Call of Duty: Modern Warfare 4 – recenzja (PC). Infinity Ward wraca do formy, ale…

Gra dostępna na:
NS2
PC
PS5
XSX
Mężczyzna z gęstą brodą i wąsami, ubrany w ciemną, zimową odzież z kurtką o wyraźnych paskach. Tło jest ciemne, z rozmytymi elementami wnętrza i lekkim opadaniem śniegu.
Marek Wierczyński
Marek Wierczyński

Nie wszystko w najnowszym Call of Duty działa tak, jak powinno. Mimo to jest to jeden z lepszych CoD-ów, w jakie grałem. Infinity Ward przekonuje świetną kampanią i wciągającym multiplayerem, ale problemy ze sztuczną inteligencją, doborem przeciwników i oprawą DMZ nie pozwalają mi chwalić gry bez zastrzeżeń.

Godne zakończenie tetralogii Modern Warfare

Modern Warfare 4 przypomina, jak wiele emocji potrafi dostarczyć dobrze poprowadzona kampania Call of Duty. Jej największymi atutami są postacie, świetne aktorstwo i narracja, która zaskakuje bez niepotrzebnego przeciągania wątków. Kameralne operacje przeplatają się z wojną na wielką skalę, a napięcie z przerywników filmowych płynnie przechodzi do rozgrywki. To dla mnie najlepsza kampania serii od czasów Modern Warfare (2019).

Ukończenie kampanii na średnim poziomie trudności zajęło mi około ośmiu i pół godziny. Na ten wynik wpłynęła misja z częściowo otwartym światem, w której nie korzystałem z szybkiej podróży. Szacuję, że jej używanie pozwoliłoby skrócić czas przejścia całości do około sześciu godzin. Na kampanię składa się dobrze wyważona mieszanka intensywnych strzelanin, spokojniejszych wprowadzeń, walk na pięści i krótkich sekwencji parkuru. Zdarzają się słabsze dialogi, ale tempo i różnorodność skutecznie odciągają od nich uwagę.

Nie przekonały mnie natomiast walki na pięści, przede wszystkim przez mało czytelne sygnalizowanie ataków przeciwników. Często trudno było mi rozpoznać nadchodzący cios i odpowiednio zareagować, co kończyło się wczytywaniem punktu kontrolnego. Gdyby te sygnały były wyraźniejsze, starcia wręcz mogłyby stanowić ciekawe urozmaicenie. Pasowały do koncepcji misji stawiającej na skradanie zamiast zwyczajowego „YOLO, huzia na Józia”, ale w obecnej formie sprawiały mi więcej frustracji niż frajdy.

Widoczni są trzej żołnierze w mundurach i hełmach, siedzący na zniszczonej maszynie w dymie i ogniu. Jeden z nich mówi: „O kurwa! Ale kurewsko zimno!”.

Z perspektywy czasu widzę, że niektóre rozwiązania w odsłonach serii po reboocie nie sprawdziły się tak dobrze, jak zapowiadały się na papierze. Cieszy mnie więc, że Infinity Ward wyciągnęło wnioski z uwag graczy. Tym razem większa swoboda w rozgrywaniu misji nie oznacza rezygnacji z odpowiedniego tempa.

Dobrym przykładem jest wspomniana misja z częściowo otwartym światem. Gra proponuje szybką podróż do miejsc, w których rozgrywają się kolejne etapy zadania. Korzystając z tej opcji, można odnieść wrażenie, że równie dobrze mogłyby to być trzy odrębne misje. Możemy jednak samodzielnie przemierzać teren między kolejnymi celami. Wybrałem właśnie tę możliwość, dzięki czemu mogłem dostosowywać taktykę po drodze i jednocześnie czuć narastające wokół zagrożenie.

Problemem była jednak niedopracowana sztuczna inteligencja przeciwników. Gdy na chwilę odszedłem od komputera, zostawiając ukrytą postać w budynku, po powrocie zastałem wokół siebie ośmiu żołnierzy — mimo że wcześniej nie wszcząłem alarmu. Wyglądało to tak, jakby wiedzieli, gdzie mnie szukać. Innym razem stali jak butelki na strzelnicy.

Wojownik w ciemnym, deszczowym otoczeniu, ubrany w zbroję bojową i hełm, patrzy w przestrzeń. Na ekranie widoczny jest napis w języku koreańskim.

A jak wypada kampania według Marcina?

