Studio Omega Force odświeżyło kultowy tytuł, od którego tak naprawdę na dobre zaczęła się globalna popularność gatunku musou. Zrobiło to z niespotykanym wyczuciem i ogromnym szacunkiem do materiału źródłowego, jakiego bardzo rzadko spodziewam się po klasycznych remasterach. Postanowiłem sprawdzić, jak Dynasty Warriors 3: Complete Edition Remastered wypada w wersji na PC i czy po ponad dwudziestu latach magia oryginału wciąż działa tak samo.
Czterdziestu trzech oficerów i komplet dodatków
Pod względem fabularnym absolutnie nic się nie zmieniło i to bardzo dobra wiadomość. Wydarzenia opierają się wiernie na Opowieści o Trzech Królestwach. Zaczynają się od powstania Żółtych Turbanów i prowadzą gracza przez upadek dynastii Han aż do wielkiej wojny między Shu, Wu i Wei. Do wyboru oddano czterdziestu trzech oficerów, chociaż na samym starcie dostępnych jest tylko po kilku z każdego królestwa. Pozostałych odblokowujemy systematycznie, kończąc kolejne ścieżki w trybie Musou. Raz odblokowaną postacią możemy później bez przeszkód przejść dowolną bitwę w trybie swobodnym.
Słowo Complete Edition w tytule nie jest tylko pustą ozdobą. W pakiecie znalazła się bowiem cała zawartość rozszerzenia Xtreme Legends. Obok kampanii czekają więc dodatkowe wyzwania, pojedynki dla dwóch graczy, rozbudowana baza danych o postaciach i miejscach, a nawet edytor czołówki. Z dodatku bezpośrednio przeniesiono też system ochroniarzy musou. Oznacza to możliwość zabrania na bitwę drugiego, grywalnego oficera zamiast zwykłego oddziału przybocznych. Wybór między tymi dwiema opcjami zależy wyłącznie od nas przed rozpoczęciem każdego starcia.
Szeregowiec groźniejszy od generała
Najlepsze w odświeżonej produkcji jest to, co nowsze odsłony serii z czasem gdzieś zgubiły. Zwykli żołnierze nie stanowią tu wyłącznie ładnej dekoracji. Potrafią blokować ciosy, wyprowadzać ataki z doładowaniem, a czasem nawet odpalają własne umiejętności specjalne. Przez to rzucenie się w środek wrogiego tłumu bez odpowiedniego planu kończy się szybko i wyjątkowo boleśnie. Łucznicy to z kolei osobny rozdział, ponieważ strzelają zawsze w piątkę z takiej odległości, że trudno ustalić kierunek ataku. Nieraz zużywałem cały pasek musou wyłącznie po to, żeby dobiec do nich bez utraty cennego zdrowia.
Do tego wszystkiego dochodzi niezwykle istotne morale, czyli niewidzialna waga całej bitwy. Sojuszniczy oficerowie z wysokim morale świetnie radzą sobie sami, podczas gdy ci z niskim padają nawet pod naporem zwykłych szeregowców. Morale podnosimy skutecznie, eliminując wrogich dowódców i pilnując, żeby nasi właśni ludzie nie ginęli masowo na polu walki. Z kolei obniżają je nagłe wydarzenia na mapie, takie jak chociażby udany atak ogniowy przeciwnika. Śmierć naszego głównodowodzącego zawsze oznacza przegraną bitwę. Szarża prosto na wodza wroga bywa oczywiście bardzo kusząca, lecz rzadko okazuje się rozsądna. To wciąż bardziej wojna niż zwykła rzeź i właśnie za to ten klasyk tak mocno kochano.
Sterowanie klasyczne czy nowoczesne
Tytuł już na samym starcie pyta gracza, jaki rodzaj sterowania woli wybrać, a ta decyzja naprawdę ma ogromne znaczenie. Wariant klasyczny wiernie zachowuje słynną sztywność oryginału z 2001 roku. Tryb nowoczesny przenosi za to mechaniki rodem z Dynasty Warriors: Origins. Dostajemy dynamiczny unik, który przy idealnym wyczuciu spowalnia czas i otwiera okno na kontrę. Mamy też parowanie w ostatniej chwili oraz możliwość przerwania szarży wroga, zanim ją dokończy. Pomarańczowa poświata zdradza zawsze nadchodzący atak z doładowaniem, a fioletowa nadchodzące musou.

