Slipstream – recenzja (Switch). Klasyka w nowoczesnym wydaniu

Dwuwymiarowe gry wyścigowe zawsze kojarzyć będą mi się bardziej z telefonami komórkowymi, aniżeli z faktycznymi sprzętami retro (choć akurat to, czym retro jest, to kwestia dyskusyjna). Nie da się jednak ukryć, że pierwsze odsłony serii takich, jak chociażby Asphalt wyraźnie czerpały z rozwiązań sprawdzonych wiele lat temu w między innymi kultowym już OutRunie i nieco od niego starszym Pole Position. Toteż, choć w latach ich królowania nie byłem jeszcze uwzględniony nawet w najdalej wysuniętych planach, mam do tego typu rozgrywki niemały sentyment i cieszy mnie fakt, że na rynku coraz częściej pojawiają się produkcje, które zbiorczo ochrzcić można „boomer racerami”. Slipstream natomiast jest ich najlepszym przedstawicielem.

Déjà vu!

Pisząc kiedyś recenzję 80’s Overdrive, stwierdziłem, że jest to list miłosny do OutRuna i lat osiemdziesiątych. Idąc tym tropem, Slipstream byłby odpowiednikiem serenady, odgrywanej przy blasku księżyca pod ich balkonem, bo choć obie te gry są w założeniach dość podobne – w obu mamy bowiem pozbawione udziwnień wyścigi i bazującą na kolorowych sprite’ach grafikę 2D – to najnowsze dziecko studia ansdor wynosi je na zdecydowanie wyższy poziom. Robi to przy tym na tyle dobrze, że bez cienia żalu odkładałem dla niego na czas nieokreślony zaliczenie kolejnego pucharu w kapitalnym Gran Turismo 7.

W grze uwzględniono szereg różnych filtrów ekranu.

Spora w tym zasługa niesamowitego poczucia pędu, które twórcy osiągnęli kilkoma prostymi trikami. Pierwszy zdradza już sam tytuł produkcji, bo slipstream (lub inaczej drafting), czyli technika trzymania się w wytwarzanym przez jadącego przed nami przeciwnika tunelu aerodynamicznym, to w zasadzie główna mechanika gry. Bez jej opanowania niemalże niemożliwe będzie osiągnięcie prędkości, która pozwoli nam na wygraną, a i zdecydowanie trudniej będzie wchodzić bokiem w zakręty, gdyż relatywnie niska prędkość zmuszać nas będzie do ciągłego korygowania profilu skrętu. Z kolei pędząc w slipstreamie, samochód przez zakręt prowadzić będzie się niemalże sam, widowiskowo przeskakując z jednego boku ekranu na drugi.

W tym samym czasie kamera dramatycznie przechylać będzie się na boki, jakoby próbując dogonić pędzący przed nią samochód, co tylko jeszcze bardziej potęguje poczucie prędkości. Tego rodzaju trików, które znacząco wpływają na wrażenia z rozgrywki, jest więcej, bo zapomnieć nie można chociażby o całkiem sprytnym wykorzystaniu w tym celu scenerii. Pobocze każdej z dwudziestu tras usiane jest wszelakiego rodzaju drzewami, ogrodzeniami, budynkami i innego tego typu ozdobami, które w trakcie jazdy mijamy tak szybko, że w zasadzie zlewają się w jedną smugę, jeszcze bardziej potęgując tym samym poczucie pędu, nad którym to nie mogę przestać się rozpływać.

I ojej, i wylądował…

I’ve just been in this place before

Slipstream jest przy tym grą o niezwykle prostym schemacie sterowania, bo opanować należy w zasadzie wyłącznie niepuszczanie gazu oraz skręcanie w lewo i prawo przy pomocy gałki analogowej. Bardziej wymagający mogą jednak zdecydować się na wybór ręcznego driftowania, które wymaga od gracza puszczenia gazu, szybkiego uderzenia po hamulcach i ponownego przyśpieszenia przed każdym zakrętem, by wejść w poślizg. Daje to więcej kontroli nad samochodem, ale wymaga przy tym zdecydowanie więcej wprawy. Osobiście lepiej bawiłem się, jeżdżąc na „automacie”, bo wystarczająco mojej uwagi pochłaniała już próba dogonienia przeciwników i nierozkraczenia się przy tym na przydrożnej bandzie.

