Dziedzictwo Tite Kubo. Czego współczesne shōneny nauczyły się od Bleacha?

Czarne logo anime Bleach: Thousand-Year Blood War z japońskimi znakami kanji na białym tle.
Marcin Ćwiek
Marcin Ćwiek

Kiedy dziś oglądam Jujutsu Kaisen, Demon Slayer czy My Hero Academia, coraz częściej łapię się na tym, że pewne rozwiązania znam już od dawna. Nie chodzi o fabułę ani o bezczelne kopiowanie konkretnych postaci. Rzecz w tym, jak shōnen potrafi budować swoją obsadę, przedstawiać nowe techniki i robić z pojedynczego wejścia bohatera wielki moment, na który czeka się przez dziesiątki rozdziałów. W wielu takich sytuacjach automatycznie przypomina mi się Bleach.

Kubo pokazał, że styl może być częścią opowieści

Wpływ Bleacha łatwo sprowadzić do zanpakutō, shinigami i Gotei 13. Istotniejsze jest jednak coś bardziej podstawowego: sam koncept kreacji postaci. Ichigo nie potrzebował skomplikowanego kostiumu, żeby od razu rzucać się w oczy. Rukia dostała prosty strój shinigami. Byakuya wyglądał jak arystokrata, który przypadkiem trafił do mangi o nadnaturalnych wojownikach. Kenpachi sylwetką ostrzegał, że rozmowa z nim może skończyć się tragicznie, a Urahara nosił kapelusz, chodaki i uśmiech człowieka, któremu lepiej nie ufać.

Yoruichi Shihoin w trybie Shunkō otoczona żółtymi błyskawicami podczas ataku.

Każda z tych postaci była czytelna już na pierwszy rzut oka, co przy ogromnej obsadzie serii miało niebagatelne znaczenie. Kapitanowie, porucznicy, Arrancarzy czy członkowie kolejnych frakcji nie zlewali się w jedną masę. Wszyscy dostawali unikalną sylwetkę, strój, styl poruszania się i zestaw cech zapadających w pamięć. Kubo potrafił sprawić, że design stawał się częścią charakterystyki bohatera, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć.

Zbliżenie na twarz Yhwacha stojącego naprzeciw Ichigo Kurosakiego w czerwonej poświacie.

Kohei Horikoshi, autor My Hero Academia, otwarcie mówił o wpływie Bleacha na swoją twórczość. Wspominał nawet o rysowaniu autorskich zanpakutō jeszcze jako uczeń. Trudno o lepszy przykład tego, jak Kubo oddziaływał na kolejne pokolenie mangaków. Nie chodzi przy tym o stworzenie „superbohaterskiego Bleacha”. Seria Horikoshiego to odrębny świat, unikalne zasady i zupełnie inna historia. Twórca przejął raczej podejście do obsady: nawet bohater z drugiego planu powinien mieć coś, dzięki czemu da się go rozpoznać po samej sylwetce. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, lecz to przygody Ichigo wyraźnie pomogły ten standard utrwalić.

Gotei 13 pokazało, jak sprzedawać drugoplanową obsadę

Gotei 13 było czymś więcej niż grupą silnych wojowników stojących na drodze Kurosakiego. Kubo zbudował organizację, której członkowie mieli różnorodne charaktery, relacje, ambicje i historie. Każdy kapitan przyciągał czytelnika z innego powodu. Byakuya był chłodnym arystokratą, Kenpachi żył dla walki, Shunsui Kyoraku sprawiał wrażenie beztroskiego pijaka, choć pod tą maską krył się jeden z najbardziej doświadczonych szermierzy Soul Society. Tōshirō Hitsugaya wyróżniał się wiekiem i pozycją, a Mayuri Kurotsuchi to ucieleśnienie szalonego naukowca, któremu lepiej nie oddawać ciała do badań.

Kenpachi Zaraki z odsłoniętym torsem i kataną w ręku pośród płomieni

Kapitanowie nie musieli czekać na solowe wątki, żeby zacząć działać na wyobraźnię. Sam fakt przynależności do tej formacji wystarczał, żeby czytelnik chciał wiedzieć o nich więcej. W kolejnych shōnenach ten patent zaczął pojawiać się coraz częściej, a najbardziej jaskrawym przykładem są tu Hashira z Demon Slayer. Koyoharu Gotouge wymieniła Bleacha wśród najważniejszych komiksów, które wpłynęły na jej twórczość, obok JoJo’s Bizarre Adventure i Naruto. Podczas prac nad mangą o zabójcach demonów Gotei 13 regularnie przewijało się zresztą w rozmowach autorki z redaktorem.