Nie oznacza to wcale, że nowoczesny tryb jest drastycznie łatwiejszy. Przeciwnicy dostali w końcu podobne narzędzia. Naszą gardę da się teraz bez problemu złamać, a oficerowie pokroju słynnego Lu Bu wręcz wymuszają perfekcyjne opanowanie uników. Weteranom polecam zacząć zabawę na normalnym poziomie trudności, ponieważ stare przyzwyczajenia bardzo łatwo obracają się tu przeciwko nam. Szczęśliwie na polach bitew pojawiły się wreszcie punkty kontrolne. Zabłąkana strzała pod koniec długiej potyczki nie cofa nas już na sam początek misji. Konie zyskały dodatkowo szybki zryw, dzięki któremu sprawniej przemierzamy obszerne mapy. Najlepiej czuć to w kampanii Nanman, gdzie gonitwa za wiecznie uciekającym Meng Huo przestała w końcu być straszną udręką.
Nowe szaty, stare głosy
Wizualnie to dzisiaj zupełnie inna produkcja. Wszystkie mapy odtworzono całkowicie od nowa z nowymi teksturami. Z kolei grywalnych oficerów przebudowano tak, że wyglądają dokładnie jak ich pierwowzory, tylko w wysokiej rozdzielczości. Słynne stroje z trójki, które wielu zagorzałych fanów do dziś uważa za zdecydowanie najlepsze w całej historii, przetrwały w nienaruszonym kształcie. Nieco gorzej sprawa wygląda z szeregowcami i pomniejszymi generałami. Ich modele wyraźnie zapożyczono bowiem z nowszych odsłon. Wyglądają co prawda bardzo poprawnie, ale obok pieczołowicie odtworzonych bohaterów sprawiają wrażenie gości z zupełnie innej imprezy.
Oprawę dźwiękową pozostawiono natomiast niemal bez żadnych zmian i to była naprawdę mądra decyzja. Ostre, metalowe riffy z oryginalnej ścieżki nadal skutecznie podrywają do boju. Z kolei odgłosy ciosów i bloków brzmią identycznie jak ponad dwadzieścia lat temu, a charakterystyczny, angielski dubbing zachował cały swój kiczowaty, niepowtarzalny urok. Część okrzyków w trakcie bitwy pochodzi co prawda z innych odsłon serii, lecz twórcy przewidzieli zrzędzenie purystów. W opcjach pozwalają swobodnie przełączyć bitewne kwestie na japońskie, zostawiając oryginalne, angielskie dialogi w scenkach.
Jak to działa na PC?
Wersja na komputery osobiste sprawuje się bardzo dobrze. Ustawień graficznych przygotowano sporo, a na mocniejszym sprzęcie tytuł bez trudu utrzymuje stałe 120 klatek na sekundę. Dzieje się tak nawet przy ogromnych tłumach, przy których stare PlayStation 2 zaczynało chować żołnierzy. Tutaj na jednym ekranie swobodnie mieści się cała armia. Płynnie działa także lokalny tryb dla dwóch graczy na podzielonym ekranie. Na słabszych kartach graficznych spokojnie utrzymuje on stabilne 60 klatek.
Jedynym powtarzającym się drobnym zgrzytem bywają przerywniki filmowe przy 120 klatkach na sekundę. Obraz lekko rozjeżdża się wtedy z dźwiękiem, a scenka potrafi nerwowo przyspieszyć albo zwolnić. Nie psuje to zbytnio samej zabawy, lecz mocno rzuca się w oczy. Co ważne, remaster na szczęście oferuje imponującą synchronizację ruchu warg postaci z angielskimi kwestiami, czego przy zachowanym, starym dubbingu zupełnie się tu nie spodziewałem.
Dynasty Warriors: Origins – recenzja (XSX). Jak Feniks z popiołów
Podsumowanie
Dynasty Warriors 3: Complete Edition Remastered to doskonały przykład projektu, w którym twórcy dokładnie rozumieją, co tak naprawdę odświeżają. Klasyczne mapy, stroje, muzyka i wciąż groźni szeregowcy pozostali na swoim miejscu. Z kolei nowoczesne sterowanie i przydatne punkty kontrolne na bieżąco usuwają to, co w 2001 roku potrafiło najbardziej sfrustrować. Ścieżki fabularne kolejnych oficerów naturalnie w dużej mierze się pokrywają, a zapożyczone z nowszych odsłon modele zwykłych żołnierzy czasem odrobinę kłują w oczy.
Są to jednak tylko bardzo drobne błędy na produkcji, która dobitnie udowadnia, że fundamenty sprzed ponad dwudziestu lat wciąż są wyjątkowo solidne. Weterani cyklu dostają tu najlepszą możliwą wersję tego klasyka, którego od lat znają na pamięć, podczas gdy nowi gracze otrzymują wreszcie bardzo dobry punkt wejścia do tak dobrej serii.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.








