Fort Triumph — recenzja. Połączenie Heroes of Might z X-COM

Witajcie. Usiądźcie sobie wygodnie. Zaraz podamy napitki. Częstujcie się strawą i Fort Triumph. Sam rano zbierałem truskawki, a i świnia świeżo ubita. Prawdziwe rarytasy. Nie chcecie? Rozumiem, prosto do sedna. W porządku. W takim razie posłuchajcie historii czwórki herosów, którzy uratowali świat od zagłady. Zanim to jednak nastąpi, zapoznajcie się z poniższą recenzją. Przyjemnej lektury.

Twórcy

Fort Triumph stworzyło studio CookieByte Entertainment. Jeżeli czytacie o nich po raz pierwszy to zapewne dlatego, że jest to ich pierwsza produkcja. Podczas szukania informacji na ich temat, natknąłem się na coś bardzo ciekawego. Otóż opisywany dzisiaj tytuł był już dostępny na PC w formie wczesnego dostępu od roku 2018. W kwietniu 2020 roku doczekał się pełnego wydania. Wygląda na to, że twórcy byli zadowoleni ze swojego produktu i postanowili stworzyć konsolowy port, w który miałem przyjemności zagrać.

Po odpaleniu tytułu przywitało mnie kolorowe menu. Do wyboru są trzy tryby: kampania, potyczka oraz multi. Z tego ekranu możemy również przejść do opcji. Nie wyglądają one zbyt okazale. Z drugiej strony jest tu wszystko, co może się przydać, aby dopasować rozgrywkę do swoich potrzeb.

Interfejs

Kampania – bohaterowie na bezrobociu

Gra osadzona jest w standardowym świecie fantasy. Gobliny, ogry czy czary są tu na porządku dziennym. Obawiałem się, że historia wymyślona przez twórców będzie równie rutyniarska. Na szczęście fabuła Fortu Triumf pozytywnie mnie zaskoczyła. Paladyn zwolniony z Fabryki Sprawiedliwości, Czarodziejka desperacko szukająca zarobku na czesne oraz Zwiadowca wplątany w szemrane interesy.

Ta trójka bohaterów bojąc się bezrobocia, decyduje się na stworzenie drużyny. Ich plan jest prosty. Udadzą się do najbliższego billboardu z ogłoszeniami dla awanturników i złapią najlepiej płatne zlecenie. W tej samej karczmie kilka stolików dalej spotykają się goblin i zakapturzona postać. Przekazują sobie tajemniczy przedmiot, po czym każdy odchodzi w swoją stronę. Co to był za przedmiot? To już pozostawiam Wam do odkrycia.

Lekkie i humorystyczne Fort Triumph

Już po wprowadzających slajdach widać, że twórcy postanowili obrać bardzo żartobliwe podejście do klimatów fantasy. Mówię slajdy, bo przerywników filmowych tu nie uświadczymy. Bardzo spodobało mi się, kiedy wspomniana wcześniej zakapturzona postać w pewnym momencie zaczyna się złowieszczo śmiać. Goblin szybko informuje ją, że w gospodzie jest zakaz maniakalnego chichotania po północy.

Mapa gry

Mnóstwo jest tu takich właśnie smaczków. Waluta, która dostała dostojną nazwę beetcoinów (pol. burakonety) czy szklana kula zachowująca się jak telefon to tylko kilka z nich. Nie wszystkie dowcipy trafiły w moje gusta, ale dość często na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Nie zabrakło też zwrotów akcji. Nie były to może twisty na miarę Gry o Tron, ale zdarzenia nie zawsze toczyły się, tak ja obstawiałem. Ukończenie fabuły nie zajęło mi więcej niż 10 – 12 godzin na normalnym poziomie trudności.

Należałoby tu wspomnieć o jednej ważnej rzeczy. Za każdym razem, gdy rozpoczynamy kampanię, wszystkie mapy i pola bitew są generowane losowo. Oznacza to, że nasze doświadczenie będzie trochę inne. Oczywiście nie wpływa to w żaden sposób na warstwę fabularną.
Po zakończeniu mojej przygody, uratowaniu smoka i zabiciu księżniczki rozegrałem jeszcze kilka potyczek. Można się w nich zmierzyć z SI albo zaprosić do zabawy kogoś ze świata żywych. Fani “gorących pośladków” poczują się jak w domu.

Otoczenie

Mapa – Potęga i Magia Fort Triumph

Wspomnienie znanego trybu z serii Heroes of Might and Magic nie jest przypadkowe. Fort Triumph, podobnie jak wspomniany tytuł, podzielony jest na dwa rodzaje rozgrywki. Pierwszy to zwiedzanie świata polegające na poruszaniu się po płaskiej mapie. Znajdziemy tu miasta, skarby, kopalnie czy magiczne przedmioty. Wszystkich tych dóbr strzegą oczywiście zastępy przeciwników.

