Valor Mortis – recenzja (PC). Ku chwale i ku zgubie

Gra dostępna na:
PC
PS5
XSX
Grafika główna gry Valor Mortis
Artur Janczak
Artur Janczak

Zrobienie mrocznego soulslike’a z perspektywy pierwszej osoby to ryzyko, na które porywają się nieliczni. Studio One More Level najwyraźniej nie lubi jednak bezpiecznych, nudnych rozwiązań i po dwóch świetnych Ghostrunnerach rzuca nas prosto w błoto alternatywnej Europy, w której Napoleon odniósł wielki triumf pod Waterloo. Zamiast cybernetycznej zwinności dostajemy rapier, dymiący pistolet i brutalny świat zjadany przez ciągłą wojnę. Spędziłem w nim wiele godzin i z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić jedno: dawno żadna produkcja nie opowiedziała mi tak wiele, używając do tego tak niewielu słów.

Legenda, która gnije od środka

Mamy rok 1820, czyli dokładnie pięć lat po historycznym zwycięstwie francuskiego dowódcy. Oficjalnie cesarz zawdzięcza swoje sukcesy swojemu geniuszowi militarnemu, lecz w rzeczywistości za jego potęgą stoi pilnie strzeżona substancja zwana neftoglobiną. W ten ponury świat trafia William Dowsett, czyli młody brytyjski oficer całkowicie pozbawiony pamięci oraz własnej tożsamości. W niezwykłych okolicznościach ląduje on w szeregach Legii Cudzoziemskiej Gwardii Cesarskiej, która szybko wysyła go na wyniszczone brutalną wojną ziemie Europy Wschodniej. Prawdziwą naturę wspomnianej substancji zostawiam Wam do samodzielnego odkrycia, ponieważ to na niej opiera się główny ciężar intrygi.

Screen z gry Valor Mortis: Pole bitwy

Na drodze potężnego władcy staje Dzierzba, czyli bezwzględna, tajemnicza postać stojąca na czele zbrojnego ruchu oporu. Zostawia ona za sobą makabryczne wystawy francuskich żołnierzy nabitych na pale jako krwawe ostrzeżenie dla imperialnych najeźdźców. Alternatywna historia nie jest w tym tytule jedynie powierzchownym kostiumem. Epoka napoleońska płynnie przenika do mundurów, uzbrojenia i architektury, ukazując przy tym potężny, ludzki koszt wojny oraz horrory z niej wyrastające. Projektanci mistrzowsko wykorzystali te historyczne realia do zbudowania dusznego, ciągle niepokojącego nastroju.

Świat, który mówi półgłosem

Najwięcej o upadłym cesarstwie dowiadujemy się z otoczenia, porzuconych notatek, pobocznych zleceń i samego wyglądu napotykanych przeciwników. Wszystkie te drobne detale składają się na spójną, niezwykle konsekwentnie prowadzoną opowieść, w której niemal niczego nie podano graczowi wprost. Pod względem narracji prowadzonej przez środowisko opisywany tytuł trzyma równy, bardzo wysoki poziom. W sztuce opowiadania obrazem śmiało staje w jednym szeregu z najlepszymi dziełami studia FromSoftware. Przemierzając kolejne mroczne lokacje, z uwagą chłonąłem każdy detal i stale układałem w głowie fragmenty rozsypanej układanki.

Screen z gry Valor Mortis: Świat, który do nas mówi

Ta subtelna metoda projektowania historii potrzebuje jednak cennego czasu na rozwinięcie skrzydeł. Pierwsze godziny są jak najbardziej poprawne, lecz brakuje im wyraźnej iskry natychmiastowo przykuwającej do ekranu. Sam przepadłem w tym uniwersum na dobre dopiero po wygranej walce z pierwszym poważnym bossem tuż przed dotarciem do naszej bazy wypadowej. Ciekawy paradoks polega na tym, że owo starcie należy do zdecydowanie najmniej ekscytujących w całej kampanii. Ważniejsze okazało się to, co nastąpiło zaraz później, ponieważ zebrane wcześniej narracyjne okruchy zaczęły wreszcie tworzyć fascynujący, wielki obraz.