Grimmjow Jaegerjaquez z charakterystycznym, złośliwym uśmiechem i fragmentem maski Hollowa na policzku.

Różnice między obiema grupami są ogromne, lecz metoda budowania zainteresowania pozostaje zbieżna: przedstawiasz grupę elitarnych wojowników, nadajesz każdemu charakterystyczny wygląd, osobowość i styl walki, a następnie pozwalasz odbiorcy wybrać ulubieńców. Tite Kubo doskonale wiedział, że czasem czytelnik bardziej czeka na pojawienie się kapitana niż na kolejny krok głównego bohatera. Dla opowieści z tak przepastną obsadą stanowiło to gigantyczną przewagę.

Jujutsu Kaisen pokazuje ten wpływ wyjątkowo wyraźnie

W przypadku Jujutsu Kaisen nie trzeba opierać się wyłącznie na podobieństwach wyłapywanych przez fanów. Gege Akutami wielokrotnie wskazywał Bleacha jako kluczowe źródło inspiracji. Początek obu historii opiera się na zbliżonym pomyśle: zwyczajny nastolatek zostaje wciągnięty w świat nadnaturalnych zagrożeń i szybko odkrywa, że rzeczywistość jest znacznie większa, niż początkowo zakładał. Ichigo spotyka Rukię, Yuji trafia na Megumiego, po czym obaj lądują w centrum konfliktu o niewyobrażalnej skali.

Orihime Inoue w mundurku szkolnym ze zdeterminowanym i zagniewanym wyrazem twarzy.

Na tym fabularne kalki się kończą, bo Akutami błyskawicznie skręca w swoją stronę. Ichigo i Yuji mają inne charaktery, inne doświadczenia i odmienne podejście do tematu śmierci. Obaj sprawdzają się jednak w roli protagonistów, których motorem napędowym nie jest zdobycie wymarzonego tytułu czy dominacja nad rywalami. Ich główną motywacją pozostaje ochrona ludzi. Autor Jujutsu Kaisen przejął więc szkielet konstrukcyjny, a nie gotowego bohatera.

Ichigo Kurosaki w szkolnym stroju na tle metalowej siatki i błękitnego nieba.

Podobnie wygląda kwestia systemu mocy. Bleach ściśle zintegrował zdolności z konkretnymi postaciami. Zanpakutō nie funkcjonowało jako zwykła broń, ponieważ formy Shikai i Bankai wynikały wprost z charakteru użytkownika, jego historii oraz relacji z orężem. Jujutsu Kaisen rozwinęło to podejście w ramach zupełnie innej mechaniki. Technika przeklęta potrafi powiedzieć o swoim właścicielu równie dużo, co jego design czy zachowanie, dzięki czemu sama staje się elementem budującym portret psychologiczny.

Bankai zmieniło to, jak shōnen sprzedaje moc

Transformacje nie zaczęły się od przygód Kurosakiego. To Dragon Ball uczynił z przemian jeden z fundamentów bitewnego shōnena. Kubo znalazł jednak inny przepis na budowanie napięcia wokół nowej formy. Bankai nie stanowiło tylko kolejnego poziomu potęgi. Było wielkim momentem, na który odbiorca autentycznie czekał.

Tōshirō Hitsugaya w białym mundurze ze skrzydłami z lodu za plecami.

Najpierw pojawiała się nazwa zanpakutō, później wprowadzano Shikai, z czasem poznawaliśmy uosobienie miecza i jego właściciela, a dopiero po długim oczekiwaniu przychodziła chwila na ostateczne uwolnienie. Znakomitym przykładem jest tu Senbonzakura Kageyoshi w wykonaniu Byakui. Trudno uznać tę technikę za zwykły dopalacz statystyk. Jej forma pasuje do arystokraty wręcz idealnie: jest elegancka, precyzyjna i śmiertelnie niebezpieczna. Ujawnienie Bankai mówi więc czytelnikowi coś nowego o postaci.

Sōsuke Aizen z opaską na oku, uwięziony na krześle Muken na tle niebieskich płomieni.

Kubo spiął w jedną całość projekt graficzny, nazwę zdolności, styl starć i osobowość. Dzięki temu nowa technika omijała pułapkę bycia kolejnym punktem na skali siły, stając się pełnoprawną częścią charakterystyki. Późniejsze serie rozwinęły ten patent po swojemu, równie silnie wiążąc techniki przeklęte czy odmienne szkoły szermierki z konkretnymi wojownikami.

