Temat okultyzmu, czarnej magii i mistyki od dawna pojawia się w grach wideo niezależnie od tego, do którego gatunku należą. Survival horror, symulator chodzenia, stare przygodówki — w każdym z nich znajdziemy przynajmniej uncję nawiązania do duchów czy magicznych rytuałów. The Occultist od studia DALOAR jest kolejną z takich produkcji i oferuje graczom możliwość wskoczenia w buty badacza spraw nadprzyrodzonych. Przyjrzyjmy się zatem, czy okultysta jest tym, za kogo się podaje, czy jedynie hochsztaplerem znającym kilka kuglarskich sztuczek.
Inwokacja
W grze wcielamy się w Alana Rebelsa, tytułowego Okultystę, który wyrusza na poszukiwania zaginionego ojca. Ślady prowadzą bohatera na wyspę Godstone — opuszczony kawałek lądu skrywający niepokojącą tajemnicę. Już pierwszy kontakt z tym miejscem utwierdza Alana w przekonaniu, że wydarzyło się tam coś złego. Coś, co nie tylko przyciągnęło tu jego rodziciela, ale też przepędziło lub uśmierciło resztę mieszkańców tych terenów. Uzbrojony jedynie w wahadło i wiedzę mistyczną protagonista wyrusza do znajdującego się w głębi wyspy miasteczka, by stawić czoła czyhającej tam klątwie.
Muszę przyznać, że historia opowiedziana w The Occultist bardzo przypadła mi do gustu. Choć nie należy do zbytnio skomplikowanych, to umiejętnie żongluje znanymi motywami, potrafi dozować napięcie i skutecznie odsłania wszystkie tajemnice wraz z każdym kolejnym rozdziałem historii. Znalazło się też miejsce na kilka sprytnie wplecionych zwrotów fabularnych. Mam jednak zastrzeżenia co do tytułu gry: „okultysta” wprowadza bowiem gracza w błąd, sugerując, że stawimy czoła ponadnaturalnym bytom, będziemy stosować kabalistyczne rytuały, aby komunikować się z istotami z innego świata, czy egzorcyzmować udręczone dusze. W samej grze jest tego niewiele i deweloperzy zamiast postawić profesję bohatera na pierwszym miejscu sprawili, że jego zawód jest ledwie tłem i stanowi wytrych fabularny dla głównego wątku opowieści.
Ewokacja
Oczywiście nie jest tak, że w The Occultist nie będziemy mieć kontaktu z mistycyzmem czy zjawiskami paranormalnymi, lecz warto zaznaczyć, że rozgrywka w grze to swoisty miks symulatora chodzenia, zagadek rodem z Escape Roomów i zwiedzania domu strachów. Z tego wszystkiego wywiązuje się nader przyzwoicie, zachowując przy tym balans i całkiem dobre tempo akcji. Dzięki temu podczas gry nie odczuwa się znużenia powtarzalnymi mechanikami. Te wprowadzane są stopniowo i mają swoje uzasadnienie w fabule gry — stanowią po prostu dodatkowe właściwości posiadanego przez bohatera wahadła.
Owo wahadło pomaga nam w eksploracji i rozwiązywaniu łamigłówek. Podstawową funkcją narzędzia jest spoglądanie przez „szkiełko”, co pozwala wyeksponować ukryte przedmioty i notatki. Potem artefakt rozszerza swoje możliwości o cofanie czasu, wysyłanie duchowego posłańca w postaci „kruka”, za pomocą którego możemy oddziaływać na rzeczy poza naszym zasięgiem, i… kontrolę szczurów. I chyba z tych wszystkich zdolności to właśnie ta pozostawia najwięcej do życzenia. O ile pozostałe idealnie wpasowują się w świat przedstawiony, to ostatnia pasuje do konwencji ni w pięść, ni w oko. Co więcej, jest używana ledwie w dwóch, może trzech miejscach, przez co wydaje się dodana wręcz na siłę, by jeszcze bardziej urozmaicić rozgrywkę. Do samego wahadła mam też jeszcze jedno ale: naprawdę rzadko zdarza się, by w ramach rozwiązywania zagadek trzeba było łączyć wspomniane umiejętności.
Na pochwałę zasługuje sam poziom łamigłówek. Nie są bowiem przesadnie skomplikowane i da się je rozszyfrować w miarę szybko, choć bywały też takie, przy których spędziłem więcej czasu, niż zakładałem. Rozstrzał zagadek jest spory: raz będziemy musieli wprowadzić właściwą kombinację do zamka, innym razem zgadnąć imię ducha, a jeszcze kolejnym ustawić posągi we właściwych pozycjach. Wszystkie łamigłówki zostały sprytnie wplecione w świat przedstawiony, dlatego nie ma się wrażenia, że pojawiły się tam zupełnym przypadkiem. Podczas zwiedzania Godstone odkryjemy też sporo znajdziek w postaci medalionów, kapliczek oraz modlitw, lecz za ich zebranie nie otrzymamy nic więcej prócz osiągnięcia.