Ludzie w cieniu cesarza

Gatunek ten mocno przyzwyczaił graczy do pustych protagonistów, jednak nasz brytyjski oficer posiada własny charakter oraz rosnące z każdą chwilą wątpliwości. Wyruszył on na front głęboko przekonany o słuszności wyższej sprawy, podczas gdy każde kolejne odwiedzone miejsce brutalnie odbiera mu ten wewnętrzny spokój. Chętnie oddałby się ślepo którejś ze stron konfliktu, bo fanatyczna wiara byłaby znacznie wygodniejsza od ciągłej, męczącej niepewności. Obok niego na wczesnym etapie przygody pojawia się Lucjan i to jego osoba stanowiła dla mnie pierwszy motor napędowy do dłuższego posiedzenia. Od samego początku czuć w nim coś bardzo tajemniczego, lecz deweloperzy sprytnie unikają zrobienia z niego przerysowanego, komiksowego łotra.

Screen z gry Valor Mortis: Lucjan

Niezwykle mocno w pamięci zapisują się także charyzmatyczna Dzierzba, sam nieustępliwy cesarz Napoleon oraz bardzo nietypowe myszy. Swoje unikalne miejsce w ponurym scenariuszu mają również ludzie, których losy poznajemy wyłącznie z drugiej ręki w bardzo smutnym kontekście. Tym bardziej uwiera mnie ogromny fakt, że na tym wspaniałym tle blado wypadają stali bywalcy naszego huba. Odgrywają oni przypisane im role całkowicie bez wyrazu i dopiero pod sam koniec zyskują odrobinę upragnionej głębi, przez co ich fabularny potencjał został w dużej mierze zmarnowany. Niejeden zlikwidowany boss miał w sobie znacznie więcej charyzmy niż cała ta ekipa sojuszników.

Walka na wyciągnięcie ręki

Perspektywa pierwszej osoby na nowo definiuje zasady brutalnych starć na krótkim dystansie. Nie widzimy własnych pleców, a optymalną odległość do oponenta trzeba wyczuć zupełnie inaczej niż przy tradycyjnej kamerze zawieszonej nad ramieniem bohatera. W zamian każdy krwawy pojedynek toczy się tuż przed naszym nosem, a to odważne rozwiązanie fantastycznie sprawdza się w dynamicznej akcji. Taki widok mocno procentuje również we fragmentach zręcznościowych wyraźnie przypominających świetne sekwencje z Titanfall 2 oraz Mirror’s Edge. W rynkowym gąszczu pełnym wtórnych naśladowców właśnie to osobiste podejście wyróźnia polski projekt najbardziej na tle silnej konkurencji.

Screen z gry Valor Mortis: Walka z żołnierzem

Do skutecznej obrony wykorzystujemy płynne uniki, perfekcyjne odskoki dające szansę na natychmiastową kontrę, a także blokowanie i precyzyjne parowanie potężnych ciosów. Zwykłe chowanie się za zasłoną kosztuje cenne punkty zdrowia, więc produkcja wyraźnie zachęca graczy do prowadzenia ryzykownej defensywy. Projektanci nie budują przed nami frustrujących ścian pochłaniających długie wieczory prób. Zamiast tego sowicie nagradzają naszą uważność i umiejętne wykorzystywanie dostępnych narzędzi mordu. Tutejszy próg wyzwania mocno kojarzył mi się z Dishonored oraz Witchfire, oferując bardzo angażującą rozgrywkę.

Arsenał bez zapychaczy

Każdy morderczy oręż w naszym ekwipunku ma konkretne zadanie, więc wykorzystywany sprzęt płynnie dostosowujemy do zachowania danego przeciwnika. Na co dzień przemierzałem lokacje z lekkim rapierem w dłoni, ponieważ jego ogromna szybkość i punktowa precyzja idealnie współgrały z moim stylem gry. Z kolei przed wejściem na arenę wyciągałem długiego claymore’a, który oferuje świetną umiejętność obszarową pozwalającą ranić i osłabiać wroga z bezpiecznego dystansu. Broń palna stanowi tutaj równoprawną połowę całego, złożonego systemu walki. Podstawowy pistolet szybko rozwiązuje większość problemów, a strzela się z niego równie przyjemnie co w Destiny 2. Ciężki muszkiet znakomicie sprawdza się na bardzo dalekich odległościach, natomiast krótka lufa działa niczym podręczna strzelba ratująca życie w krytycznych sytuacjach.

