Horrorstör – recenzja powieści. Niesztampowa zabawa ze znanymi motywami

Horrorstör – okładka

Nawiedzone domy często utożsamiane są ze starymi posesjami i taki też ich wizerunek na dobre rozgościł się w popkulturze, stanowiąc scenerię dla niejednej książkowej czy filmowej historii o miejscu nękanym przez paranormalne siły. A co, jeśli uczynić taką problematyczną lokacją budynek, który można śmiało uznać za reprezentanta współczesnego, korporacyjnego światka? Na przykład salon meblowy w stylu sklepów z popularnej sieci handlowej Ikea? Grady Hendrix, autor intrygującej powieści grozy „Horrorstör” poszedł właśnie tym tropem.

Orsk – sklep „idealny”

Ten amerykański twórca wymyślił na potrzeby swojej książki funkcjonującą w USA sieć sklepów meblowych Orsk. To lokalny odpowiednik czy wręcz podróbka Ikei. Ba, Orsk zostanie zresztą wprost nazwany na kartach utworu jej imitacją. W trakcie lektury zajrzymy zaś do jednego z takich marketów, którego pracownicy mają wykonywać przydzielone obowiązki wedle ustalonego rytmu. Orsk działa bowiem niczym zautomatyzowany system, gdzie wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. To budynek o skrupulatnie przemyślanym wnętrzu, by nawet klienci przemieszczali się w określony sposób, czyli z narastającą chęcią na duże zakupy. A jednak coś od pewnego czasu sypie się w tym konkretnym salonie. Mianowicie każdego ranka personel zastaje tam zniszczony towar, podczas gdy kamery nie rejestrują nic podejrzanego. Stąd kilka osób ze sklepowej ekipy bierze udział w całonocnym dyżurze, by dociec sedna problemu i przyłapać ewentualnego winnego na gorącym uczynku.

Początkowo akcja przebiega dość niewinnie, acz oczywiście pojawiają się wzbudzające czujność sygnały. Bo poza uszkodzonym asortymentem, autor zaserwuje nam wtedy np. osobliwą awarię ruchomych schodów. Ale co równie istotne, pierwsza, spokojniejsza połowa książki pozwala poznać protagonistów, wśród których znajdziemy m.in. główną bohaterkę w osobie niezbyt pokornej pracownicy Amy, serdeczną i wzorową członkinię personelu Ruth Anne oraz zastępcę kierownika – oddanego sklepowym zasadom Basila. Wprawdzie poszczególne sylwetki nie wznoszą się na wyżyny oryginalności, lecz są wystarczająco charakterystyczne, by zapaść w pamięć. Chce się więc trzymać kciuki za tych ludzi, zwłaszcza gdy sprawy przybiorą cięższy obrót. A nadejdzie wszak moment, kiedy książkowe postacie staną oko w oko ze śmiertelnie groźnym, nadnaturalnym koszmarem, dobitnie czując odtąd, że to nie przelewki ani tym bardziej zabawa, tylko start walki o życie.

Błyskotliwe ujęcie klasycznego tematu

Zaznaczyć jednocześnie muszę, że, wbrew czyhającemu na terenie sklepu niebezpieczeństwu, „Horrorstör” nie zalicza się do szczególnie przerażających reprezentantów grozy. Owszem, na dalszym etapie fabuły rzeczywiście będzie bardziej nieprzyjemnie, a na dokładkę, zostaniemy uraczeni pierwiastkami makabry i szaleństwa. Nie wspominając o tym, że autorowi nie można odmówić drygu do budowania napięcia oraz zainteresowania czytelników. Ale pomimo stosownego klimatu, nie czytałam owej książki z duszą na ramieniu. Niemniej nie zamierzam na to narzekać. Głównie dlatego, że największa siła omawianej publikacji drzemie gdzie indziej. A jedną z jej głównych zalet jest kreatywne podejście do opowieści o nawiedzonym domu. Bo choć Grady Hendrix użył klocków, które regularnie służą do konstrukcji tego typu historii (ślady aktywności paranormalnej, mroczna przeszłość danego miejsca itp.), obecność korporacyjnych elementów niewątpliwie tchnie powiew świeżości w wykorzystaną przez niego formułę.

Co więcej, nie mamy tutaj do czynienia z pełnokrwistym horrorem, lecz grozą podaną z przymrużeniem oka i podlaną sosem satyry. To świadomy zabieg ze strony pana Hendriksa, jawiąc się jako kolejny niezaprzeczalny atut książki. Gdzieniegdzie trafią się zatem fragmenty, których nie powinniśmy traktować całkiem na serio. Amerykański pisarz z satyrycznym zacięciem krytykuje przy tym korporacyjne zwyczaje, obejmujące chociażby próby swego rodzaju indoktrynacji pracowników czy podporządkowanie ich życia pracy. W ramach przykładu wystarczy przytoczyć sam początek powieści, gdyż szeregowy personel zostaje tam przyrównany do sunących przed siebie zombie. Oprócz tego, wątek meblowej sieciówki pozwolił też poniekąd zrobić przytyk klientom takich sklepów, którzy to wpadają w zakupowy szał i gonią za iluzorycznym poczuciem indywidualizmu.

Nietuzinkowe wydanie

Na osobny akapit zasługuje oryginalna forma, w jakiej „Horrorstör” został wydany. Mam teraz na myśli wszelkie elementy stylizacji, które wzbudzają skojarzenia z katalogiem reklamowym. Można je dostrzec już w formacie książki, a także w wizualnej warstwie okładki, zawierającej ceny widocznych tam mebli. Z kolei w środku zobaczymy m.in. plan części wystawowej salonu, formularz dostawy czy przeróżne promocyjne teksty, które mają na celu przyciągnąć uwagę docelowych odbiorców takich materiałów. Mało tego, rozdziałom nadano nazwy rozmaitych produktów, dorzucając też opisy owych towarów, wraz z ich graficznym przedstawieniem, listą dostępnych kolorów, wymiarami i numerem modelu. Co ciekawe, tak zaprezentowane meble i inne sprzęty stają się w dalszej fazie utworu bardziej upiorne, zarówno na gruncie wizualnym, jak też tekstowym.

Werdykt

Podsumowując, „Horrorstör” to inteligentnie skonstruowana powieść, która zgrabnie bawi się konwencją grozy, a także celnie spogląda na pewne aspekty znanej nam rzeczywistości. Snując historię o nawiedzonym sklepie meblowym, Grady Hendrix pokazał, że potrafi znaleźć dobry sposób na oryginalne ujęcie wyeksploatowanych w danym gatunku motywów i stworzyć coś jak najbardziej pomysłowego według zastosowanego przepisu. Tym samym okazał się dla mnie wartym uwagi pisarzem, w efekcie czego nie omieszkam sięgnąć po inne książki z dreszczykiem spod jego pióra. I to nie tylko z nadzieją na otrzymanie po prostu wciągających lektur, lecz również na możliwość poznania kolejnych płodów bogatej wyobraźni Amerykanina.

Autorką tekstu jest Julita Plucińska, która prowadzi również swojego bloga crouschynca.blogspot.com.

Scroll to top