Jest coś nieopisanie ujmującego w Żołnierzach Kosmosu. Dzieło Paula Verhoevena to nie tylko ciekawy komentarz społeczny i satyra w jednym, ale również wciągające, samoświadome kino rozrywkowe, które mimo upływu lat nadal bawi stylem i podejściem do militarnej tematyki. Starship Troopers: Ultimate Bug War! doskonale wpisuje się w ten styl, choć mam wrażenie, że nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Federacyjna gra propagandowa
Produkcja rozpoczyna się od intro, które ujmie za serce każdego fana filmowej adaptacji książki Roberta Heinleina. Oto bowiem twórcy – Auroch Digital – zdecydowali się na nietypowe, acz świetne podejście do tematu: jesteśmy graczem w świecie Żołnierzy Kosmosu, który zakupił Starship Troopers: Ultimate Bug War! i tym samym wsparł fundusz wojenny Federacji. Tytuł jest więc łamiącym czwartą ścianę rozszerzeniem uniwersum, w którym bohaterowie widziani na ekranie otwarcie przyznają, że bierzemy udział w grze wideo. To wszystko idealnie pasuje do konwencji kinowego pierwowzoru i tłumaczy wiele niuansów, które fabularnie nie miałyby zupełnie sensu, a same postaci niezależne dodatkowo to podkreślają.
We wspomnianej historii śledzimy losy bohaterki Federacji, Samanthy Dietz, która bierze udział w najważniejszych wydarzeniach z filmowego kanonu. Doświadczymy inwazji na Klendathu czy oczyścimy luksusowe kurorty Zagema Beach z arachnidowej zarazy. Wszystko to przeplatane jest filmami z udziałem prawdziwych aktorów, w których pierwsze skrzypce gra Casper Van Dien, powracający do roli Johnny’ego Rico. Nie oczekujcie jednak skomplikowanej fabuły, bowiem zarówno twórcy, jak i postacie w grze nie ukrywają, że jest ona tylko po to, by dać nam to, po co wszyscy przyszliśmy: radosną eksterminację robali.
Raz karabinem, a raz nalotem robaczą hołotę
Rozgrywka w Starship Troopers: Ultimate Bug War! opiera się w głównej mierze na eksplorowaniu półotwartych map celem dotarcia do określonego miejsca, gdzie do wykonania będziemy mieli jedną z kilku aktywności. W ramach tych misji będziemy używać ładunków wybuchowych, by zatrzymać napierające siły wroga, bronić posterunków, likwidować cele czy odbijać miejsca zajęte przez robale. Do zabijania tych ostatnich wykorzystamy arsenał znany z filmu, a także nowy zestaw broni stworzony specjalnie na potrzeby gry. Prowadzenie wymiany ognia, choć w dużej mierze oparte na bardzo prostych zasadach typowych dla boomer shooterów, daje masę radochy. Szczególnie w chwilach, kiedy napierające na nas stwory giną dziesiątkami, szatkowane kulami ołowiu. Jeśli połączymy to z używaniem mechów bojowych lub sprawnie wezwanymi nalotami z powietrza, efekt bywa niezwykle satysfakcjonujący.
To, co drażni w Starship Troopers: Ultimate Bug War!, to rzeczy dodane tam na siłę. Teoretycznie w grze możemy zrekrutować dowolnego żołnierza, by stworzyć kilkuosobowy oddział piechoty, jednak zarówno inteligencja sojuszników, jak i ich efektywność w walce pozostawiają wiele do życzenia. Warto też wspomnieć, że w menu głównym dostępny jest drugi tryb, gdzie sterujemy robalem-zabójcą i w ramach symulacji walczymy po przeciwnej stronie barykady. Choć na papierze pomysł wydaje się ciekawy, to po dwóch misjach z pięciu wolałem wrócić do klasycznej rozwałki. Z czasem do rozgrywki zaczęła się też wkradać pewna monotonia z powodu wykonywania nieustannie tych samych czynności. Dlatego na plus zaliczyć można fakt, że gra nie należy do zbyt długich i kończy się dokładnie w momencie, kiedy zaczynamy zauważać, że nie ma już nic więcej do zaoferowania.
Pocztówka z kosmosu
Dziwnie natomiast prezentuje się oprawa audiowizualna Starship Troopers: Ultimate Bug War!, która chwilami zadziwia niekonsekwencją. Z jednej strony prawie wszystko w grze jest oparte na trójwymiarowej pixelartowej grafice: przeciwnicy, modele budynków, broni czy przedmiotów przywodzą na myśl coś stworzonego w późnych latach 90. Z drugiej strony, z nieznanego mi powodu, zdecydowano się na to, by ludzkie postacie były przedstawione w formie dwuwymiarowych sprite’ów. Po czasie można się do tego przyzwyczaić, jednak wspomniana konwencja budziła we mnie konsternację. Bardzo podobało mi się natomiast to, co gra robi z udźwiękowieniem. Odgłosy strzelających karabinów, skrzeczących Arachnidów czy przelatujących nad głowami bombowców świetnie współgrają z muzyką, która w 100% wzorowana jest na tej skomponowanej do filmowego pierwowzoru przez Basila Poledourisa.
Cieszy też to, jak nakręcone zostały przerywniki filmowe balansujące na granicy kiczu i udawanej powagi. Z miejsca przypominają mi się inne produkcje, które również przeplatały rozgrywkę scenami z udziałem prawdziwych aktorów, jak chociażby w serii Command & Conquer. Takie podejście i sposób opowiadania historii doskonale wpisują się w propagandowy ton Żołnierzy Kosmosu, a co za tym idzie, w niewymuszony i naturalny sposób stają się częścią wspomnianego uniwersum. Nawet jeśli w głównej mierze jest to festiwal „gadających głów”, taki pozytywny odbiór jest zasługą dobrej i świadomej wizji artystycznej, którą w pełni zrealizowali zatrudnieni aktorzy.
Służba to prosta droga do obywatelstwa
Starship Troopers: Ultimate Bug War! nie próbuje być rewolucją ani nowym królem gatunku. To niewielka, świadoma swoich ograniczeń strzelanka, która z ogromnym szacunkiem podchodzi do filmowego pierwowzoru. Jeśli marzyliście o tym, by wreszcie stanąć do walki z hordami Arachnidów i usłyszeć charakterystyczny ryk Mority, trudno o lepszy pretekst, by ponownie zaciągnąć się do służby dla Federacji.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.