Manifestacja
Z racji, że tematyka The Occultist często balansuje na granicy kontaktu ze zjawiskami paranormalnymi, wielokrotnie trafimy na sytuacje mające wywołać w nas przerażenie czy przyspieszone bicie serca. Z tym bywa różnie, bo chociaż gra stawia na atmosferę opuszczonej wyspy, to momentami zbytnio epatuje typowymi straszakami w postaci jump scare’ów. A to coś wyskoczy w drzwiach, a to przez okno i tak dalej. Owszem, kilka „pierwszych razów” robi wrażenie, jak scena w piwnicy, ale z czasem robi się tego tak wiele, że przestajemy zwracać na to uwagę. Wręcz przeciwnie: tanie straszenie ujmuje dobrze skrojonej atmosferze.
Zdecydowanie lepiej produkcji wychodzi opowiadanie historii przez otoczenie i powolne budowanie napięcia. Podczas wędrówki po wyspie Godstone trafimy do typowych horrorowych miejscówek, takich jak szpital czy sierociniec. Twórcom udało się jednak w sprytny sposób sprawić, by wyróżniały się na tle tych znanych z innych tytułów. Wystarczyło wpleść je w fabularną narrację gry i sprawić, by stały się jej pełnoprawnymi bohaterami. Każde z miejsc skrywa własną przerażającą tajemnicę, a jej rozwikłanie często budzi nieprzyjemne uczucie dyskomfortu. Szczególnie w mojej pamięci zapisał się sierociniec i to, co robiono z mieszkającymi tam dziećmi.
Parokrotnie w grze będziemy też uciekać i ukrywać się przed patrolującymi teren przeciwnikami. To niestety jest najsłabszy element rozgrywki, szczególnie kiedy odkryje się, że istoty nie są w stanie nas skrzywdzić poza pomieszczeniem, w którym się znajdują. Są wręcz „uwiązane” do wyznaczonej strefy niczym pies na łańcuchu i nie przekroczą jej, szybko tracąc nami zainteresowanie. Jest to zarówno ułatwienie, jak i utrapienie: w grze nie ma jak bronić się przed takimi istotami, a jeśli nas zauważą, to ucieczka przed nimi graniczy z niemożliwością. Jako Alan zmierzymy się też z kilkoma bossami — dokładniej z dwoma. W tym przypadku starcia polegają na świadomym wykorzystaniu otoczenia tak, by uzyskać przewagę nad oponentami. Pojedynki te nie są niczym szczególnym i wykonane są ledwie poprawnie, spełniając swoje zadanie jako odskocznia od standardowego toru rozgrywki.
Materializacja
Choć The Occultist działa na Unreal Engine 5, to nie do końca twórcom udaje się wyciągnąć pełnię potencjału silnika graficznego. Środowisko, budynki i lokacje prezentują się dobrze, a nawet bardzo dobrze, kiedy uruchomi się dodatkowe oświetlenie. Ray tracing diametralnie zmienia estetykę wizualną produkcji, jednak wpływa też drastycznie na płynność rozgrywki. Sama optymalizacja kuleje natomiast szczególnie podczas przerywników filmowych. Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale o ile produkcja trzymała na najwyższych ustawieniach stabilne 30 klatek przy włączonym RT, o tyle w cutscenkach gra zwalniała do poziomu animacji poklatkowej.
Przeciętnie wypadają też modele postaci, a w szczególności zjawy i upiory. Straszydła po prostu wyglądają mało przekonująco i nazbyt klasycznie, a niską jakość tekstur próbuje się maskować dynamicznymi jump scare’ami oraz faktem, że patrolujące teren zjawy są niemal niewidoczne gołym okiem. Dopiero po spojrzeniu przez szkiełko wahadła widzimy duchy w całej okazałości. I niedoskonałości jednocześnie. Szkoda, bo jest to ten element opowieści, który rzeczywiście ma znaczenie, a wypada najmniej przekonująco.
Inkantacja
Brawa natomiast należą się za reżyserię dźwięku i świetny soundtrack, który został idealnie wpleciony w wydarzenia dziejące się na ekranie. Jest niepokojąco i tajemniczo, czyli dokładnie tak, jak być powinno. No, może motyw przewodni produkcji wykorzystywany jest trochę zbyt często, ale z racji, że jest miły dla ucha, nie miałem nic przeciwko temu. Miło słucha się także aktorów głosowych, a w szczególności Douga Cockle’a znanego graczom z roli Geralta w anglojęzycznej wersji Wiedźmina. Aktor wciela się tutaj w głównego bohatera i doskonale oddaje charakter postaci — zatwardziałego weterana, który niejedną zjawę widział, niejednego stracha przegonił i z wieloma mamidłami gadał. Mimo to twórcy dwoją się i troją, by bohater nie brzmiał jak łowca potworów, ale porównań nie da się uniknąć — głównie ze względu na szeroki wachlarz „usług” Geralta z Rivii.
Egzorcyzm
Skłamałbym, pisząc, że przy The Occultist nie bawiłem się dobrze. Dzieło studia DALOAR nie jest tytułem idealnym, lecz mimo wszelkich niedoróbek polubiłem tę grę. Potrafiła przyciągnąć mnie intrygującą historią, ciekawym pomysłem na siebie i angażującymi zagadkami. Jeśli więc chcecie wejść w buty Alana Rebelsa i odkryć tajemnicę, jaką skrywa przed wami Godstone, to jak najbardziej warto. Nie patrzcie tylko przez szkiełko wahadła, bo ujrzycie rzeczy, które niekoniecznie przypadną wam do gustu.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.











