Udany powrót do Waszyngtonu. The Division 2 oferuje więcej, niż myślałem

W 2016 roku firma Ubisoft wprowadziła na rynek zupełnie nową markę, The Division. Od pierwszych zapowiedzi nie mogłem się jej doczekać. Świetnie zapowiadający się silnik, angażujący gameplay, interesująca fabuła, a wszystko to w Nowym Yorku pokrytym śniegiem. Tytuł mnie nie zawiódł, wręcz utwierdził w przekonaniu, że firma znana, chociażby z serii Assassin’s Creed powiększyła swoje portfolio o kolejną mocną grę. Kiedy ogłoszono prace nad kontynuacją, byłem pewien, że otrzymam coś w stylu Gears of War 2 — Bigger, better, more badass. Tak też się stało, ale niestety nie po premierze, a dużo później.

The Division 2: Początek

To nie był dobry moment dla The Division 2

Sequel ukazał się na początku 2019 roku. Wydawało mi się, że mimo swojej niechęci do loot-shooterów, którymi byłem przesycony, uda mi się czerpać z tej produkcji przyjemność. Szybko jednak okazało się, że wcale tak nie jest. Pierwsze przesłanki mogłem zauważyć już po becie, która nie przypadła mi do gustu. Średnia optymalizacja, problemy z serwerami i początek przygody, któremu daleko było do tego z pierwszego The Division. Preordera jednak nie anulowałem. Czekałem wraz ze znajomymi na ten konkretny dzień i szybko zabrałem się na pobieranie dwójki. Po uruchomieniu już od razu czułem, że jest coś nie tak. Nie chodziło tutaj wcale o małą ilość widocznych zmian względem pierwowzoru, oprawę czy kod sieciowy. Nie czułem po prostu tego czegoś.

Postanowiłem iść w zaparte i grać dalej. Wbijałem kolejne poziomy, zbierałem przedmioty, słuchałem nagrań postaci i poznawałem kolejne fragmenty mapy. Niczym robot parłem do przodu bez większego sensu czy jakiejkolwiek satysfakcji. Nie pomagało również popędzanie przez znajomych, którzy mieli trochę więcej czasu i już ukończyli kampanię. Doszło do tego, że w pewnym momencie nie byłem w stanie włączyć tej gry. Nic mnie do niej nie ciągnęło, czułem wręcz jakąś odrazę. Nagle byłem w stanie znaleźć milion powodów, aby do niej nie wracać. Nie dotarłem nawet do końca fabuły, tej podstawowej. Rzuciłem to wszystko w kąt, The Division 2 odinstalowałem i uznałem, że to koniec. Postanowiłem, że nie wrócę do świata wykreowanego przez studio Ubisoftu, nie dam mu drugiej szansy.

The Division 2: Pasja z Twittera

Pozytywny wpływ z Twittera

Minął ponad rok, a w mojej głowie ani przez sekundę nie pojawiła się myśl dotycząca omawianej gry. Poświęciłem swój czas na inne produkcje, przy których bawiłem się świetnie. Życie toczyło się dalej, byłem szczęśliwy i nic nie wskazywało na to, że zmienię zdanie. Podczas podróży do Wrocławia wpadłem do lokalnego oddziału CEX, gdzie planowałem jedynie nabyć Call od Duty dla swojego przyjaciela. Wyszedłem z tym tytułem, pierwszym Xboxem, a także edycją kolekcjonerską The Division 2. To, że wydałem mnóstwo pieniędzy, a narzeczona się śmiała — zostawić Cię samego na pięć minut, nie ma znaczenia. Dlaczego zdecydowałem się opuścić lokal z produktem, który dał mi więcej smutku niż radości? Wszystko przez pozytywny wpływ z Twittera.

To właśnie tam od dłuższego czasu dochodziły do mnie sygnały od takich użytkowników jak: @hype_and_space, @lisciasty_ czy @BartekFiszer, które powoli wypełniały moją podświadomość dobrymi rzeczami związanymi z TD2. Byłem zarażany pasją, innym spojrzeniem na tę produkcję, ciekawostkami, a nawet i wynalazkami. To się tak zbierało i zbierało. Nawet nie spostrzegłem, kiedy znowu zapragnąłem wrócić do Waszyngtonu i tym razem dobrze się bawić. W czasie przeglądania różnych ofert w sieci przewinęła mi się edycja kolekcjonerska, jednak cena nie była zbyt atrakcyjna, ale jak zobaczyłem 150zł w CEX, to impuls zrobił swoje. Nie widziałem, czy podjąłem dobrą decyzję, czy będzie to miało jakiś sens. Zaryzykowałem i tym razem nie żałowałem.