Kampania Call of Duty: Modern Warfare 4 ma przed sobą niełatwe zadanie. Z jednej strony musi zamknąć historię rozwijaną od 2019 roku, z drugiej zaś przekonać graczy, że seria wciąż potrafi zaoferować coś więcej niż efektowne eksplozje, niekończące się wymiany ognia i scenariusz rodem z hollywoodzkiego kina akcji. Tym razem punktem zapalnym jest inwazja Korei Północnej na Południową, a wydarzenia śledzimy zarówno z perspektywy amerykańskich operatorów, jak i koreańskich żołnierzy. Taki podział pozwala pokazać konflikt z różnych stron, dzięki czemu kampania zyskuje nieco więcej ludzkiego wymiaru.

Problem w tym, że nie wszystkie wątki wypadają równie przekonująco. Historia kapitana Price’a momentami sprawia wrażenie zbyt znajomej, a główny antagonista nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Co więcej, choć twórcy próbują nadać wydarzeniom poważniejszy ton, nie zawsze udaje im się pogodzić militarne widowisko z wiarygodnością przedstawianych postaci. Mimo tych zastrzeżeń fabuła potrafi utrzymać zainteresowanie, szczególnie gdy zamiast odtwarzać dobrze znane schematy, skupia się na losach żołnierzy rzuconych w sam środek konfliktu.

Gracz widzi się z perspektywy pierwszej osoby, trzymając broń, w ciemnym wnętrzu z metalowymi schodami i poręczami. Na dole schodów widoczna jest zasłona z napisem „OPRZY3” oraz tekst „Ghost: Nie ma szans. Idziemy po ciebie.”

Znane schematy i niewykorzystany potencjał fabuły

Największą siłą Modern Warfare 4 pozostaje jednak rozgrywka, a konkretnie różnorodność misji i umiejętne dawkowanie akcji. Klasyczne, liniowe sekwencje przeplatają się z fragmentami skradankowymi, dynamicznymi pościgami oraz starciami, w których trzeba nie tylko celnie strzelać, lecz także rozsądnie wykorzystywać osłony. Na uwagę zasługuje zwłaszcza misja Stranded, pozwalająca swobodnie eksplorować teren, szukać wyposażenia i samodzielnie decydować, jak podejść do kolejnych celów. To właśnie w takich momentach widać, że seria może rozwijać sprawdzone pomysły bez konieczności przerabiania kampanii na pełnoprawny otwarty świat.

Niestety, ten potencjał nie zostaje wykorzystany w równym stopniu w pozostałych zadaniach. Większość rozgrywki nadal opiera się na znanych rozwiązaniach, a niektóre fragmenty potrafią niepotrzebnie spowalniać tempo przez restrykcyjne warunki zaliczania celów lub przesadnie karzące podejście do skradania. Nie zmienia to faktu, że strzelanie daje sporo satysfakcji, przeciwnicy potrafią wymusić ostrożniejsze działanie, a widowiskowe sceny skutecznie podtrzymują napięcie. Całość można ukończyć w około sześć godzin, dlatego trudno mówić o rozbudowanej przygodzie, choć sama długość nie stanowi problemu, o ile niemal każda misja ma coś ciekawego do zaoferowania.

Gracz trzyma w dłoniach urządzenie z napisem „VALERIA”, widoczne przez zniszczoną szybę pojazdu. Poza oknem widać deszczową drogę z pojazdami i wodą, która wyleje z kanału na drodze.

Strzelanie broni się lepiej niż scenariusz

Ostatecznie Call of Duty: Modern Warfare 4 jest krokiem naprzód po mniej udanych odsłonach, ale niekoniecznie przełomem, na jaki mogliby liczyć najbardziej wymagający fani. Infinity Ward przypomina, że potrafi tworzyć angażujące kampanie dla jednego gracza, w których efektowna oprawa, dopracowane animacje i intensywna walka wspierają rozgrywkę, zamiast całkowicie ją przytłaczać. Jednocześnie trudno przymknąć oko na nierówne prowadzenie fabuły, niewykorzystane możliwości części bohaterów oraz fakt, że najlepsze pomysły pojawiają się zbyt rzadko, by nadać całej przygodzie naprawdę wyjątkowy charakter.

To produkcja, która częściej korzysta z dorobku serii, niż próbuje wyznaczać jej nowy kierunek, jednak robi to z wyraźnie większą konsekwencją niż niektóre poprzednie części. Jeżeli ktoś szuka kilku godzin intensywnej, filmowej strzelaniny, najnowsza kampania powinna spełnić jego oczekiwania. Jeśli natomiast liczy na historię równie pamiętną jak najlepsze odsłony Modern Warfare albo na odważne zmiany w formule, może poczuć niedosyt. To solidny powrót do korzeni, choć wciąż pozostaje pytanie, czy samo odrobienie pracy domowej wystarczy, by seria ponownie wzbudziła autentyczny zachwyt.