Screen z gry Valor Mortis: Arsenał wojny

Równie ważne pozostają nadprzyrodzone zdolności protagonisty, w uniwersum zwane transmutacjami. Zdecydowanie najczęściej używałem kuli ognia miotanej prosto z dłoni, co naturalnie przywoływało mi na myśl serię BioShock. Każdą nową, magiczną umiejętność przemyślano z dużą uwagą, dlatego żadna z nich nie ląduje zapomniana w wirtualnym plecaku. Znacznie mniej entuzjazmu wzbudziły we mnie bursztyny, czyli specjalne modyfikatory dokładane do naszej postaci co pięć zdobytych poziomów doświadczenia. Wybierałem najczęściej warianty bezpośrednio wspierające moje ulubione ataki i odniosłem przykre wrażenie, że zmieniają one zabawę w znacznie mniejszym stopniu, niż początkowo obiecywano. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie eksperymentowałem z nimi zbyt intensywnie podczas głównego wątku.

Bossowie, skróty i jeden słaby punkt

Bossowie zaskakują znakomitymi, świeżymi projektami znacznie częściej niż sztucznie zawyżonym poziomem trudności. Same areny i poszczególne starcia stoją na najwyższym poziomie, a wybrane pojedynki zapadają w pamięć głównie ze względu na genialne tło fabularne. Tak sprawa wygląda chociażby z panną młodą, która nie stawia wielkiego oporu, lecz związana z nią smutna, tragiczna historia zostaje z graczem na bardzo długo. Prawdziwą rewelacją okazała się dla mnie cała długa, wymagająca sekcja zbudowana wokół wielkiego wiatraka. Zgrabnie łączy ona bezpośrednią walkę w zwarciu, trudną platformówkę i celne strzelanie w spójne, fantastyczne widowisko.

Screen z gry Valor Mortis: Pierwszy Boss

Tutejsze klimatyczne latarnie pełnią rolę klasycznych ognisk, przy których w pełni bezpiecznie wydajemy zdobyte zasoby na rozwój parametrów bohatera. Rozstawiono je na mapie bardzo uczciwie, dzięki czemu powtarzanie drogi do bossa nie przypomina męczącej kary po przypadkowej porażce. W samej konstrukcji otwartego świata wyraźnie czuć wspaniałego ducha metroidvanii, ponieważ wiele początkowo zablokowanych ścieżek otwiera się przed nami dopiero po zdobyciu nowych umiejętności. Wracanie do dobrze znajomych zakątków wypada niezwykle naturalnie i zazwyczaj gwarantuje natrafienie na ukryte skarby lub elitarnych, potężnych wrogów. Jedynym poważnym, słabym punktem eksploracji pozostaje bezpieczny hub, do którego zaglądałem wyłącznie z czystego przymusu posunięcia fabuły do przodu.

Produkcja z własną twarzą

Od strony czysto technologicznej grafika nie wyznacza raczej nowych, rewolucyjnych standardów na obecnym rynku. Przy bardzo dokładnym przyglądaniu się wybranym obiektom można bez trudu wypatrzyć prostsze modele postaci czy tekstury o odrobinę niższej rozdzielczości. Główną wartością tej premiery pozostaje jednak wprost fenomenalny kierunek artystyczny. Projektanci nie pożyczają cudzej estetyki i unikają sztampowego mroku, stawiając na własną, niesamowicie spójną wizję całego uniwersum. Podobne silne odczucia towarzyszyły mi w przeszłości jedynie podczas ogrywania pierwszego Dishonored oraz świetnie ocenionego Lies of P.

Screen z gry Valor Mortis: Piękno brutalnego świata

Jeszcze wyższy poziom prezentuje fantastyczna warstwa dźwiękowa. Angielski dubbing to absolutna światowa czołówka w tym mrocznym gatunku i nie usłyszałem w kampanii ani jednego słabo zagranego głosu. Muzyka symfoniczna płynnie zmienia swój charakter, potęgując strach podczas eksploracji, nakręcając szalone tempo w starciach lub cichnąc, by wzbudzić w graczu silnie rosnący niepokój. Całą, długą przygodę przeszedłem z włączonym polskim interfejsem oraz przetłumaczonymi napisami. Zespół odpowiedzialny za lokalizację wykonał tu kawał świetnej, rzemieślniczej roboty, nie dając mi absolutnie żadnego powodu do narzekania.

