Green Hell recenzja na Nintendo Switch. Przygoda w amazońskiej dżungli

Green Hell to jedna z tych produkcji, która bardzo mnie zaskoczyła. Podszedłem do niej na chłodno, bez większych oczekiwań. Starałem się nie oglądać materiałów ani czytać żadnych tekstów. Bardzo łatwo przyswoić sobie opinie innych, nawet jeżeli to nie jest naszym celem. Cieszę się, że tutaj się udało, bo w ten sposób mogłem w pełni wsiąknąć w świat wykreowany przez rodzime studio Creepy Jar. Jeżeli szukacie gry survivalowej, gdzie skupiono się na realizmie, a słowo „przetrwanie” nie jest zwykłym hasłem reklamowym, to dobrze trafiliście.

Zapraszam do amazońskiej dżungli

Historia opowiada o losach dwójki bohaterów. Jake i Mia to małżeństwo, które wyruszyło w środek amazońskiej dżungli, aby nawiązać relację z pewnym nieznanym plemieniem. Początek przygody nie zwiastuje nic strasznego. Gracz kierującym antropologiem musi wykonać kilka prostych czynności, a jednocześnie zaznajomić się z podstawami w grze. Pewnego ranka protagonista budzi się, ale nigdzie nie ma jego żony. Ta informuje go przez krótkofalówkę, że dotarła do miejsca docelowego i stara się nawiązać kontakt z tubylcami. Niestety, ci jej za bardzo nie ufają, więc prosi, aby mąż na razie do niej nie dołączał. W razie problemów o wszystkim go poinformuje.

Jak się pewnie domyślacie, nie trzeba było długo czekać na zwrot akcji. Mia błaga swojego partnera o pomoc, ale nie wyjawia, co się dokładnie stało. Jake, nie chcąc tracić ani chwili wyrusza na poszukiwania. Niestety, nie dociera do swojej lubej, a jednocześnie ulega wypadkowi. Budzi się z obrażeniami i zanikami pamięci. W tym momencie jest sam w niebezpiecznej dżungli, gdzie będzie musiał martwić się dosłownie o wszystko. Od tego momentu zaczyna się główna część Green Hell, gdzie będzie się liczyć przetrwanie głównego bohatera i odkrycie, co stało się z jego żoną.

Nie omijacie samouczka Green Hell

Wspomniałem wcześniej, że na początku przygody gra pozwala na naukę podstawowych mechanik. Ten etap można całkowicie pominąć, aby od razu przejść do dania głównego, ale nie polecam tego robić. Green Hell ma dość rozbudowany system craftingu, który do najprostszych nie należy. Warto więc przyswoić te najprostsze rzeczy, żeby potem zaraz nie umrzeć. Tytuł stawia na realizm, a niebezpieczeństw w amazońskiej dżungli nie brakuje. Kiedy jednak nie będziecie wiedzieć, jak rozpalić ognisko, czy stworzyć prosty bandaż, to możecie nie przetrwać nadchodzącej przygody.

Mechanika wytwarzania jest trochę powolna i nie pozwala iść na skróty. Będziecie często zaglądać do plecaka, aby wybierać odpowiednie przedmioty, które potem połączycie ze sobą lub położycie w odpowiednie miejsce. Kiedy dodacie resztę elementów, na końcu uzyskacie konkretny przedmiot lub wykonacie zaplanowaną akcję. Bardzo przydatny będzie tutaj notatnik bohatera, w którym zapisuje niezbędne informacje o craftingu. Przełączanie się między wszystkimi rzeczami nie jest do końca intuicyjne, ale sam system robi wrażenie. Po pewnym czasie dane czynności będziecie wykonywać automatycznie.

Jake i niebezpieczeństwa, których musi się obawiać

Green Hell stawia na przetrwanie i realizm, dlatego też gracz będzie musiał uważać na wiele rzeczy, w tym funkcje życiowe protagonisty. Za sprawą zegarka od żony, antropolog może monitorować nawodnienie, głód, wytrzymałość, a także wskaźniki minerałów w organizmie. Nie oznacza to jednak, że wystarczy go nakarmić i wysłać do „łóżka”, aby ten poradził sobie z następnym dniem w tropikalnym lesie. Trzeba się strzec dzikich zwierząt, lokalnej ludności, owadów, a także samej natury. Jake może się rozchorować, kiedy zje coś trującego, doznać uszczerbku na zdrowiu, a nawet mieć problemy z psychiką.

Dlatego trzeba dbać o bohatera, aby ten był w stanie odnaleźć żonę i wrócił cało z tej wyprawy. Można obejrzeć całe ciało postaci, gdyż nie zawsze będziemy wiedzieć, czy przypadkiem antropolog się gdzieś nie zranił, nie dostał wysypki lub zakażenia. Po pewnym czasie nauczymy się jednak, jak sobie z tym wszystkim radzić. Stworzymy bazę, narzędzia, a także prostą broń. Wszystko jednak wymaga trochę czasu i cierpliwości. Z biegiem czasu Jake nie będzie już tylko zaginionym w dżungli, a podróżnikiem mogącym stawić czoła przeciwnościom. Trzeba jednak ciągle pamiętać, że to człowiek, a nie postać z filmu Marvela.

Jak to wszystko działa w praktyce?

Wersja na Nintendo Switch nie zaoferuje Wam rozdzielczości 1080p i 60 klatek na sekundę. Odbiega od edycji na PC, ale i tak byłem pod dużym wrażeniem, ile deweloper był w stanie wyciągnąć z japońskiej konsoli. Tekstury są ładne, świat wypełniony detalami, do tego otoczenie nie wczytuje się pięć kroków przed nami. Green Hell ma dość bogate środowisko i człowiek przeciera oczy, kiedy widzi to wszystko na hybrydowej platformie. Drzewa i liście ruszają się, gdy wieje wiatr, podczas deszczu wszystko pokrywa woda, a lekka mgła ładnie maskuje to, co dzień wcześniej było dobrze widoczne. Techniczna symulacja amazońskiej dżungli wypadła bardzo dobrze na Switchu.

Można mieć jedynie zastrzeżenia do płynności, bo FPS-y potrafią czasami osiągnąć nieco niższe wartości, ale nie na tyle, aby to przeszkadzało na dłuższą metę. Ciężko trochę ocenić muzykę, bo tej za bardzo nie ma. Jedynie na początku zabawy, potem pozostaje już wszystko to, co można normalnie usłyszeć w lasach deszczowych. Muszę przyznać, że to jest kapitalny zabieg, szczególnie na słuchawkach. Dźwięki środowiska są wspaniałe i pięknie budują klimat Green Hell. Całość wydaje się naturalna i pogłębia efekt całego survivalu w grze.

Green Hell pozytywnie mnie zaskoczył

Nigdy w sumie w coś takiego nie grałem. Zawsze mi się wydawało, że produkcje opierające się na przetrwaniu nie są w stanie dostarczyć tych emocji, które potrzebuje. Myliłem się. Green Hell pokazał, że jeżeli twórcy mają pomysł, to nawet taki laik jak ja, może się dobrze bawić. Wersja na Switcha ma swoje wady, głównie techniczne, a i tak wywarła na mnie duże wrażenie. To produkcja, do której warto wrócić, zwiększyć poziom trudności, zrobić coś inaczej. Naprawdę polecam sprawdzić, bo może się okazać, że wciągnięcie się równie mocno, jak ja.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Forever Entertainment.

Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top