Zbliżenie na Mayuriego Kurotsuchiego w fioletowo-białym makijażu i kapitańskim stroju.

Najważniejsza innowacja polega na samej sztuce potęgowania oczekiwania. Bleach nauczyło odbiorców, że ujawnienie nowej formy zyskuje rangę osobnego święta. Kiedy na kadrze pada słowo „Bankai”, wiadomo, że za chwilę nastąpi fabularne trzęsienie ziemi. Ten krótki okrzyk wszedł do popkultury jako definitywny skrót dla całego motywu.

Mrok bez rezygnacji z zabawy

Bleach nie przecierało szlaków jako pierwszy mroczny shōnen. Przed dziełem Kubo na rynku triumfowały już Yu Yu Hakusho, Hokuto no Ken czy JoJo’s Bizarre Adventure. Siła opowieści o shinigami tkwiła raczej w zgrabnym połączeniu cięższej atmosfery z tradycyjną konstrukcją komiksu dla młodego odbiorcy. Szkoła, przyjaciele, gagi i radosne pojedynki funkcjonują tu ramię w ramię ze śmiercią, samotnością, traumą i poczuciem wewnętrznej pustki. Jedna scena potrafi bzyczeć od absurdalnego humoru, by chwilę później bezlitośnie uświadomić nam, że bohaterowie naprawdę mogą stracić kogoś bliskiego.

Byakuya Kuchiki w kapitańskim haori otoczony opadającymi ostrzami Senbonzakury na intensywnie różowym tle.

Współcześni następcy Kubo regularnie korzystają z podobnego kontrastu, płynnie przechodząc od komedii do uderzających tragedii bez żadnego ostrzeżenia. Zestawiają absurdalne, przerysowane zachowania postaci z ponurymi, dramatycznymi stawkami, sprawnie żonglując tonem opowieści. Bleach nie wymyśliło tego modelu prowadzenia narracji, lecz udowodniło, jak fenomenalnie potrafi on rezonować w wysokobudżetowym, masowym hicie.

Ichigo nie potrzebował marzenia o wielkości

W epoce, w której bohaterowie Dragon Balla, Naruto czy One Piece mieli klarownie zarysowane cele, Ichigo wyróżniał się właśnie ich brakiem. Nie chciał zostać Królem Piratów, nie aspirował do stołka Hokage i zupełnie nie interesowała go pozycja najsilniejszego człowieka we wszechświecie. Chciał mieć święty spokój.

Yasutora „Chad” Sado z profilu na tle błękitnego nieba z chmurami.

Brzmi to banalnie, dopóki nie zauważymy, jak idealnie taki punkt wyjścia pasuje do profilu tej opowieści. Ichigo nie musi gonić za górnolotnymi ideałami. Kolejne zawirowania fabularne same zmuszają go do działania, a jego pierwotnym odruchem zawsze pozostaje ochrona najbliższych. Gege Akutami wprost wskazywał tę cechę jako jedną z głównych inspiracji przy pisaniu Yujiego.

Zbliżenie na złowrogi uśmiech i czerwone oczy Yhwacha z widocznym ostrzem miecza.

W efekcie protagonistę napędza poczucie odpowiedzialności, a nie ślepa ambicja. Z mojej perspektywy to właśnie na tym polu Bleach mocno wyprzedziło część swojego pokolenia. Główny bohater nie potrzebował wykrzykiwanego w pierwszym rozdziale życiowego marzenia, żeby utrzymać zaangażowanie czytelnika. Wystarczył czysty pragmatyzm i obowiązek opieki nad bezbronnymi.

Bohater drugoplanowy może ukraść całą serię

Najlepszy dowód to Rukia. Formalnie główna oś narracyjna opiera się na Ichigo i bez niego Bleach natychmiast by pękł, jednak obrończyni Karakury błyskawicznie otrzymuje odrębny ciężar emocjonalny. W późniejszych sagach podobnie procentują Byakuya, Kenpachi, Urahara, Yoruichi, Hitsugaya czy Grimmjow. Kubo po mistrzowsku kreował postaci, które pojawiają się na zaledwie kilka stron, rzucają dwa zdania, po czym zostawiają nas z naglącą myślą: „Dobra, kiedy zobaczymy ich w akcji ponownie?”.

Ichigo Kurosaki aktywujący True Bankai (Shin Tensa Zangetsu) w walce z Yhwachem.

