Project Zero: Maiden of Black Water (PS5) – recenzja. Z aparatem wśród duchów

Project Zero: Maiden of Black Water - Okładka

Gra Project Zero: Maiden of Black Water oryginalnie ukazała się na konsolę Wii U, ale z okazji 20-lecia istnienia serii, wydawca postanowił wydać lekko odświeżoną wersję na obecne platformy. Mi przypadła edycja na PlayStation 5 i na jej bazie przygotowałem dla Was recenzję. Jeżeli marka nie jest Wam znana, to pewnie dlatego, że jest pewien problem z nazewnictwem. Jeżeli jednak zamienicie dwa pierwsze słowa z tytułu na Fatal Frame, to może coś Wam się przypomni? Nadal nic? To na ten moment jedyne co musicie wiedzieć, to to, że macie do czynienia z survival-horrorem z Japonii.

Project Zero: Maiden of Black Water PS5 screen

Przeklęta góra

Fabuła gry opowiada o losach trójki bohaterów: Yuri, Rena oraz Miu, którzy chcą rozwikłać zagadki dotyczące góry Hikami. Miejsce to było niegdyś uwielbiane przez turystów, ale pewnego razu doszło tam do serii strasznych wydarzeń. Teraz oficjalnie nikt nie ma tam wstępu, ponieważ ci, którzy się tam udali najczęściej nie wrócili. Doszło do wielu samobójstw, opętań czy też makabrycznych rytuałów. Jak się pewnie domyślacie, sama góra doczekała się wielu różnych historii, których nikt tak naprawdę nie chciał sprawdzić.

W końcu były przepełnione bólem, cierpieniem, okultyzmem czy śmiercią. Czemu jednak protagoniści chcą zmienić ten stan rzeczy? Każde z nich ma swój własny powód, chociaż z początku żadne z nich go nie ujawni. Dopiero później ich historie zaczynają łączyć się w logiczną całość, ale i tak najważniejsze w tym wszystkim jest samo miejsce, którego sekrety mają zostać ujawnione. To może wydać się dziwne, ale same postacie, jak i to, co robią, są nieco mniej ważne. Główny człon fabuły to zagadki dotyczące niewyjaśnionych zdarzeń i w ten aspekt włożono najwięcej wysiłku.

To nie tak, jak myślisz

Nie bez przyczyny chciałem podkreślić, że Yuri, Ren oraz Miu nie są wcale tak ważni, jakby mogło się wydawać. To nie oni są gwiazdą w tym spektaklu, stąd też po przejściu gry łatwo stwierdzić, że twórcy nie poświęcili im wystarczająco dużo uwagi. Uważam jednak, że to był celowy zabieg, oni są uczestnikami i obserwatorami, pełnią znaczącą rolę, aby historia mogła iść naprzód i w danych momentach muszą zrobić to, co do nich należy. Tylko tyle i aż tyle. Bez nich całość nie miałaby sensu, ale mało kiedy w grach stosuje się taki podział ról.

Warto jednak podkreślić, że ich motywy i historie wcale w ten sposób nie tracą na znaczeniu. Po prostu określiłbym je jako drugoplanowe. Mogłyby być napisane lepiej, ale i tak są w stanie zaciekawić, a przecież o to przede wszystkim chodzi, prawda? Ciężko jednak jakoś bardzo polubić tę trójkę i trochę trudno mi powiedzieć czemu. Może to kwestia narracji Project Zero? Może to ustawienie na innym planie? A może są po prostu mało ciekawi? Po latach na pewno będę pamiętał główne elementy historii, a nie samych bohaterów.

Proszę się uśmiechnąć do aparatu

No dobrze, ale co tak naprawdę robimy w tym Project Zero: Maiden of Black Water? Przede wszystkim eksplorujemy, walczymy z duchami, poznajemy fabułę i rozwiązujemy zagadki. Elementem, który może zaskoczyć osoby niezaznajomione z serią, będą same starcia z istotami astralnymi. Nie znajdziecie tutaj pistoletów, flar, karabinów czy wyrzutni rakiet. W omawianej grze główną bronią jest specjalny aparat fotograficzny. Tak, dobrze przeczytaliście. Naszym głównym zadaniem w czasie walki jest wykonywanie zdjęć.

Camera Obscura, bo tak nazywa się to ważne urządzenie, pozwala zadawać obrażenia wszystkim napotkanym “potworom”. Ważny jest moment oraz miejsce, na którym skupimy “broń”. Z początku w starciach będą brać udział pojedyncze istoty, potem jednak trzeba będzie radzić sobie z kilkoma na raz. Trzeba wtedy uważać, aby te nie zaatakowały nas od tyłu. Sama mechanika jest ciekawa, a wraz z postępami zdobędziemy różne klisze, które mają dodatkowe właściwości.

