Abductor miał być sposobem Mintera na oderwanie się od tworzonego przez niego w tym okresie Gridrunnera. Dzięki Bogu za to zmęczenie i potrzebę odpoczynku, bo jej efektem stał się naprawdę solidny, kosmiczny shooter, łączący w sobie elementy dwóch poprzednich produkcji Llamasoftu. Abductor to bowiem efekt romansu Centipede oraz Andes Attack. Dość ciekawe, że z dwóch bezczelnie zerżniętych od Atari gier powstało coś nowego, w dodatku nad wyraz przyjemnego.
W obronie ludzkości
Kosmici atakują! Tym razem jednak ich celem nie są żyjące pośród Andów lamy, a prawdziwi ludzie z pikseli i kości. Naszą rolą jest ich obronić. W tym celu zasiadamy za sterami mobilnego działka i odpieramy kolejne ataki przypominających stonogi z Centipede obcych. W przeciwieństwie do statku z Andes Attack, nasze działo może się jednak poruszać wyłącznie w lewo i prawo, za to już kosmici potrafią nie tylko latać po niebie w dowolnym kierunku, ale też zakopać się w ziemi i nagle spod niej wyskoczyć. Jeżeli wszyscy ludzie pod naszą opieką zostaną porwani i zamordowani (co ciekawe, ich spadające z nieba zwłoki również mogą nas zabić) lub najeźdźcy zniszczą trzy nasze działa, przegrywamy.

Cudowne dziecko dwóch kopii
Abductor to czysty arcade z niezłą, choć ascetyczną oprawą i wciągającą, nawet jeśli momentami frustrującą rozgrywką. Przypadkowe nadzianie się na wyskakującego z ziemi bez żadnego uprzedzenia przeciwnika każdorazowo skutkuje puszczoną w stronę telewizora wiązanką, ale zazwyczaj już kilka chwil później odpłacamy pozaziemskim skubańcom pięknym za nadobne, wyczekując odpowiedniego momentu i niszcząc całą „stonogę” jedną, celną serią. Nie jest to zatem produkcja bez wad, ale wciąż gra się w nią z przyjemnością.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), naszym Discordzie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.