Twórcy dodali kilka własnych smaczków do tej dobrze znanej formuły. O pierwszym, czyli losowości map, już wspomniałem. Drugim dodatkiem jest wprowadzenie miejsc, w których mamy możliwość otrzymania kilku nagród w zależności od poziomu lub cech naszych bohaterów. Ostatnią rzeczą, o której wspomnę, jest znaczne zmniejszenie ilości zasobów potrzebnych do rozbudowy miast. Aby wznosić nowe budynki potrzebujemy jedynie monet oraz punktów magii. Myślę, że jest to spowodowane chęcią przyspieszenia poszczególnych scenariuszy. Nie stanowiło to jednak dla mnie problemu.

Każdą z trzech dostępnych map zwiedzałem z zaciekawieniem, bo za każdym zakrętem mogło trafić się coś, czego jeszcze nie widziałem. Taka potrzeba jednak towarzyszyła mi tylko podczas kampanii. Grając w trybie potyczki, starałem się szybko wyeliminować swoich przeciwników.

Bohaterowie gry

Bohaterowie – Jeden drugiemu nierówny

Zanim przejdę do wrażeń z bitew, chciałbym poświęcić kilka słów naszym drużynom. W odróżnieniu od Herosów nie budujemy tutaj wielkich armii. Nasza wesoła kompania składa się tylko i wyłącznie z samych bohaterów podzielonych na 4 klasy: mag, paladyn, dzikus oraz zwiadowca. Ich podstawowe ataki nie wychodzą poza utarte schematy. Zwiadowca strzela z łuku, mag ciska magicznymi kulami. Ciekawie zaczyna się robić wraz ze wzrostem poziomów naszych podopiecznych, ponieważ mamy możliwość wylosowania dodatkowych umiejętności. Część z nich jest multiklasowa, natomiast są i takie, do których dostęp ma tylko jedna klasa. Paladyn może na przykład zwiększyć punkty pancerza sobie lub sojusznikowi. Dzikus z kolei ma dostęp do bitewnego krzyku, który sieje strach wśród pobliskich wrogów.

Fort Triumph: Umiejętności

Zdolności jest dość sporo i bardzo podobało mi się dopasowanie nowo wylosowanych tak, żeby zgrywały się z tymi już posiadanymi. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze cechy. Te, jak wiele rzeczy w Fort Triumph, również są generowane losowo. Co ciekawe nie zawsze muszą być to cechy pozytywne. Dla przykładu moja dzikuska była płochliwa, co obniżyło jej moc i szybkość o jeden punkt.

Każda klasa ma swoje zastosowanie i nie czułem dominacji żadnej z nich. Choć muszę jednak szczerze przyznać, że magiczny Wir nie raz ratował mnie z opresji. W grze dostępne są 4 frakcje. Jeżeli chodzi o postacie, którymi sterujemy to niestety jedyna różnica to wygląd jednostek. Umiejętności i klasy są identyczne. Aby nadać własny charakter każdej z ras, twórcy postanowili udostępnić im zróżnicowane wspomagania, które możemy zakupić w miastach. Bardzo żałuję, że zostało to wykonane w ten sposób.

Fort Triumph - Mapa walki

Bitwa – Incubation: Enemy Unknown

O ile motyw eksploracji został zapożyczony z Herosów, tak walka jest ewidentnie wzorowana na takich tytułach, jak X-Com czy Gears Tactics. Gdy spotykamy przeciwnika, gra przełącza się na rzut izometryczny i rozpoczyna się turowa potyczka. Każdy bohater posiada 3 punkty akcji, które może wydać na swoje umiejętności. Oczywiście ilość tych punktów można zwiększać na różne sposoby. Czasami przedmiotem znalezionym podczas przemierzania mapy, a czasem wylosowaną zdolnością. Jedną z postaci udało mi się zbudować tak, że miała do dyspozycji 6 punktów, co przekładało się na 3 ataki podczas jednej tury.

Wszystko może się przydać

Według mnie najfajniejszym aspektem całej gry jest możliwość wykorzystywania otoczenia jako broni. Każda klasa ma zdolności umożliwiające przestawianie, popychanie lub przyciąganie zarówno przedmiotów, jak i przeciwników. Jeżeli wróg zostanie umiejętnie kopnięty i uderzy w jakąś przeszkodę, zostaje ogłuszony. Powoduje to brak możliwości ataku w następnej turze.

Jeżeli dobrze zaplanujemy swoje ruchy, możemy doprowadzić do scenariusza, gdzie drużyna przeciwna będzie w stanie jedynie uciekać przed naszą taktyczną potęgą. Obmyślanie takich właśnie planów sprawiło mi ogromną frajdę. Oczywiście nie mogło zabraknąć efektów takich jak krwawienie, oślepienie czy porażenie prądem, ale to właśnie ogłuszanie jest w Fort Triumph najpotężniejszą bronią. Bardzo podoba mi się też fakt, że niektórzy przeciwnicy mają naturalną odporności na niektóre efekty. Dzięki temu frontalny atak nie zawsze jest tym najlepszym rozwiązaniem.

Fort Triumph - Kolejny pojedynek

SI kontroluje świat!