Sam aparat nie służy jedynie do walki, ale pomaga również dostrzec “rzeczy”, których normalnie nie bylibyśmy w stanie zobaczyć. Tyczy się to różnych postaci, miejsc oraz przedmiotów. Te ostatnie mogą za sprawą Obscury w pełni się zmaterializować i pomóc w odblokowaniu zamkniętej dotychczas ścieżki. Warto wspomnieć, że w wielu miejscach są poukrywane różne notatki, które są znaczące dla całej opowieści. Stąd też warto zaglądać w różne zakamarki, aby takowych nie ominąć.

Maiden of Black Water, czyli horror w innym wydaniu

Jeżeli zastanawiacie się, czy Project Zero jest w stanie Was przestraszyć, to odpowiedź brzmi: nie wiem. Wiele czynników wpływa na to, czy odbiorca poczuje ciarki na plecach, dozna szoku czy krzyknie z przerażanie. Na jednych wystarczy jumpscare — tych trochę tutaj jest, drugim wystarczy gęsty klimat i atmosfera grozy — też są, a innych nic z tych rzeczy nie zadowoli. Gra opiera się mocno na schematach japońskiego kina, więc jak ktoś oglądał dużo takich horrorów, to słowo “strach” nie będzie go dotyczyć.

Ja lubię do takich tytułów założyć słuchawki, wyłączyć światło i w pełni się na nich skupić. W takim stanie zwykłe poklepanie po ramieniu może mnie doprowadzić do zawału, ale w ten sposób czerpię frajdę z survival horrorów. Tak też było w tym przypadku, poczucie niepewności, skrzypiące drzwi, dziwne odgłosy, to wszystko potęgowało mój odbiór. Na szczęście, nie piszczałem wysokim głosem w danych momentach, ale uczucie lęku było ze mną przez dłuży czas. Czegoś takiego oczekiwałem i się nie zawiodłem.

Nie ma rózy bez kolców

Klimat świetny, historia wciąga, walki intrygujące, czego chcieć więcej? Cóż, Project Zero nie jest grą idealną, do wymienionych elementów ciężko się przyczepić, ale tytuł ma też swoje wady. Lokacje, chociaż ładne, nie są zbyt duże, a ich liczba mogłaby być większa. Często odwiedzamy te same miejsca, ale innymi postaciami, więc wkrada się pewna powtarzalność. Dodatkowo nasza trójka porusza się naprawdę wolno i tyczy się to również ich animacji. Tych ostatnich jest dużo, o wiele za dużo. Podnoszenie przedmiotów, używanie ich zajmuje naprawdę dużo czasu i czasami człowiek ma już dość.

Mamy więc backtracking, wolne tempo eksploracji i pewnie niektóre osoby może odrzucić takie orientalne podejście. Chodzi o ubiór bohaterek, ten nie za bardzo się nadaje do szukania odpowiedzi w niebezpiecznym miejscu, a zmoczenie go daje bonusy zarówno postaci, jak i przeciwnikom. Nie, nieperwersyjne. Sam w ogóle się na tym nie skupiałem, bo już trochę produkcji z Japonii przerobiłem, ale dla innych może to mieć większe znaczenie. Bardziej negatywne.

Port z Wii U na PS5

Od strony technicznej jest naprawdę dobrze, o ile weźmiemy pod uwagę, że to lekki remaster gry z 2014 roku. Tutaj wielkość lokacji działa akurat na korzyść w odbiorze, a także ich różnorodność. Deweloper zadbał, aby odwiedzane miejsca nie były puste i dobrze oddawały klimat gry. Modele postaci, choć proste, są naprawdę ładne, chociaż mimika twarzy zdradza oryginalny rok produkcji. Całość działa naprawdę płynnie, ale niczego innego od PS5 bym się nie spodziewał.

Warstwa audio to mistrzostwo samo w sobie, szczególnie jeżeli chodzi o budowanie atmosfery. Kiedy trzeba, nie usłyszymy żadnej muzyki, po to, aby spotęgować napięcie danej sceny. Innym razem utwory będą starały się coraz mocniej wpływać na nasz odbiór i pogłębiać lęk przed tym, co zaraz może — chociaż wcale nie musi — się wydarzyć. Do tego te wszystkie dźwięki otoczenia, odgłosy duchów, jęki i wiele więcej. Strasznie istotny element w takiej produkcji, który został zrealizowany fenomenalnie.

Czy warto sprawdzić Maiden of Black Water?

To jest trudne pytanie. Ja lubię takie nietypowe projekty, ale ja miałem z nimi styczność już w czasach PS2. One nie są dla każdego, ale jeżeli ktoś czerpie przyjemność z różnych survival horrorów, to zachęcam do sprawdzenia. Project Zero: Maiden of Black Water ma swoje wady, ale to w końcu gra z 2014 z pewnymi rozwiązaniami klasycznymi dla serii. Jednym będą odpowiadać, innym nie. Cieszę się jednak, że ostatnia odsłona pojawiła się na wszystkich wiodących platformach. Istnieje dzięki temu duża szansa, że kiedyś pojawi się kolejna część.

Za dostarczenie gry dziękujemy firmie KOEI TECMO Europe.

Gameplay

Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top