Głowa bojowego postaci w kurtce i rękawicach trzyma się czerwono-białego przeszkodnika. Za nim widoczna jest metalowa siatka i zimowy krajobraz z śniegiem.

Raz Shipment 24/7, a innym razem przebieżka po DMZ

Mówi się, że Call of Duty rozgrywką sieciową stoi, i trudno się z tym nie zgodzić. Niesławny SBMM (skill-based matchmaking), czyli dobieranie graczy według umiejętności, nadal potrafi jednak sprawić, że mam ochotę wyrzucić komputer przez okno. Na papierze jego założenie wygląda dobrze: powinniśmy trafiać na przeciwników na podobnym poziomie. Taki system szczególnie rozumiem w rozgrywkach rankingowych. Problem w tym, że w zwykłych meczach nie odczuwam tego wyrównania. Raz miotamy przeciwnikami na lewo i prawo, a innym razem sami jesteśmy miotani niczym szmata do podłogi. Zamiast zaciętej walki dostaję przeplatankę łatwych zwycięstw i dotkliwych porażek, która potrafi skutecznie odebrać ochotę na kolejny mecz.

Do tego dochodzi faworyzowanie graczy na padzie — i piszę to w kontekście całej serii, nie tylko Modern Warfare. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że precyzyjne celowanie gałką jest trudniejsze niż myszą. Mimo to sposób, w jaki celownik „klei się” do przeciwnika przy użyciu kontrolera, moim zdaniem ociera się o działanie aimbota. Podejrzewam, że to jeden z powodów, dla których coraz większa część sceny Warzone przerzucała się z klawiatury i myszy na pada.

Trzeba jednak oddać cesarzowi, co cesarskie: cholibka, dobrze się strzela w najnowszym Call of Duty. Coraz bardziej dynamiczny system poruszania się sprawia, że sama akcja nadal daje mi mnóstwo frajdy, mimo frustracji związanej z doborem przeciwników.

Pod względem liczby map i trybów dostępnych na premierę też jest w czym wybierać. Do dyspozycji graczy oddano 20 map oraz 13 trybów wieloosobowych, a do tego osobny moduł treningowy Proving Grounds. Wśród map znajdziemy 12 aren do klasycznych starć 6 na 6, trzy duże lokacje do Ground War, cztery mapy do pojedynków Gunfight 2 na 2 oraz modułową arenę Kill Block.

Gameplay

YouTube player

Areny 6 na 6 są stosunkowo niewielkie, momentami wręcz klaustrofobiczne, ale takie podejście mi odpowiada. W przeciwieństwie do MW2 nie trafiłem tu dotąd na mapę, na której musiałbym długo szukać przeciwników. Dzięki temu rozgrywka utrzymuje tempo, którego oczekuję od Call of Duty. W trybie hardcore ta intensywność jest szczególnie odczuwalna: można błyskawicznie kogoś ustrzelić, ale równie szybko samemu zginąć. Z kolei playlista Shipment 24/7 to idealna farma doświadczenia zarówno dla broni, jak i konta, więc nie dziwi mnie, że uruchomiono ją tak szybko.

No i przyszedł czas na DMZ. Początkowo odstraszała mnie możliwość utraty wyposażenia i zdobytych łupów. Ostatecznie właśnie to ryzyko sprawiło, że złapałem bakcyla. Świadomość, że nieudana wyprawa może kosztować mnie wszystko, co mam przy sobie, nadaje starciom dodatkowe napięcie. Brakowało mi tego rodzaju adrenaliny, którą wcześniej zapewniało Warzone. Na jego powrót trzeba poczekać do 6 listopada.

Najlepiej gra się ze znajomymi, gdy można się sprawnie komunikować, uzgadniać działania i wspólnie realizować cele. Z losowo dobranymi graczami bywa różnie: każdy ciągnie w swoją stronę, przez co wyprawa często kończy się niepowodzeniem.

Oczywiście do DMZ można też wyruszyć samotnie, wyłączając dobieranie sojuszników, ale trzeba liczyć się ze spotkaniem kilkuosobowego składu. Nic jednak nie zastąpi uczucia, gdy w pojedynkę wyeliminujecie całą przeciwną drużynę. Satysfakcja gwarantowana.

Gameplay

YouTube player

Oprawa audiowizualna i optymalizacja

Oprawa graficzna i ścieżka dźwiękowa stoją na wysokim poziomie, choć wizualnie gra nie jest równie dopracowana w każdym miejscu. Wspomniana wcześniej misja z częściowo otwartym światem nadal prezentuje się dobrze, ale wyraźnie ustępuje zamkniętym, korytarzowym etapom. Przy większej skali lokacji taki kompromis jest dla mnie zrozumiały.