Nie najgorsza jest też inteligencja przeciwników. Starają się flankować. Skupiają swoje ataki na najsłabszej jednostce. Wybierają dobre pozycje obronne. Niestety nie wszytko jest tu takie kolorowe. Bardzo często zdarzały się sytuacje, w których bohaterowie przeciwnej drużyny atakowali wręcz bądź strzelali przez ściany. O ile interfejs na mapie jest w porządku, tak ten podczas walk jest bardzo irytujący.

Często nie widać znacznika, którym wydajemy rozkazy swoim podwładnym. Po prostu zlewa się z otoczeniem. Największą jednak wpadką jest fakt, że każda frakcja ma tylko jeden model dla każdej z klas. Nawet jeśli mamy dwóch paladynów w drużynie to wyglądają tak samo. W połączeniu z nieczytelnym interfejsem kilka razy spowodowało to moją przegraną, ponieważ ruszyłem się nie tym herosem co chciałem. Nie zmienia to faktu, że walka w dziewięćdziesięciu procentach czasu sprawiała mi przyjemność, a to jest chyba w takim tytule najważniejsze.

Fort Triumph: Oprawa – nie wszystko złoto co się świeci

Od strony dźwiękowej tytuł jest zadowalający. Ataki, efekty czy wybuch brzmią tak, jak powinny. Nie ma tu żadnych fajerwerków, ale nie jest źle. Muzyka przygrywająca w tle też jest na przyzwoitym poziomie. Niektóre motywy były tak przyjemne, że zostawiałem grę włączona w tle i brałem sie za wykonanie codziennych obowiązków. Jedynym minusem jest to, że nie ma ich tu zbyt dużo, więc po jakimś czasie po prostu się nudzą. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyłączyć muzykę i odpalić swoja epicką listę na Spotify

Czas napisać o chyba najgorszym aspekcie gry, czyli optymalizacji i grafice. Do wyglądu map czy interfejsu bohaterów nie mogę się przyczepić. Wygląda to, co prawda trochę jak flashowa gra z końca lat 90tych, ale to bardzo nie przeszkadza. Natomiast same walki mogą odrzucić co bardziej wrażliwe osoby. Wydaje mi się, że deweloperzy próbowali iść w styl użyty w Warcraft 3 czy Overlord. Niestety nie do końca im się to udało. Mam wrażenie, że jest to spowodowane doborem kolorów. Postacie potrafią się zlewać z otoczeniem. Czasami po prostu nie widać co się dzieje szczególnie podczas tur przeciwnika. Mi to jakoś bardzo nie przeszkadzało, ale wolę uprzedzić potencjalnych kupców.

W późniejszych etapach, kiedy moi bohaterowie posiadali naprawdę wypasione moce, wpływające na wiele obiektów jednocześnie spadki w fpsach były znaczące. Podobnie miała się sytuacja, gdy podpalone zostały jakieś jednostki czy budynki. Fort Triumph to gra turowa, więc taka obniżona płynność nie wpływała na rozgrywkę, ale kuła w oczy. Wszystkie te problemy występują tylko podczas bitew. Cześć eksploracyjna nie cierpi na takie bolączki.

Fort Triumph - Fabuła

Nie taki Happy End

Czy w Fort Triumph warto zagrać? Moim zdaniem tak. Pomimo kilku zgrzytów tu i tam bawiłem się naprawdę dobrze. Za każdym razem, gdy kończyłem sesję z tytułem, zastanawiałem się, kiedy będę mógł znowu do niego przysiąść. Nie musiałem zmuszać się, aby go ukończyć i napisać powyższą recenzję. Było raczej na odwrót. Zmuszałem się, żeby przestać grać i naskrobać kilka zdań. Patrząc obiektywnie mam jednak wrażenie, że dużo osób odbije się od grafiki i tych kilku denerwujących szczegółów. Fani Herosów mogą się zawieść z powodu uboższej ekonomii. Entuzjastów turowych pojedynków może irytować losowość postaci.

Jeżeli posiadacie PC, to Fort Triumph można nabyć za naprawdę niewielką cenę i uważam, że jest to najlepsze możliwe rozwiązanie. Jeżeli wolicie jednak zagrać na konsoli, to do 21 sierpnia na PS Store jest specjalna oferta na Fort Triumph. Natomiast do końca 20.08.2021 na MS Store dla Xboxa.

No i wtedy paladyn zrobił salto do tyłu, złamał kark złoczyńcy i uratował świat od zagłady. Mam nadzieję, że spodobała Wam się historia Fantastycznej Czwórki. Nie zapomnijcie zostawić napiwku. Do zobaczenia.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie better.

Gram w gry odkąd pamiętam. Jako mały brzdąc właziłem na stołek, żeby pograć na automatach w salonie dziadka. Teraz rozsiadam się wygodnie w zaciszu własnego domu i z padem w rękach oddaję się swojemu ulubionemu hobby. Zawsze chciałem dzielić się swoimi wrażeniami ze wspaniałego świata wirtualnej rozrywki. Pamiętajcie, że czas spędzony na czytaniu nigdy nie jest czasem zmarnowanym.
Scroll to top