Uwielbiam czwartą odsłonę Assassin’s Creed. Klimat Karaibów okupowanych przez korsarzy kupił mnie od samego początku i choć w internecie powszechna jest opinia, że to świetna gra o piratach, ale niekoniecznie dobry asasyn, nigdy się z nią nie zgadzałem. W pewnym momencie seria później zaczęła bardziej romansować z gatunkiem RPG, co ostudziło mój zapał do niej, ale teraz, za sprawą Resynced, dostałem szansę powrócić na otwarte morza i pokazać, kto jest tutaj prawdziwym wilkiem morskim.
Pierwsze zapowiedzi odświeżonego Black Flag wyglądały aż nazbyt obiecująco. Jednak dopiero pełnoprawna prezentacja i potwierdzenie, że nie jest to RPG przekonały mnie, że warto czekać i, nie ukrywam, trochę ten cały hype mi się udzielił. Powrót ten był dla mnie wyjątkowym przeżyciem na podobną skalę, jakim dla wielu ludzi był powrót do Gothica za sprawą remake’u. Resynced zdaje się mieć wszystko na miejscu, a nawet więcej.
Powrót do piractwa
Tak jak w oryginale, wcielamy się w Edwarda Kenwaya, Walijczyka, który w pogoni za bogactwem zostawił swoją żonę Caroline i wyruszył na podbój Karaibów podczas złotego wieku piractwa. W czasie podróży trafia na zdrajcę bractwa asasynów i, kradnąc jego charakterystyczny ubiór, trafia na ślad ogromnego skarbu zwanego Obserwatorium.
Wprowadza nas to w wir wydarzeń i w odwieczny konflikt pomiędzy Asasynami a Templariuszami. To, co mnie kupiło, to fakt, że jest to wbrew pozorom bardzo osobista historia. Edward to zwykły bandzior, który w celu osiągnięcia bogactwa zrobi wszystko, a obserwowanie, jak tworzy swoje kredo, jest niezwykle interesujące. Zmienia się podczas podróży i dorasta wręcz do kostiumu, który na początku ukradł. W tej przygodzie nie będziemy sami – na naszej drodze stanie między innymi Czarnobrody oraz inni sławni korsarze jak Charles Vane czy Stede Bonnet.
Miałem też wrażenie, że remake poprowadził tę historię dużo szybciej. Być może dlatego, że praktycznie pozbyto się wątku współczesnego, dzięki temu nic nas nie wybija z historii i w całości możemy skupić się na odkrywaniu tej opowieści. A jest tutaj co odkrywać, bo całość została rozbudowana o nowe wątki, takie jak misje oficerów czy rozwinięty wątek Czarnobrodego, a nawet całą nową sekwencję. Wszystko to sprawia, że świat Black Flag wydaje się dużo większy w porównaniu do oryginału.

Nowe szaty
Oprawa wizualna jest niesamowita. Otoczenie czy modele postaci robią wrażenie, a w słońcu Karaibów wręcz można by się opalać. Szczególnie zachwyciły mnie efekty pogodowe, takie jak deszcz czy porywisty wiatr. Całość działa na najnowszym modelu silnika Anvil. Doświadczenia podbijał fakt, że podczas rozgrywki dość często nawiedzał mnie sztorm podczas żeglugi. Tytuł na PlayStation 5 oferuje nam trzy tryby graficzne, poza już klasycznym wyborem między płynnością a jakością otrzymaliśmy również tryb zrównoważony. Jednak jest on dostępny tylko jeśli macie telewizor, który wyświetla 120hz, a wasza konsola jest wpięta do gniazda HDMI 2.1 – wtedy gra postara się utrzymywać 40 klatek na sekundę przy włączonym Ray Tracingu.
Pełno tutaj małych detali, począwszy od przycisku do zakładania kaptura, po możliwość głaskania zwierząt, które tylko wzbudzają immersję. Świat Black Flag aż chce się zwiedzać, a jest tutaj co robić: polowanie na wieloryby, zbieranie kluczy templariuszy czy dzieł sztuki, ulepszanie naszego statku czy bazy wypadowej w postaci Wielkiej Inagui. To samo tyczy się całej otoczki audio. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez Briana Taylora jest energiczna i, no cóż, bardzo piracka. Miło było po tylu latach usłyszeć utwór „The High Seas” podczas bitew morskich czy też szanty śpiewane przez naszą załogę podczas podróży. Na oklaski zasługuje też Matt Ryan, który perfekcyjnie wcielił się ponownie w Edwarda, oddając jego zawadiacki charakter jeszcze lepiej.