Pomimo prostych założeń, nie jest to bowiem gra łatwa. Wysoka prędkość poza widowiskowością dodaje do zabawy wymóg pełnego skupienia na jeździe, bo chwila nieuwagi może poskutkować parkowaniem na pobliskim drzewie. Wprawdzie można wówczas skorzystać z cofnięcia czasu o maksymalnie pięć sekund, ale umiejętność ta ma swój cooldown, więc prędzej czy później rozkojarzony kierowca doprowadzi do sytuacji, w której w wyniku kraksy straci pierwsze miejsce bez możliwości powtórzenia felernego zakrętu.

Może się to okazać tragiczne w skutkach, bo zdarzało się, że rywale zostawiali mnie w tyle tak daleko, że nie miałem najmniejszych szans na ich dogonienie. Zdawali się wówczas jechać niemalże perfekcyjnie, a ja, wlekąc się na szarym końcu, pozbawiony byłem możliwości wykorzystania ich tunelu aerodynamicznego przeciwko nim. Taka tam łyżeczka dziegciu w beczce miodu.

We dwójkę zabawa jest jeszcze lepsza!

Higher on the street

Głównym trybem rozgrywki jest dumnie brzmiące Grand Prix, w ramach którego powalczymy w czterech mistrzostwach, po pięć wyścigów każde. Do dyspozycji otrzymujemy pięć całkiem nieźle zbalansowanych samochodów o różnych parametrach, ale przed uruchomieniem każdego z mistrzostw możemy zdecydować się na rywalizację samochodami nieseryjnymi. Wówczas każde auto otrzyma te same bazowe osiągi, a my będziemy mogli je później ulepszać wedle własnego uznania za wygrane pieniądze. Obie opcje sprawdzają się naprawdę świetnie, a same puchary zabierają nas w przepiękną podróż po różnorodnych i niekiedy zaskakująco kreatywnych trasach.

Poza tym poszaleć można w dość podobnych do siebie trybach Grand Tour i Cannonball. W obu mierzymy się z komputerowymi rywalami na przestrzeni pięciu, zmieniających się płynnie tras. Z tą różnicą, że w tym pierwszym kolejną lokację wybieramy w trakcie jazdy, skręcając w odpowiedni zakręt, a w tym drugim wyboru dokonujemy przed rozpoczęciem zabawy.

Fani Fortnite’a ucieszą się z kolei na wieść o module Battle Royale, aczkolwiek uśmiech szybko zniknie z ich twarzy, kiedy zrozumieją, że jest to nic innego, jak klasyczne eliminacje, w których co okrążenie odpada najwolniejszy z zawodników. Zapomnieć nie można również o próbach czasowych oraz nieodżałowanych pojedynczych wyścigach, które spiszą się wręcz wybornie do nauki tras. Co więcej, wszystkie tryby, z wyłączeniem czasówek, ograć można również z maksymalnie czterema innymi graczami. W jakimkolwiek gronie byście się jednak nie bawili, zdecydowanie nie powinniście się nudzić.

And I know it’s my time to go

Jestem absolutnie oniemiały tym, jak dobrą produkcją okazał się Slipstream. Przyznam się też szczerze, że początkowo niezbyt w ten tytuł wierzyłem, ale całe moje czarnowidzenie okazało się na szczęście równie trafnym, co wróżby pierwszej lepszej wróżki. Mało która gra da Wam równie niesamowite poczucie prędkości co Slipstream, a kolorowa i zwyczajnie ładna, pixel artowa oprawa graficzna oraz absolutnie fenomenalne synthwave’owe kawałki w tle sprawią, że gra ta na długo pozostanie w Waszej pamięci. Natomiast jeżeli martwi Was tempo rozgrywki i obawiacie się, że będzie ono zbyt szybkie, to z radością informuję, że w opcjach znajdziecie kilka przydatnych asyst, mających za zadanie pomoc w nabraniu wprawy bardziej niedzielnym kierowcom. Chwytajcie więc czym prędzej za kierownicę, bo naprawdę warto.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie BlitWorks.

Gameplay

https://www.youtube.com/embed/cyE78ca_JoI

Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top