Kampanię ogrywałem w rozdzielczości 1440p, na ekstremalnym presecie ustawień graficznych. Mój komputer był wyposażony w procesor AMD Ryzen 7 9800X3D, kartę GeForce RTX 4070 Ti SUPER i 128 GB pamięci RAM. Przy DLSS ustawionym na „Jakość”, bez korzystania z MFG, uzyskiwałem około 90–120 FPS.

W rozgrywce sieciowej wrażenia są bardziej mieszane. Klasyczne mecze 6 na 6, a nawet Ground War, prezentują się naprawdę przyzwoicie. Gorzej wypada DMZ, w którym co chwilę widać nagłe pojawianie się obiektów i zmiany poziomu ich szczegółowości. Korzystałem tutaj z presetu zrównoważonego, a testowo także z wysokiego. Przejście na wyższe ustawienia nie poprawiło zauważalnie jakości obrazu, za to obniżyło liczbę klatek na sekundę i zwiększyło obciążenie karty graficznej.

Widok z wnętrza zniszczonego budynku na zimowy, zasneżony krajobraz z drzewami i budynkiem w oddali. Na ekranie widoczne są interfejsy gry, w tym wskaźnik amunicji i ikony broni.

Miałem wrażenie, że szczegóły otoczenia znikały już kilkanaście metrów ode mnie. Drzewa oddalone na oko o 20–25 metrów wyglądały jak patyki ze skąpym listowiem. Taka uproszczona roślinność mogła nieco ułatwiać dostrzeganie przeciwników, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

Wyglądało to tak, jakby ustawienia odpowiedzialne za wyświetlanie odległych obiektów nie działały prawidłowo. Korzystałem wyłącznie z gotowych presetów dostępnych w grze. Nie modyfikowałem plików konfiguracyjnych, choć robiłem to w poprzednich odsłonach Call of Duty na potrzeby Warzone.

Pod względem płynności było lepiej: na presecie zrównoważonym gra utrzymywała limit 120 FPS przy obciążeniu GPU wynoszącym około 80–90%. Zależało mi na pozostawieniu karcie graficznej zapasu na nagrywanie rozgrywki w OBS. Po podniesieniu limitu do 165 FPS, by dopasować go do odświeżania monitora wynoszącego 165 Hz, wykorzystanie GPU sięgało już 99–100%. Stabilna płynność nie rekompensowała jednak problemów z wyświetlaniem otoczenia w DMZ. Pod względem wizualnym ten tryb pozostawił mnie z poczuciem, że seria zrobiła krok wstecz.

Czy warto zainteresować się Call of Duty: Modern Warfare 4?

Wiele zależy od tego, z której części gry zamierzacie korzystać. Jeśli interesują was wyłącznie przygody Johna Price’a z Task Force 141, raczej poczekałbym na przecenę. Kampania przygotowana przez Infinity Ward ma świetne tempo, ale jej ukończenie zajęło mi około ośmiu i pół godziny. Choć oceniam ją wysoko, dla samej tej historii trudno mi uzasadnić zakup w pełnej cenie.

Co innego, jeśli planujecie spędzić więcej czasu w klasycznym multiplayerze lub DMZ. To tutaj gra rozwija skrzydła i może zapewnić dziesiątki godzin świetnej zabawy, mimo opisanych wcześniej zastrzeżeń. Samo DMZ sprawdza się też jako wprowadzenie do extraction shooterów: zachęca do poznania gatunku, a jednocześnie zachowuje napięcie związane z ryzykiem utraty wyposażenia i zdobytych łupów.

Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się osobny tryb solo, w którym każdy grałby wyłącznie na własny rachunek. Obecnie można wyłączyć dobieranie sojuszników, ale nadal trzeba liczyć się ze spotkaniem kilkuosobowych drużyn. Rywalizacja samych solistów zapewniłaby równiejsze szanse, eliminując przewagę wynikającą z liczebności zespołu.

Infinity Ward wraca do formy, choć nadal ma co poprawiać. Świetna kampania i wciągająca rozgrywka sieciowa sprawiają jednak, że mimo wszystkich zastrzeżeń zaliczam Modern Warfare 4 do najlepszych odsłon serii, w jakie grałem.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Activision.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Marek Wierczyński
Pasjonat gier komputerowych od najmłodszych lat, pamiętający czasy ZX-Spectrum i C64. Wieloletni fan gier spod stajni Blizzarda. Najbardziej lubi oglądać rozgrywki esportowe Starcrafta.
Scroll to top