Iron Nest – Heavy Turret Simulator – recenzja (PC). Pełna immersja w nietypowym wydaniu

Grafika Iron Nest - Heavy Turret Simulator, przedstawiająca wielkie działo na czterech metalowych nogach na czerwonym tle. Obok tytuł gry.
Kamil Podryban
Kamil Podryban

Nie jestem fanem symulatorów. Wygląda jednak na to, że faktycznie każda reguła ma swoje wyjątki, ponieważ Iron Nest – Heavy Turret Simulator to tytuł, który prędko pokochałem. W czasach, gdy większość gier związanych z wojną stawia na adrenalinę, starcia i refleks, ta produkcja wymaga dokładności i cierpliwości. To gra z pozoru nudna, w której niewiele się dzieje, a wiele z naszych akcji staje się tak rutynowych, że będziemy je wykonywać z zamkniętymi oczami. I to, moi drodzy, jest przepis na jedną z najbardziej wyjątkowych gier, jakie dane mi było poznać w ostatnich miesiącach czy może nawet latach.

Dieselpunkowa artyleria


Iron Nest wsadza nas w buty bezimiennego żołnierza-inżyniera, jednoosobowej załogi czteronożnego, mobilnego i niesamowicie groźnego stanowiska artyleryjskiego. Naszym zadaniem nie jest bezpośredni udział w bitwach. My, siedząc bezpiecznie w ruchomym bunkrze uzbrojonym w potężne haubice, większość czasu spędzimy pochyleni nad mapą, z ołówkiem w jednej ręce i notatnikiem w drugiej, obliczając kąty ostrzału, mierząc odległości i konsultując to wszystko z raportami samolotów zwiadowczych. Uzbrojeni w konieczne informacje następnie wykorzystujemy je, by siać zniszczenie na odległość wielu kilometrów, likwidując wrogie oddziały bez narażania się na szwank.

Na szczęście arytmetyka i geometria są tutaj mocno uproszczone – wyznaczając na mapie linie, od razu znamy odległości i kąty, a inne potrzebne informacje otrzymamy, wprowadzając podstawowe dane do odpowiedniej maszyny. Wciąż precyzyjne znalezienie celu na podstawie podanych wskazówek będzie od nas wymagało trochę wysiłku, a błąd oznacza konieczność powtórzenia wszystkiego od nowa. Na szczęście gra dokładnie tłumaczy swoje mechaniki, a samouczki – w formie tabliczek z nadrukowanymi instrukcjami – dostępne są przez cały czas przy odpowiednich stanowiskach. Dzięki temu już po krótkim czasie nabieramy wprawy, a wkrótce sami zaczniemy dążyć do optymalizacji naszych czynności. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, iż triangulacja i śledzenie mapy mogą być tak wciągające. Każdy strzał wymaga przygotowania, ale dzięki temu trafienia są naprawdę satysfakcjonujące, a pudła bolesne. Przede wszystkim jednak w tej powtarzalności jest coś prawdziwie uzależniającego.

Brak świszczących nad głową pocisków i dynamicznej ścieżki dźwiękowej mógłby jednak prowadzić do tego, że rutyna obsługi Żelaznego Gniazda szybko stałaby się nużąca. Na szczęście gra szybko wprowadza liczne urozmaicenia. Niektóre z nich są tak proste jak inny rodzaj pocisku. Przeciwpancerne, podpalające, o zwiększonej mocy, oświetlające, dymne – każdy ma inne zastosowanie, a skuteczne ich wykorzystanie daje mnóstwo satysfakcji. Same zadania także stają się bardziej skomplikowane. Z początku dostajemy dokładne koordynaty, lecz później musimy odnaleźć cel, bazując na przykład na położeniu zwiadowców, wyeliminować wraże stanowiska artylerii, zanim te trafią w nas, albo zniszczyć pociąg, wiedząc tylko, o jakiej porze znajdzie się na stacji. Dzięki temu pomimo powtarzającej się rutyny nie czuć znudzenia. A rutyny jest tutaj jednak pełno – sami dobieramy uzbrojenie, składamy zamówienia, osadzamy pociski w lufie, zapewniamy odpowiednią ilość prochu, obracamy stanowisko artylerii, wyznaczamy linie na mapie… i tak w kółko. Pokochałem to niemal od samego początku.

Czy w Iron Nest jest fabuła?


To trudne pytanie, na które najłatwiej odpowiedzieć „tak i nie”. Z jednej strony mamy otoczkę historyczną wojny. To alternatywna rzeczywistość lat 20. XX wieku, a my służymy w wojsku jednego z państw Osi. Pomiędzy misjami otrzymujemy skrawki informacji w formie artykułów z gazet, lecz od początku wiadomo, że państwowej propagandzie nie należy naiwnie ufać. W niektórych misjach znajdujemy też listy od jednego z żołnierzy, który jako jedyny ze swojego oddziału przeżył pewną bitwę, w której także braliśmy udział. Z początku nie jest jasne, czy nas obwinia za los towarzyszy, czy też dziękuje za interwencję. Wraz z kolejnymi listami jego intencje stają się bardziej oczywiste, poznajemy go też nieco lepiej poprzez jego własne rozterki.

