bez załogi śpiewającej szanty. W remake’u znajdziemy zarówno stare hity pokroju Leave Her Johnny, jak i zestaw zupełnie nowych pieśni, w tym niesłyszane wcześniej warianty wielogłosowe, które z miejsca wpadają w ucho.

Podsumowanie

Assassin’s Creed Black Flag Resynced to dokładnie taki remake, jakich chciałbym więcej. Szanuje oryginał, rozumie, za co gracze go pokochali, a zmiany wprowadza z głową, nie odzierając gry z tożsamości. To wciąż ta sama historia Edwarda Kenwaya, wciąż te same Karaiby i wciąż ta sama Kawka, tyle że niemal wszystko wokół tego rdzenia stało się lepsze. Wycięcie starych sekwencji współczesnych poprawiło tempo, przebudowa walki i skradania dodała rozgrywce pazura, a bitwy morskie pozostały tak dobre, jak je zapamiętałem.

Owszem, parkour wciąż miewa swoje asasyńskie humory, ale w żadnym stopniu nie psuje to doskonałego, ogólnego wrażenia z rozgrywki. Jeśli nigdy nie graliście w Black Flag, to jest to absolutnie ta wersja, od której warto zacząć. A jeśli, jak ja, kiedyś odbiliście się od oryginału, dajcie Resynced szansę, bo to właśnie ta wersja może was w końcu przekonać. Rzadko zdarza mi się wsiąknąć w odświeżenie starej gry do tego stopnia, ale tym razem stało się dokładnie tak.

Gameplay

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Reddicie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Ubisoft.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.

Kup Assassin’s Creed: Black Flag Resynced (PC)

Reklama produktu w Ceneo.pl


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top