Zostanę królem piratów
Trochę miałem obawy co do samego sterowania, przypominając sobie, jak nieprzyjemne było kierowanie Basimem w Mirage. Tutaj na szczęście poruszanie się jest dużo lepiej zrobione. Postacią steruje się dużo bardziej sprawnie i nie ma się wrażenia sterowania czołgiem. Eksploracja jest przez to dużo przyjemniejsza i aż chce się sprawdzić co się czai na każdym rogu. Zmian również doczekał się system skradania. Teraz w dowolnym momencie możemy przykucnąć, przez co skradanie stało się dużo bardziej intuicyjne i sprawia ogromną przyjemność.
Oryginalny Black Flag miał masę misji polegających na skradaniu czy podsłuchiwaniu. Teraz nie czyni to tych sekwencji tak frustrujących jak w oryginale. Wszyscy doskonale pamiętamy irytujący napis “desynchronizacja” po wykryciu. Teraz już nam to nie grozi, a misja, nawet jak zostaniemy wykryci, będzie trwać dalej. Dzięki temu do niektórych zadań można podejść od zupełnie innej strony. Sama rozgrywka nie wydaje się przez to tak monotonna, a podejście do zadań jest dużo bardziej swobodne, co dla mnie stanowi ogromny plus. Z dodatkowych zmian pozbyto się minimapy na rzecz kompasu. Osobiście nie jestem fanem tego typu rozwiązania, ale o dziwo nie przeszkadzało mi to tak bardzo, jak się spodziewałem.

Remake stworzony od podstaw
Wspomniałem o osobnym przycisku do skradania, jednak to nie jedyna nowość. Całość została przebudowana, aby zostać dostosowana do obecnych standardów. Najbardziej widoczne są zmiany w walce. Teraz będziemy mogli parować ataki przeciwników oraz stosować powalenia, a nawet znajdzie się rolka niczym w grach z serii Dark Souls. Pamiętam, jak walka w oryginale była męcząca. Tutaj jest to dużo bardziej płynne, jakbyśmy uczestniczyli w krwawym tańcu, a satysfakcjonujące wykończenia tylko dodają kolorytu całym starciom.
Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby pomóc sobie w walce pistoletami czy innymi narzędziami. Jednak naszym głównym orężem będą dwa miecze. Związana jest z tym jeszcze jedna nowość. Edward może teraz zaopatrzyć się w amulety, konkretnie w liczbie dwóch, które pomogą nam w walce. Działają jak swoiste perki. Dzięki nim będziemy mogli np. zadawać większe obrażenia Hiszpanom czy też zbierać więcej materiałów ze zwierząt. Kolejny świetny dodatek, który ulepsza rozgrywkę.

Ja i moja Kawka
Cały osobny segment warto poświęcić walkom na morzu, które mogłyby być osobną produkcją. W zasadzie tutaj rozgrywka się nie zmieniła, a sam pierwszy raz łapiąc za ster Kawki, poczułem się jak w domu. Potyczki na morzu są ponownie szalenie satysfakcjonujące i efektowne. Powracają wszystkie aktywności związane ze statkiem. Bez problemu zapolujemy na wieloryby czy za pomocą dzwonu nurkowego odkryjemy tajemnice głębin. To jednak co lubimy najbardziej to bitwy morskie, a te są wykonane po mistrzowsku. W końcu po co naprawiać coś, co nie było zepsute. Ponownie patrząc się w odpowiednim kierunku wybieramy, z których dział chcemy oddać ostrzał, aby następnie dokonać efektownego abordażu i zgarnąć łup, a nawet statek dla siebie.
Wspomniałem wyżej o oficerach. Nie tylko są kosmetycznym dodatkiem do opowieści, ale również stanowią realne wsparcie w walce. Przykładowo dzięki wcieleniu Padre do swojej załogi będziemy mogli dokonać niszczycielskiej szarży na wrogi statek, co, muszę przyznać, jest szalenie przyjemne.

Asasyn taki jak chcesz
Twórcy poświęcili masę czasu, aby dostosować rozgrywkę do naszych potrzeb. Największą ciekawostką jest dostosowanie poziomu trudności do praktycznie każdego aspektu rozgrywki, od poziomu trudności walki, skradania się czy bitew morskich. Wszystko można dostosować pod siebie. Również przemapować całe sterowanie do naszych potrzeb, jeśli będziemy mieć taki kaprys.

Zepsuty Grog
Ogrywałem tytuł przedpremierowo i podczas swojej przygody nie natrafiłem na większe błędy. Jedynie raz podczas scenki przerywnikowej morze zaczęło siłą wdzierać się na pokład statku, co było niezwykle zabawne. Kilka razy też zdarzyło mi się, że obiekt wyłonił się nagle z głębin oceanu, przez co spowodowało to kolizje z moim statkiem.
Jestem jednak pewien, że całość zostanie załatana do premiery, a błędy o których wspominam były z gatunku tych zabawnych i nie psuły mi rozgrywki. Całość, też wydawała się działać płynnie, nie uświadczyłem żadnych zawieszeń czy wywalenia do pulpitu konsoli.
Podsumowanie
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced to nie tylko świetny remake, a także ogólnie bardzo dobra produkcja, która pomimo korzeni mających ponad dekadę, dalej może konkurować z wydanymi dzisiaj produkcjami. Jako Black Flag jest to doświadczenie pełne i kompletne. Jako fan szczególnie tej odsłony całkowicie się w niej zatopiłem. Jeśli dotychczas nie graliście w ten tytuł, to macie teraz najlepszą okazję; nie ma lepszego sposobu, aby zapoznać się z tą historią. Co więcej, to tytuł obowiązkowy dla każdego fana piratów.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.