Wydajność

Platforma testowa

ProcesorAMD Ryzen 7 7800X3D
Karta graficznaGeForce RTX 4070 Ti SUPER
Pamięć32 GB DDR5 5200 MHz
Ustawienia1440p, wysokie, RT, DLSS Jakość
WydajnośćŚrednio 90 FPS, minimum 60

Całość ograłem na przedpremierowej wersji testowej pozbawionej łatki zaplanowanej przez twórców na dzień debiutu. Przy wysokich ustawieniach graficznych, włączonym śledzeniu promieni oraz technologii DLSS uruchomionej w trybie jakości, program utrzymywał stabilne 90 klatek na sekundę. Z najwyższych detali obrazu musiałem całkowicie zrezygnować, ponieważ w parze ze skalowaniem rozdzielczości powodowały one nagłe zamykanie aplikacji do pulpitu. Programiści obiecują wyeliminować ten dokuczliwy problem obszerną łatką naprawczą, która przy okazji mocno rozbuduje ubogie menu opcji graficznych. Dużą ostrożność powinni za to zachować posiadacze przenośnych sprzętów z rodziny Steam Deck i ROG Ally, na których obecna wydajność zauważalnie odbiega od stawianych oczekiwań.

Niewielkim zgrzytem optymalizacyjnym pozostają okazjonalne, krótkotrwałe przycięcia płynności generowanego obrazu. Występowały one bardzo sporadycznie i zazwyczaj podczas statycznej eksploracji, dlatego niezwykle trudno wskazać mi ich dokładne, jednoznaczne źródło. Nie psuły one oczywiście moich pozytywnych wrażeń, lecz z czysto recenzenckiego obowiązku wspominam o ich istnieniu. Poza tymi małymi niedogodnościami polski kod działał solidnie przez wszystkie spędzone z nim intensywne godziny. Nie natrafiłem na absolutnie żaden krytyczny błąd blokujący moje postępy, co przy tak ambitnym debiucie krakowskiego zespołu w zupełnie nowym dla nich środowisku zasługuje na zasłużone słowa uznania.

Podsumowanie

Valor Mortis na każdym kroku bezapelacyjnie udowadnia, że gatunek soulslike zaprojektowany z perspektywy pierwszej osoby sprawdza się na ekranie wyśmienicie. Deweloperzy stworzyli piekielnie wciągające dzieło z własną, bardzo unikalną tożsamością, w którym upadły świat opowiada graczom znacznie więcej niż setki linijek dialogowych. Ciekawie i wielowymiarowo napisane postacie na długo rezydują w pamięci, a wymagająca skupienia walka rapierem i taktyczne strzelanie gwarantują tony szczerej satysfakcji. Drobne zarysowania w postaci mało interesującego huba, niewykorzystanego potencjału modyfikatorów czy pomniejszych czkawek technicznych absolutnie nie przesłaniają bardzo wysokiej jakości całości.

Screen z gry Valor Mortis: Myszki

Osoby mocno zmęczone wtórnymi grami zręcznościowymi znajdą na tych zniszczonych polach bitewnych mnóstwo odświeżającej, upragnionej nowości. Z kolei fani pozycji stawiających na niebanalny klimat poczują się tu rewelacyjnie, mogąc swobodnie zgłębiać ponure tajemnice napoleońskiej armii. Gracze otrzymają w swoje ręce tytuł premiujący przede wszystkim czujność i mądre wykorzystywanie podsuwanych narzędzi, unikając frustrującego powtarzania wyuczonych sekwencji. Na zapowiedziany duży dodatek fabularny powrócę do tego fascynującego uniwersum z niemałą radością. Cesarz może i odniósł wielkie zwycięstwo pod Waterloo, ale zdecydowanie największy, prawdziwy triumf świętuje w tym przypadku studio One More Level.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie One More Level.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top