Satoru Gojo stanowi bodaj najsilniejszy współczesny przykład takiego zjawiska. Choć nie nosi miana protagonisty w swoim uniwersum, jego charyzma i aura bez trudu kradną całe show. Właśnie tak funkcjonują ulubieńcy tłumów w nowofalowych hitach z Weekly Shōnen Jumpa. Popularność drugoplanowej figury wcale nie musi opierać się na jej kluczowym znaczeniu dla intrygi. Czasem wystarczy magnetyczny charakter, bezbłędny design, widowiskowa technika albo jedna, perfekcyjnie wyreżyserowana scena. Kubo posiadał do tego wrodzony talent, z którego dzisiejsi autorzy czerpią garściami.

Wpływ większy niż reputacja

Błędem byłoby zaryzykowanie tezy, że to Bleach w pojedynkę uformowało współczesnego shōnena. Drzewo genealogiczne tego gatunku jest o wiele bardziej poplątane. Dragon Ball napisał gramatykę bitewniaków, Yu Yu Hakusho dostarczyło samemu Kubo fundamentów, które później genialnie rozbudował, a Naruto oraz One Piece odcisnęły równie potężne piętno na dzisiejszych scenarzystach. Mimo to historia shinigami zajmuje szczególne, pomostowe miejsce między dawną epoką a rynkiem, który znamy z dzisiejszych ekranów i półek.

Sōsuke Aizen odcinający lewą rękę kapitanowi Sajinowi Komamurze w powietrzu.

Akutami głośno mówił o wpływie tej opowieści na swoje dzieło. Gotouge wskazywała ją palcem wśród kluczowych inspiracji. Horikoshi ze śmiechem wspominał szkolne zeszyty pełne wymyślonych zanpakutō, szkicowanych na długo przed zawodowym debiutem. Yuki Tabata z Black Clover podawał podobne argumenty. W obliczu takich faktów trudno zbywać te powiązania wyłącznie jako naciągane teorie fanów.

Gin Ichimaru z charakterystycznym, przymrużonym uśmiechem i zadrapaniami na twarzy, patrzący na Ichigo.

Od pytania „kto od kogo kopiował?” istotniejsze pozostaje jednak to, co nowi twórcy docenili w dziele Tite Kubo. Dostrzegli potężną obsadę, która unikała losu anonimowego tła. Odkryli system uwalniania mocy czyniący z prezentacji nowej techniki wyczekiwany spektakl. Zauważyli też protagonistę pozbawionego megalomańskiego marzenia oraz drugi plan potrafiący w ułamku sekundy skupić na sobie całą uwagę widza. Dziedzictwo Bleacha nie zmusza więc nikogo do tworzenia kalek – nowa gwardia po prostu pożycza sprawdzone rozwiązania, by wznosić na nich w pełni autorskie uniwersa.

Co zostaje po Bleachu?

Telewizyjna historia Ichigo powoli zbliża się do mety. Finałowe odcinki Thousand-Year Blood War domkną adaptację mangi, wieńcząc jedną z najdłuższych podróży w dorobku japońskiej animacji. W obliczu tego pożegnania najłatwiej spoglądać na serię przez pryzmat jej przynależności do Wielkiej Trójki, dawnych problemów z tempem czy lat uciążliwego czekania na powrót do telewizji. O wiele bardziej fascynuje mnie jednak ślad, jaki ta produkcja wypaliła w samym gatunku.

Rangiku Matsumoto i Orihime Inoue w strojach kąpielowych na kamienistej plaży.

Kiedy kolejny shōnen przedstawi zastęp elitarnych wojowników, z których każdy wygląda jak bohater solowej opowieści, trudno będzie nie pomyśleć o Gotei 13. Kiedy nowa technika będzie zapowiadana przez kilkadziesiąt rozdziałów, a jej ujawnienie stanie się wielkim świętem dla całego fandomu, patent znany z uwolnienia Bankai znów zagra pierwsze skrzypce. Kiedy wreszcie poboczna postać zacznie bezczelnie kraść protagoniście każdą scenę – uśmiechnijcie się szeroko. Tite Kubo znów maczał w tym palce.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Reddicie lub Fediverse.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Marcin Ćwiek
Imperator krainy jeży, pasjonat ciężkiej muzyki, gracz i obieżyświat. Cześć! Mam na imię Marcin i uwielbiam grać oraz gotować, podróżować, aktywnie spędzać czas z moją kochaną rodzinką. Za dnia jestem ojcem oraz menadżerem hostelu w centrum Gdańska, w nocy zaś zakładam kocyk i ratuję wirtualne światy 😄 Gram na wszystkim i nie lubię wojen konsolowych!
Scroll to top