The Division 2: Drugie Życie

Waszyngton po raz drugi

Mam czasami tak, że gameplay całkowicie mnie pochłonie. Niby staram się wciągnąć w fabułę i mechaniki danej gry, ale są takie produkcje, gdzie wyłączam trochę myślenie i w pełni skupiam się na rozgrywce. Czasami to wina dewelopera, bo podaje informacje w sposób, który do mnie nie przemawia. Innym razem te elementy nie są po prostu tak istotne. W przypadku The Division 2 jest jakby pomiędzy. Wiem, że skrywa w sobie ciekawy lore i staram się go odkrywać i przyswajać, ale forma, w jakiej jest dostarczany, nie przekonuje mnie. Prawdę mówiąc, on mi jakoś umyka. Kiedy biegnę postacią i jestem skoncentrowany na zadaniu, padają komunikaty oraz istotne rzeczy fabularne. To nie jest czas i miejsce, aby mi podawać informacje, gdy staram się dobrze wycelować w głowę upatrzonego oponenta.

Cutscenek w TD2 nie ma zbyt wiele. Część z nich to oddzielnie nagrania, które mogę, ale wcale nie muszę obejrzeć. Czasami wręcz o nich zapominałem. Dlatego muszę trochę na własną rękę poznawać wszystko, co w tej produkcji zawarto. Nie jest to jakiś wielki problem, ale wydaje mi się, że można to było wykonać lepiej. Identyczny problem miało Destiny sprzed dodatku The Taken King. W uniwersum Bungie nadal nie jest to wszystko zrobione poprawnie, ale wiele elementów usprawniono i te najważniejsze rzeczy bez problemu da się wyłapać. Jeżeli chodzi o grę Ubisoftu, to poznawanie fabuły, postaci i wydarzeń jest dla mnie jak misja poboczna, którą powoli wykonuje. W końcu ją ukończę, ale szkoda, że nie byłem wstanie tego zrobić, w czasie wykonywania zadań w kampanii.

The Division 2: Waszyngton

Sam w wielkim mieście

Tego typu produkcja stawia na zabawę w co-opie, choć wątek główny i misje poboczne można bez problemu zaliczyć solo. Postawiłem na drugie rozwiązanie, aby móc w pełni cieszyć się The Division 2. Początek nie zachwycał, nadal nijak miał się do tego, czego doświadczyłem w jedynce, ale po kilku godzinach wszystko zaczęło nabierać sensu. Zacząłem cieszyć się z odkrywania nowych miejscówek, testowania kolejnych broni, opracowywania prostych taktyk i poznawania lore gry. Każda kolejna kamizelka, nowy gadżet czy nagranie wideo motywowały mnie do dalszej zabawy. Na mapie przybywało znaczników, których po prostu nie mogłem sobie odpuścić. Układałem w głowie mały plan — co zrobię w danym momencie, a następnie skrupulatnie go wykonywałem. W tym momencie mam już zaliczoną kampanię bawię się w end game i na razie nie zamierzam przestać.

Nie interesują mnie negatywne opinie innych graczy, bo dla mnie ten tytuł jest naprawdę świetny. Dziesiątki wspaniale zaprojektowanych lokacji, interesujące historie i losy danych postaci, szeroki wachlarz broni i Dark Zone. Oczywiście, TD2 nie jest idealne, szczególnie na mojej PS4 Pro. Muzyka potrafi się zaciąć, tekstury doczytują sie wolno, a loadingi potrafią trwać wieki. Mimo to nie przeszkadza mi to, aby dobrze się bawić. Staram się jednak nie przesadzić. Było już kilka momentów, gdzie czułem pewne znużenie, powtarzalność. Wiele misji jest bardzo podobnych, ale wystarczyło po prostu dawkować sobie ten tytuł. Nie cisnąć bez sensu do przodu, tylko w swoim, zdrowym tempie odhaczać kolejne rzeczy ze swojego planu. Brak presji ze strony osób trzecich też pomaga, a dołączenie do przyjaznego community gry miało na mnie pozytywny wpływ.

The Division 2: End Game

To nie koniec z The Division 2

Mógłbym już zakończyć zabawę, jednak chce dalej odkrywać to, co stworzyło dla mnie i dla innych studio Ubisoft. Samej podstawki mam jeszcze sporo, a przecież oprócz niej jest przepustka sezonowa oraz duży dodatek. Ten ostatni jest podobno lepszy niż to, co do tej pory poznałem. Czekam na razie, aż DLC będzie miało jakąś promocję. Nigdzie mi się nie spieszy. Zadań na mapie nie brakuje, Dark Zone wymaga eksploracji, a tryb PvP tak naprawdę tylko liznąłem. Cieszę się, że powrót do tej pozycji okazał się tak pozytywny. Nie doszłoby do tego, gdyby nie inni, którym bardzo dziękuję. Od siebie mogę jeszcze dodać, że w tym momencie warto dać szansę The Division 2. Grę można nabyć w śmiesznie niskiej cenie — od 30zł na konsole. Agent Artur wraca do Waszyngtonu, gdzie liczy, że spotka kogoś z Was.

Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top