Jednocześnie wszystko to stanowi tylko otoczkę, pretekst do wykorzystania Żelaznego Gniazda. Ignorując skrawki gazet czy szczątkowe informacje z opisu misji, nadal będziemy bawić się przednio, sami też nie mamy zupełnie wpływu na przebieg historii. Otrzymujemy rozkazy, a nasza własna samodzielność ogranicza się do doboru narzędzi, z pomocą których je wykonujemy. Jeśli mam być szczery, nie umiałem przywiązać się do tej historii. Zwłaszcza że misje mogą trwać kilkadziesiąt minut, a informacje otrzymujemy w małych ilościach. Za to, poruszając się po naszym miejscu pracy, możemy pobawić się z kotem, co o wiele bardziej mnie wciągnęło.

Immersja na całego


Uważam, że ogromną zasługę za uzależniający charakter Iron Nest należy przypisać sposobowi, w jaki jesteśmy zanurzeni w świecie gry. Wszystkiego doświadczamy z perspektywy pierwszej osoby, to prawda, ale to nie tylko to. Od samego początku Żelazne Gniazdo jest naszym domem. Tu śpimy i odpoczywamy, tu pracujemy. Mamy kota i swój kąt, a jedynym oknem na świat zewnętrzny jest niewielki wizjer, zamykany przed wystrzeleniem pierwszego pocisku. Gra niemal całkowicie pozbawiona jest ścieżki dźwiękowej, choć możemy tu i ówdzie odnaleźć płyty winylowe. Te możemy zanieść do gramofonu i wtedy będzie nam towarzyszyła muzyka, choć równie dobrze możemy jej nie puszczać, skupiając się tylko na odgłosach całej maszyny.

Udźwiękowienie tej gry jest fenomenalne. Nasze kroki dudnią metalicznym pogłosem, każda wajcha ma swój ciężar i słychać, że wprawia w ruch kolejne skomplikowane mechanizmy, przyrządy stukają i cykają, a sam wystrzał… tego trzeba samodzielnie doświadczyć. Huk jest ogłuszający. A jeśli nam się spodobało, zawsze możemy użyć sygnału dźwiękowego, którego jedyną funkcją jest przytłoczyć nas basem i hałasem. Brak muzyki, efekty dźwiękowe i perspektywa pierwszej osoby sprawiają, że czułem się, jakbym faktycznie był tym inżynierem zamkniętym w metalowym bunkrze, czekającym na kolejny rozkaz. Dawno żadna gra nie umożliwiła mi aż takiej immersji.

Kilka usterek


Iron Nest to gra niezależna, można by więc spodziewać się tutaj pewnych ustępstw czy błędów. I owszem, można coś znaleźć, choć ogólnie tytuł sprawia od samego początku wrażenie świetnie doszlifowanego. Oprawa graficzna może nieco rzucać się w oczy, bo choć gra jest ładna i świetnie oddaje klimat dieselpunkowej maszyny, to niektóre elementy bywają kanciaste, a tekstury nie są najbardziej szczegółowe. I tak jak mechanizmy Gniazda poruszają się z hipnotyzującą precyzją, tak wspomniany wcześniej kot porusza się i wygląda po prostu sztucznie. To jednak drobiazgi.

Podczas swojej przygody napotkałem też kilka błędów, jakkolwiek nielicznych. Najpoważniejszy z nich wymagał restartu misji, ponieważ gra nie załadowała wytycznych (tu w formie drukowanego komunikatu od dowództwa), przez co nie wiedziałem, co miałem robić. Gra potrafiła się też zawiesić, zwłaszcza w przypadku intensywnego alt-tabowania. W kilku miejscach wydawało mi się, że nie wczytała się odpowiednia czcionka – albo twórcy zapomnieli ją uwzględnić, gdyż wiele maszyn czy notatek wygląda jak pisma sprzed wieku, ale w dwóch miejscach użyto współczesnej typografii, co mocno odstaje na tle reszty stylu gry.

Podsumowanie


Choć zakochałem się w Iron Nest – Heavy Turret Simulator niemal od samego początku, to gra dla specyficznego odbiorcy. Przede wszystkim trzeba być cierpliwym, odpornym na rutynę i czuć pociąg do „szkolnych” czynności w stylu rysowania po mapie czy liczenia. Brakuje tutaj też adrenaliny i gwałtownych skoków dopaminy. Z tego powodu trzeba się poważnie zastanowić, zanim usiądziecie do tego tytułu. Moim zdaniem warto jednak zaryzykować. Tytuł oferuje mnóstwo zabawy i satysfakcji, jest także zupełnie inny od większości gier, w jakie zwyczajowo gram. Ta produkcja to doskonały przykład na to, że innowacji i odskoczni od mainstreamu koniecznie trzeba szukać pośród gier niezależnych. 60 złotych za takie doświadczenia to cena jak najbardziej uczciwa. Ba, nawet gotów jestem uznać, że zbyt niska.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy twórcom, Nickowi Nieuwoudtowi oraz Dominikowi Latosowi.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Avatar photo
Czołem, na imię mam Kamil! Kocham gry miłością bez wzajemności, ale staram się nie brać ich za bardzo na poważnie. Najlepiej czuję się w taktycznych strzelankach, ale chętnie próbuję wszystkiego, co się da. Odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałem pisać o grach, a tutaj mogę nareszcie spełniać to marzenie.
Scroll to top